Adam Panasiuk
Śladami zapomnianej historii …
Wereszczyn
1. Powstanie wsi i jej losy w okresie Rzeczpospolitej Szlacheckiej
1.1. Geneza powstania wsi
Według źródeł pisanych najstarszą osadą na terenie Gminy Urszulin jest Wereszczyn, w XV stuleciu określany jako Wereszczyno (1436), czy też Weresczin (1564). Wówczas była to wieś położona na wyniosłości stanowiącej niejako wyspę wśród okolicznych błotnistych nizin. Należy mniemać, że metryka Wereszczyna może sięgać XI stulecia. Wówczas na terenie dzisiejszej Gminy Urszulin istniał zespół osadniczy. Grody w Wereszczynie i sąsiednim Andrzejowie stanowiły prawdopodobnie część kompleksu grodów, nazywanych w średniowieczu Grodami Czerwieńskimi. Tworzyły one system umocnień granicznych zabezpieczających państwo Bolesława Chrobrego od wschodu oraz obsługiwały wczesnośredniowieczny trakt handlowy wiodący z Kotliny Chodelskiej, prowadzący przez Lublin w dorzecze Prypeci, sięgający aż do Kijowa. Prawdopodobnie granice terytorialne Grodów Czerwieńskich wytyczały rzeki z ich rozlewiskami. Wschodnią granicę stanowiła rzeka Bug, zachodnią – rzeka Wieprz, południową – rzeka Huczwa, a północną wyznaczało koryto rzeczne dolnej Włodawki.
Osada wczesnośredniowieczna w Wereszczynie wzmiankowana była po raz pierwszy w Latopisie Hipackim pod rokiem 1204, łącznie z Stołpiem, Kumowem i Uhruskiem. Wereszczyn zatem powstał przed założeniem Chełma, czy Włodawy. Stanowił wtenczas osadę Księstwa Bełzkiego, zarządzanego przez Wsiewołoda Romanowicza, a następnie przez księcia Aleksandra. Książęta ruscy dokonali w tymże roku podziału dóbr tak, że Aleksandrowi przypadł Wereszczyn wraz z wymienionymi grodami, zaś Wsiewołodowi przypadł Bełz. Po kilku latach władania Wereszczynem przez Aleksandra, w wyniku przeprowadzonej wyprawy wojennej z 1212 roku, gród przeszedł pod panowanie Leszka Białego. Książę polski tym samy dążył do realizacji swojej polityki, zmierzającej do aneksji pogranicza ruskiego. W posiadaniu księcia Leszka Białego gród znajdował się niedługo, gdyż w następnym roku Daniel (Daniło) Romanowicz dokonał jego zajęcia wraz z grodami w Stołpiu, Kumowie i Uhrusku. Do konfliktu włączyły siły węgierskie i już w 1214 roku podpisana została ugoda, tzw. traktat spiski, zgodnie z którym Księstwo Halicko-Włodzimierskie wraz z Wereszczynem zostało przekazane pod władanie węgierskiemu królewiczowi Kolomanowi, ożenionego z córką Leszka Białego.
Już w 1219 roku gród Wereszczyn wrócił pod panowanie ruskie, gdyż został zajęty przez księcia Daniela, z pomocą brata Wasylka, synów Romana Mścisławowicza. Stanowił wówczas pograniczny ośrodek grodowy Księstwa Halicko-Włodzimierskiego, obejmując swoim zasięgiem ziemie w promieniu kilkudziesięciu kilometrów. Na północ od Wereszczyna znajdowała się wielka połać lasów, sięgających aż po rzekę Wieprz, dlatego też gród mógł stanowić północną „bramę” ziem księstwa. W okresie XIII stulecia Wereszczyn znajdował się na trasie północnego szlaku najazdów tatarskich (w roku 1233, 1240, 1256, 1260, 1261 i 1263), Oprócz Tatarów osada nękana była również przez Jaćwingów, chociażby w 1248 roku, którzy w celach grabieżczych przybywali z północnych krain. Dopiero wyprawa Bolesława Wstydliwego z 1264 roku i stoczone w lasach łukowskich walki na zawsze zakończyły te wojaże. Najazdy tatarskie i Jaćwingów mogły doprowadzić do wyludnienia i upadku grodu, skoro następna wzmianka o nim pojawia się dopiero po dwustu latach.
Pomimo najazdów mongolskich i Jaćwingów oraz polsko-węgierskiej ekspansji Kazimierza Wielkiego, ziemie Polesia Zachodniego znajdowały się do 1366 roku pod władzą księcia litewskiego Lubarta Giedymowicza, a następnie Jerzego Narymuntowicza. Wówczas, jak pisał sto lat temu o tych terenach Mikołaj Niedźwiecki, badający historię najazdów tatarskich, ongi dobrze osiedlone okolice, obfitujące w zboże i dostatki, marniały pod stopami ord tatarskich, całe obszary świeciły pustkami, miasta upadały, wsie okoliczne zanikały, a urodzajne łany leżały odłogiem, bo nie było rąk do pracy, nie było ludzi. W 1366 roku, w wyniku zawartego pokoju, ziemie te przeszły pod panowanie polskie, jednak Kazimierz Wielki przekazał je w lenno litewskim Korjatowiczom. Kiedy po zajęciu Rusi Czerwonej przez Kazimierza Wielkiego przyszło wydzielać darowizny ziemskie w tych stronach, darowizną bywał zazwyczaj ogromny kawał pustego kraju – pisał Niedźwiecki. Przybywali nowi osadnicy, zwłaszcza chłopi z Mazowsza i Małopolski, Rusini, Wołosi (stąd niedaleka miejscowość Wołoska Wola), a nawet Tatarzy. Pokój nie ustabilizował sytuacji, gdyż w przeszło dwudziestu kolejnych latach ziemie te znajdowały się na przemian pod kontrolą litewską, polską, węgierską i ruską. Sprawa ostatecznej przynależności i przyszłości tychże ziem została ostatecznie przesądzona przywilejem Władysława Jagiełły z 1388 roku, gwarantując Polakom integralność Rusi Czerwonej z Koroną i jej niezbywalność.
Kolejny wiek nie przyniósł mieszkańcom spokoju. Chociażby latem 1431 roku ziemia chełmska została ogarnięta powstaniem ludności ruskiej. Większe spustoszenie pozostawiali po sobie Tatarzy, którzy najechali te ziemie w 1491 roku, zaś w 1500 roku uczynili to dwukrotnie, biorąc ze sobą tysiące jeńców. Już w dwa i cztery lata później Tatarzy ponownie najechali okolice, paląc pobliski Sawin i uprowadzając ze sobą w jasyr ludność tegoż miasta. Ziemi broniła miejscowa szlachta, lecz było to siły zbyt słabe, by sprzeciwić się nawale tatarskiej. Jeden z kronikarzy ówczesnego wojewody bełskiego i generalnego starosty ziem ruskich Piotra Myszkowskiego zapisał, iż podczas najazdu z 1500 roku Tatarzy z wielkim łupem swobodnie wrócili. Z goryczą opisał przebieg samoobrony, gdyż wszyscy wielmożni podczas tego nędznie spali i żadnej nie stawili obrony. Ci zaś, którzy byli na straży przejścia tatarskiego ustawieni stchórzyli i na Tatarów nie wpadli. Również pobyt króla Jana Olbrachta z wojskiem koronnym nie przyniósł spodziewanych efektów. W sumie w latach od 1499 do 1509 roku około połowa ludności na ziemi chełmskiej padła ofiarą najazdów tatarskich.
O znaczeniu grodu wereszczyńskiego stanowić mogą znaleziska archeologiczne. Najcenniejszym z nich jest ruski krzyż napierśny z XIV wieku, przedstawiający na awersie postać Chrystusa i czterech ewangelistów, zaś na rewersie postać Matki Boskiej (lub św. Paraskewii, bądź św. Anastazji), a w medalionach popiersia Chrystusa Pantokratora oraz Marii i św. Jana Chrzciciela, jako orędowników ludzkości. Odkryte w Wereszczynie znalezisko mogłoby dowodzić przetrwanie grodu.
1.2. Losy założycieli rodu Wereszczyńskich
Pod rokiem 1436 Weresczin figurował już jako siedziba rodu Wereszczyńskich herbu Korczak, należąca do parafii w Sawinie. W dokumencie potwierdzającym ten zapis pojawia się Waśko z Wereszczyna (Wassko de Wereszczyno), podsędek ziemi chełmskiej. Wereszczyńscy byli przedstawicielami „szlachty gniazdowej”, tzn. takiej, która początek historii swojego rodu wywodzi z danej wsi, w tym przypadku Wereszczyna. Dziewiętnastowieczny polski historyk Karol Szajnocha w dziele „Jak Ruś polszczała” pisał o pierwszych Wereszczyńskich: Był w ziemi chełmskiej starodawny dom szlachecki klejnotu Korczak, czysto miejscowej krwi, mimo przyjęte od wieków szlachectwo polskie całą duszą ruskiej wierze, ruskiemu obyczajowi, ruskim koligacjom oddany.
W drugiej połowie XV wieku dziedzicem wsi był Bogdan Wereszczyński, toczący spory sądowe ze swoim sąsiadem z Sosnowicy Mikołajem Stanką, protoplastą rodu Sosnowskich. Spory nie przeszkodziły jednak w połączeniu się węzłem małżeńskim dzieci obydwu sąsiadów. Po Bogdanie osadą władał Fedor Wereszczyński, ożeniony z Małgorzatą Sosnowską herbu Nałęcz, córką wspomnianego Mikołaja Stanki. Był to bowiem dom nie tylko podobnież ruski z pochodzenia i obyczaju, ale w nierównie większym jeszcze u pobożnej Rusi zaszczycie, niż sami panowie Wereszczyńscy – pisał cytowany już Karol Szajnocha.
O swoim dziadku Fedorze pisał Józef Wereszczyński w dziełku: „Wizerunek na kształt kazania uczyniony” w sposób następujący: będąc człowiekiem dobrym a prostym, przestawał na tem, co mu rodzice zostawili, a Pan Bóg za staraniem i pilnością jego dawał, który przedsięmogąc, nie chciał się piąć do żadnych urzędów, mając też w utrzymaniu gospodarstwa dzielnego a pilnego towarzysza małżonkę swoją. Karol Szajnocha pisał zaś o nim: Zerwał on wszelkie związki z sąsiednią szlachtą polską, wzgardził wszelkiemi urzędami ziemskimi i jedynie zarządem gospodarstwa zajęty, otoczył się ponurą samotnością w swym Wereszczynie. Uznawany był za jednego z najżarliwszych starowierców Rusi, stąd też utrzymywał zażyłe stosunki ze swoim szwagrem Iwaszko Sosnowskim, chełmskim władyką prawosławnym. A że kniaź władyka – jak go powszechnie u Rusi zwano – często w gościnie przesiadywał u swojej siostry i wielu innemi znakami okazywał przychylność jej domowi, niemały przeto zaszczyt spływał ztąd na oboje małżonków Wereszczyńskich – dodawał Szajnocha.
Na losy familii Wereszczyńskich duży wpływ wywarły chrzciny Andrzeja, syna Fedora, które przybrały nawet charakter intrygi. Andrzej Wereszczyński jako pierwszy z rodu został ochrzczony w obrządku katolickim. Jego matka Małgorzata Sosnowska, oprócz Iwaszka (Donasza), miała także brata Grzegorza (Herhor) – duchownego katolickiego. Stał się przykładnym kapłanem tego wyznania, a nawet jak to u nowonawróconych bywa, gorliwym rozkrzewiaczem wiary rzymskiej na Rusi – pisał Szajnocha. Bracia rywalizowali o chrzest swojego siostrzeńca, wygrał podstępem Grzegorz, który ochrzcił Andrzeja według obrządku katolickiego. Józef Wereszczyński pisał: Ten oficyał mając za Fedorem Wereszczyńskim siostrę, gdy się dowiedział, że była brzemienna, starał się o to, gdyby tylko był Pan Bóg od niej ukazał na świat potomka, aby był ochrzczon w kościele rzymskim. Władyka zasię dowiedziawszy się tego, w tem mu przeszkadzał. Ale iż Bogu obiecanego nigdy szatan nie wyłudzi, tedy i na ten czas, k’temu władyka nie przyszedł, aby był myśli swej dokazał, bo oficyał przyjechawszy w ten sposób, aby tylko siostrę chorą nawiedził, czas upatrzywszy, dzieciątko tajemnie z kolebki wziął, na to się nagotowawszy ochrzcił i dał imię Andrzej, potem precz pojechał uchodząc frasunku z rodzicami i z bratem władyką, który też przyjechał na to, aby ono dziecię na wiarę grecką ochrzcił. Ale gdy się dowiedział o dzieciątku ochrzczonem, barzo się frasował i także właśni rodzice onego dziecięcia, a wszakoż bacząc, że się to już rozstać nie mogło zaniechali tego, jednak one dziecię było u nich w mniejszej miłości niż się godziło, zwłaszcza k’woli władyce, który ich na to namawiał, aby nie mieli o niem pieczy. Oficyała przez listy gromił, że dziecię biesowym Lachem uczynił i wręcz namawiał rodziców do odtrącenia swojego potomka. Tym samym ród, choć z pochodzenia ruski, uległ polonizacji, gdyż narodowość utożsamiana była z wyznawaną wiarą.
Po tejże intrydze, gdy mu (tj. Jędrzejowi) było osiem lat, rodzice oraz władyka Jonasz podejmowali jeszcze próby nauczenia ruskiej hramoty, jednakże ich wysiłki spełzły na niczym. Razu jednego odstawili Andrzeja do wuja Jonasza, to Grzegorz dziecię tak sobie ugłaskał, że nazajutrz za nim piechotą z kursorem z Chełma do Krasnego Stawu przybieżało. On tego czasu i u ojca i u władyki z łaski wypadł. Ksiądz oficyał miał o nim tylko pilną pieczą i staranie jakoby mu dał dobre wychowanie, które mu było nagrodą sowitą onych szkód odniesionych od rodziców jego. Wuj Grzegorz Sosnowski zaczął przysposabiać Andrzeja do stanu duchownego, stąd też w wieku 19 lat przyjął święcenia kapłańskie. Objął nawet probostwo oleksowskie pod Sieciechowem, jednak po śmierci swojego patrona jeszcze w tym samym roku porzucił duchowną karierę. Osiadł w domu Gniewoszów, w majątku których znajdowała się parafia oleksowska.
W roku 1531 dwudziestoletni Andrzej Wereszczyński ożenił się z Anną Jaroską z pobliskiego Gniewoszowi Jaroszyna, która w dniu ślubu miała jedynie trzynaście lat. Wkrótce po ślubie Andrzej względem dobrej sławy dla rozmnożenia więtszego, utrat majętności i gardła swego nie ważąc, wyprawił się sam na swą szkodę za pieniądze posażne, na trzynaście koni na bitwę pod Obertyn. Jego żona Anna trafiła więc na wychowanie do swojej ciotki księżnej Małeczyńskiej. Wyjazd Andrzeja był podyktowany częstymi najazdami tutejszych ziem przez Tatarów i Wołochów, gdyż Królestwa nie było stać na wystawienie regularnej armii. Dlatego też ówczesny wojewoda ruski Jan Tarnowski wyprawił pod Obertyn tylko 6 tysięcy konnicy i 2 tysiące piechoty, pośród których był Andrzej Wereszczyński i kilku wyprawionych przez niego poddanych. Wszystka szlachta ziem ruskich na hasło sławnego Jana z Tarnowa stanęła do odporu. Komu tylko o dobre imię chodziło, zwłaszcza zaś, kto młodem władał ramieniem, przywdziewał pancerz ku obronie kraju, ruszał w kilka, kilkanaście koni ku obozowi polskiemu – pisał Karol Szajnocha. Przeciwko siłom polskim stanęło 20 tysięcy Wołochów.
Józef Wereszczyński wspominał w pamiętnikach o swoim ojcu, iż walcząc pod Obertynem z wojskami wołoskimi nabawił się okrom ranki bardzo małej nad czołem (…). Była to rana od kopii, bo go był ugodził Wołoszyn jeden kopią w głowę, aż przyłbicę na nim kopią z głowy oberwał. Karol Szajnocha o zwycięskiej bitwie pisał: Polska zasłynęła szeroko swoim nowym zwycięstwem i pozbyła na długie lata niebezpieczeństw wołoskich. Andrzejowi i większej części rycerstwa koronnego, dzięki mądrym rozporządzeniom wodza, ani włos z głowy nie spadł. Bardzo szczupłą stratę poległych wynagrodziło sobie wojsko polskie nawiązką w skarbach rozbitego obozu wołoskiego, w ustąpionych rycerstwu przez hetmana upominkach króla Zygmunta, w mnogich darach i łaskach królewskich samemuż wojsku. Dostało się tych plonów zwycięstwa i młodemu Wereszczyńskiemu. Wrócił z niedługiej wojny bogatszy, niż był wyjechał. Nie tylko wszystkie wydatki na wyprawę odzyskane zostały, ale przybył jeszcze spory zapasik pieniędzy i kosztowności zdobytych do gospodarowania w nowym domu. Zawitał w nim dostatek, uśmiechała się mu życzliwość i cześć u ludzi. Jednego tylko brakowało szczęśliwemu Lachowi z Wereszczyna – błogosławieństwa ojca i matki.
Będąc osobą znaną, dostatnią i uważaną Andrzej postanowił wybrać się do Wereszczyna, przywożąc ze sobą wiele wojennych upominków. Jego syn Józef pisał, iż mając piękny około siebie dostatek y rozumiejąc też to, iż już nie miał być wzgardzonym Lachem u swoich rodziców, ale im być więcej ku pomocy a dobrej sławie, już dłużej nie mógł wytrwać, aby ich nie nawiedzić, ale i owszem wezbrawszy się z małżonką swą, udał się do nich. Przyjęty został przez ojca i matkę nad nadzieję wdzięcznie, radując się za onemi dobremi sprawami jego z niemałej godności, która się już znacznie na nim ukazywała. Przyjazd bogatego syna był tym bardziej w porę, gdyż majątek został bardzo zadłużony. O powodach kłopotów finansowych pisał Szajnocha: Gniewne się uchylenie pana Fedorego z Wereszczyna od zwykłych stosunków z sąsiadami przyniosło niemałą szkodę sprawom domowym. Poszły w zapomnienie dawne związki przyjaźni, a nie przybywało nowych przyjaciół. Zaczęli owszem nastawać przeciwnicy, z którymi niebawem przyszło do niezgody, do swarów o granice, do procesów o większą część posiadłości. Nawyknięcie do samowolności w ścianach domowych, odejmowało ochotę i uzdolnienie do niezbędnych zabiegów po trybunałach, a wraz z niedostatkiem przyjaciół ku poradzie i wsparciu dojmował także niedostatek środków do ponoszenia coraz uciążliwszych kosztów sądowych. W chwili przybycia syna znalazł się pan Fedory zagrożony ruiną całego mienia.
Ojciec przekazał synowi zadłużony, gdyż – jak pisał Wereszczyński – rozumiał temu, że go on miał ze wszystkich trudności wydźwignąć, których był zażył z sąsiady, czego dokazał, bo skoro mu ojciec dobra swe dał do opieki, zaraz we wszystkie nie tylko pokój, ale poważanie znaczne znał od wszystkich sąsiad, że nań wszyscy potem łaskawi byli i jemu w wielu rzeczach deferowali. Dzięki swojej sławie i gospodarności uzyskał liczne godności, w tym komornika ziemskiego, a następnie podsędka chełmskiego. Jego syn Józef w pamiętnikach dodawał, że ojciec, jako urząd swój podsękowski odprawował wiernie i przez nagany wszech rzeszy szlacheckiej w ziemi chełmskiej sprawował. Nigdy żadnej przyczyny z siebie do złego nie dał, tak tego około siebie przestrzegał, że mu się nigdy przeciwko żadnemu korda swego dobyć nie zdarzyło, a też żadnej rany, ani blizny na ciele swem nie miał.
Józef z rodu Wereszczyńskich doszedł do najwyższych tytułów. Encyklopedie podają 1531 rok urodzenia Józefa, ale w tym czasie jego matka Anna Jaroska miała tylko 13 lat, a ojciec Andrzej, jako dwudziestolatek, brał udział w wyprawie obertyńskiej. Te fakty podważają wiarygodność informacji o roku urodzenia Józefa Wereszczyńskiego. Kształcąc się w szkole duchownej w Krasnymstawie szybko został jej wykładowcą. Początkowo pełnił funkcję oficjała władyki chełmskiego, a następnie przeszedł na obrządek łaciński. Po wyświęceniu na księdza został kanonikiem chełmskim, co „dało mu krzesło” senatorskie i pozwoliło uzyskać wyższe godności kapłańskie. Został opatem sieciechowskim, a potem król Zygmunt III Waza, za poparcie podczas swojego wyboru, mianował go w 1589 roku biskupem kijowskim. Na obszarze powierzonego biskupstwa założył Nowy Wereszczyn, w którym żył i pisał do ostatnich swoich dni.
Znany był jako kaznodzieja i pisarz polityczny. Spod jego pióra wyszły takie dzieła, jak: „Wizerunek o wzgardzie śmierci”, „Kazanie na dzień Zaduszny, w którym dowodzi, że jest czyściec”, czy też „Kazanie o małżeństwie”. Żył skromnie, o czym wspominał Kacper Niesiecki w wydanym herbarzu: (…) sam wstrzemięźliwe życie prowadził, więcej wody niżeli piwa pijąc. Za to hojnie wspomagał ubogich, których zwał swoimi przyjaciółmi. Za główny cel życia uznawał propagowanie konieczności zaludnienia Ukrainy, jak też walkę z barbarzyństwem mahometańskim, dlatego też wydał kilka projektów obrony przed Turkami i Tatarami (np. „Exeytarz do podniesienia wojny przeciwko Turkom i Tatarom”) oraz o założeniu szkoły rycerskiej na Ukrainie (w dziele: „Publika strony fundowania szkoły rycerskiej na Ukrainie, jako też Krzyżaków Maltańskich na Zadnieprzu”). Niejednokrotnie dał dowód swojej troski o ojczyznę, zwłaszcza w okresie bezkrólewia po śmierci Stefana Batorego, zachęcając wszystkich do jedności i zgody. Był jednym z najaktywniejszych senatorów na sejmie elekcyjnym, który na nowego króla wybrał Zygmunta III Wazę.
W domu Andrzeja Wereszczyńskiego dość często w gościnie bywał Mikołaj Rej, posiadający tu rozległe dobra, otrzymane jako wiano Zofii Kościeniównej. Stanowiły one największy udział majątku wereszczyńskiego i mogły być nadane jeszcze pradziadkowi Zofii, czyli kosztelanowi chełmskiemu Wańce z Pustowia. Mikołaja Reja uznawano za najbardziej niezgodnego sąsiada w okolicy, gdyż prawie ze wszystkimi prowadził procesy sądowe. Na przykład przyczyną zatargu z dziedzicami dóbr hańskich było polecenie Reja zaorania pola należącego do sędziego ziemskiego chełmskiego Andrzeja Hańskiego. Rej ponadto zabrał mu zboże z młyna i wyłowił ryby ze wspólnego stawu. Oczywiście Hański odwzajemniał się w podobny sposób, a spór trwał ponad 10 lat i zakończył się dopiero po śmierci Reja. W ramach zemsty na swoim sąsiedzie z Hańska Rej posunął się do zabrania czterech rojów pszczół z pola należącego do chłopa Hapona Borsuka, pochodzącego również z Hańska, tylko dlatego, że był poddanym Hańskiego.
Jaskrawe szczegóły o Reju podał Józef Wereszczyński w broszurze ,,Gościniec pewny niepomiernym moczygębom”, w którym czytamy: (...) z tych niepomierników natrząsa się w pisaniu swem i on polski poeta Rej stary, który choć też sam rad dobrze pił i jadł, bo był Fegoa prawy, tegom ja dobrze znał, bo często u podsędka chełmskiego ojca mojego dla używania myślistwa bywał. Abowiem zawżdy kiedy jedno przyjechał, pudło śliw jako korzec krakowski, miodu praśnego pół rączki, ogórków surowych wielkie nieckółki, grochu w strączkach cztery magierki, na każdy dzień na czczo to zawżdy zjadał. A potem z chlebem garniec mleka zjadłszy, jabłek z kopę, a pół tryfusa gniłek spazszy, do tego sztukę mięsa albo raczej cztery świeżego wezbrawszy, półmiskom kilkom czupryny wzmiąwszy, kapuście kwaśnej potem dorobił, mało już o żabki włoskie dbał. Potem gdy do ugaszenia pragnienia przyszło, gdybych o tem pisał szeroko, byłoby niejednemu śmieszne, bo jako rad jadał potrawy trefne, także też rzadko pijał piwo dobre, jeno gorzkie, kwaśne, naostatek i mętne, a gdy trafił do kogo na łotrowskie piwsko, to pił aż mu w karku trzeszczało, a też nieraz mu się trafiało, że to smaczne piwko jako słodki wrzód z gardła się mu nazad dobywało, a jeszcze sobie ust nie utarł, a przedsię wolał, aby mu pełną iną nalano, i inszych upominał aby też spełnili; pana gospodarza nie przepominano, to ono piwsko znowu przed gośćmi i przed gospodarzem wychwalał i aż do nieba wynosił, i nie wyjechał nigdy z domu tego, aż wypił z gośćmi i z gospodarzem wszystko, acz to było gościom, a nawięcej panu gospodarzowi brzydko. Acz tego niewiem, jeśli gdzieindziej w pomiernem życiu się kochał, ale w ziemi chełmskiej wiele jadał i pijał.
1.3. Rozdrobnienie folwarczne dóbr wereszczyńskich
W XVI wieku własność Wereszczyńskich ulegała rozdrobnieniu na rzecz nowych wierzycieli, którzy tworzyli swoje małe dworki i folwarczki, często z jednym zagrodnikiem i polem. W 1542 roku Zygmunt Wereszczyński, drugi po Józefie syn Andrzeja, połowę dóbr z Wereszczynem, Łomnicą, Wolą Wereszczyńską, Lejnem i Linem odsprzedał podczaszemu chełmskiemu Wojciechowi Siedliskiemu za kwotę 1.000 florenów. Natomiast według regestrów poborowych z 1564 roku Wereszczyn, jako wieś kolokacyjna, rozdrobniony był już na siedem działów. Oprócz syna Zygmunta, Stanisława Wereszczyńskiego i jego rodziny (w tym brata Jana Wereszczyńskiego), posiadających piątą część wsi oraz Mikołaja Reja, posiadającego największy dział, gdyż płacił podatek od czterech łanów, sześć zagród, dwóch zagród bez roi, dwóch rzemieślników i popa. Udziały posiadały również rodziny Czerniawskich (Paweł) herbu Nieczuja, Siedliskich, Unieszowskich (Albert) i Starosckich, a później także Jabłońscy, Brzozowscy i Rozwadowscy.
Wieki XVII i XVIII przyniosły dalsze rozdrobnienie. Z przeprowadzonej analizy transakcji ziemskich we wszystkich parafiach ziemi chełmskiej drugiej połowy XVII wieku wynika, że w parafii Wereszczyn wartość obrotu ziemią nie odstawała od pozostałych parafii, jednak pod względem ilości transakcji Wereszczyn zdecydowanie przodował. Świadczyło to o dużym rozdrobnieniu majątków w parafii Wereszczyn (w skład której oprócz Wereszczyna wchodził wsie: Andrzejów, Wytyczno, Wola Wereszczyńska, Łomnica, Świerszczów i Tarnów), bowiem jedynie w parafii sosnowickiej wartość obrotu na jedną wieś była niższa. Dzieląc między sobą lasy i grunty uprawne miejscowi dziedzice przyjęli następujące miary, co dokładnie opisują księgi donacyjne kościoła wereszczyńskiego: włókę każdą naliczayąc po 30 morgów, morg po 10 sznurów, sznur po 10 prętów, wielkie pręty po 10 małych prętów, pręt mały po 18 łokci krakowskich, a na łokieć litewski na dwa albo na trzy palce większe od krakowskiego. Każda wyznaczona według tych miar włóka we wsi Wereszczyn rozciągała się od granicy Jędrzejowskiej do granicy Świerszczowskiey. Podzielono także pozostałe dobra wereszczyńskie, a granica każdej wymierzonej części oznaczona była mogiłami, a na błotach palami.
Pomimo postępującego na początku XVII wieku rozdrobnienia majątków, Mikołajowi Brodowskiemu, pełniącego urząd pisarza ziemskiego lubelskiego, udało się skupić znaczną część dóbr wereszczyńskich. Brodowski poprzez pierwsze małżeństwo z Konstancją z Mogielnicy i drugie z Dorotą z Czerska skupił znaczny majątek ziemski, ale miał też komu ten majątek rozdzielać, gdyż urodziło się mu sześciu synów. Po śmierci dziedzica w 1619 roku właścicielami majątku wereszczyńskiego, w skład którego wchodziły dobra i ich części na wsiach Wereszczyn, Wola Wereszczyńska, Lejno, Zienki, Łomnica i Andrzejów przypadły Mikołajowi, Andrzejowi i Pawłowi Brodowskim. Zobowiązani zostali do spłaty pozostałych braci. Za Lejno i Zienki musieli Janowi Brodowskiemu zapłacić trzy tysiące złotych polskich, a także podzielić się bydłem, sadem, końmi, wołami, owcami, świniami, gęsiami, kurami, także sprzętami domowemi do gospodarstwa należącemi (…). Jednakże sprzęty domowe niektóre, a mianowicie statki browarne, sieci zwierzęce i rybne i szkuta na Wieprzu w Łęczney będąca przy mayętności wereszczyńskiej zostawać mayą w używaniu mayętności. Wszystkim wymienionym braciom, jak też dwóm pozostałym Kasprowi i Wojciechowi przypadły ponadto majątki po ich matkach, czyli dobra w Mogielnicy, Bełzku i Trzeszkowicach. Jednakże w przypadku uszczuplenia którejkolwiek majętności braci wówczas w przyjacielskiej zgodzie powinni srebrem, złotem, końmi i innymi rzeczami się Panowie Brodowscy równie podzielili i między się te rzeczy rozebrali i oto się nie mayą trudnić ani upominać się podziału tych rzeczy.
W kolejnych latach pojawiły się rodziny Andrzejowskich, Bełchackich, Stempkowskich i Tyszkiewiczów. W 1629 roku Tyszkiewiczowie wykupili właśnie od Bełchackich, tzn. Wojciecha, Pawła i ich stryja noszącego również imię Paweł, część gruntów wereszczyńskich. Natomiast w 1648 roku znaczna część gruntów przeszła z rąk wdowy po Pawle Anny Stączanki Andrzejowskiej w posiadanie Uhrowieckich herbu Suchekowananty. Anna Andrzejowska zarządziła w testamencie swój pochówek w podziemiach kościelnych i aby na każdy rok rocznie wigilie z dzwonieniem tego dnia, którego Panu Bogu ducha oddam odprawiane były z przypominaniem duszy mey po kazaniu z ambony w każdą niedzielę. Jedną z form odkupienia jej duszy stanowił podarowany kościołowi kielich z patyną złocistą. Powszechna była praktyka testamentowego obdarowywania nie tylko kościoła, ale także ubogich i służących dworu. W sporządzonym w 1655 roku testamencie Katarzyna Chojeńska Sosnowska poza przekazaniem dóbr dziedzicznych dla syna rozporządziła pewną kwotę: A czeladzi zasłużoney Piotrowi, Mikołayowi i Zosi zł. 15, Woytkowi parobkowi drugiemu zł. 15. A babce kucharce zł. 10.
Pobyt rodziny Uhrowieckich w Wereszczynie przypadł na bardzo trudny okres wojen kozackich i potopu szwedzkiego. Kozacy grasowali na ziemi chełmskiej w 1648 i 1655 roku, a w 1657 roku ziemie grabiło wojsko siedmiogrodzkie Rakoczego i wojsko szwedzkie. W 1653 roku ziemie te najechali Tatarzy, biorąc wielu mieszkańców w jasyr, pomimo że wcześniej sejmik ziemski ofiarował im pieniężny „upominek”, który miał zagwarantować nienaruszalność ziemi chełmskiej z ich strony. Jak opisuje w swoim w dziele „Włościanie u nas i gdzie indziej” dziewiętnastowieczny historyk, badający dzieje stanu chłopskiego, Walery Przyborowski, chłopi stawali na mogiłach, wyglądając czy zbrojne, huczące jak fala morska, tłumy Chmielnickiego nie idą spod Zamościa, lub Węgrzy Rakoczego z Lublina. Gdy atoli zamiast tłumów kozackich, ukazały się chorągwie polskie, wszystko co żyło we wsi uciekało do lasów, do bagnistych puszcz podlaskich, ciągnąc ze sobą wozy z żywnością. Straszne to zresztą były czasy – istna „ruina”. Wszyscy gnębili: Tatarzy, Szwedzi, Kozacy, Węgrzy. Tłumy zgłodniałych, zdziczałych w lesnem życiu wieśniaków, włóczyły się od wsi do wsi. Własność, życie, cnota kobiet, nic nie było szanowane. Częstokroć do uciekającej przed gwałtem dziewczyny strzelano. Potwierdzeniem słów zapisanych przez Przyborowskiego są słowa wypowiedziane podczas obrad chełmskiego sejmiku przez jednego posłów w dniu 2 listopada 1656 roku: Państwo pustoszy nie tylko nieprzyjaciel koronny, ale i intra od swowoli wojsko nasze, które na domy szlacheckie i na kościoły napada. Tak więc zagrożeniem dla kmieci było każde wojsko, niezależnie czy polskie, kozackie, szwedzkie, czy siedmiogrodzkie. Z tego też powodu wiosną doszło do wystąpienia ludu przeciwko dworom, wobec czego miejscowa szlachta postanowiła na sejmiku powołać oddział wojska w liczbie 200 ludzi, w celu zabezpieczenia siebie i swoich majątków przed buntem kmieci.
Podstoli chełmski Zbigniew Uhrowiecki był wówczas jedną z najbardziej znaczących osób w ziemi chełmskiej. Aż dwukrotnie pełnił funkcję marszałka na sejmiku ziemskim, co zawdzięczał przede wszystkim poparciu najbardziej wpływowego w tej części Rusi kanclerza i hetmana wielkiego koronnego Jana Zamoyskiego. Po kilkunastu latach obecności w Wereszczynie dokonał w 1658 roku podziału majątku na pięć części. Być może było to pokłosie opisywanego powyżej stanu wojny z Kozakami i trudnościami we współżyciu z kmieciami. Do pierwszej wydzielonej części, zwanej „dworem wielkim”, a będącej w posiadaniu Franciszka i Stanisława Uhrowieckich, włączono zagrody, sady, sadzawki i wszystkie budynki. Łącznie stanowiły 15 mórg ziemi. W wyznaczonym dworze żyli tacy poddani, jak Andrzyk gospodarujący na sapieżańskiej włóce z parą wołów, Grześko Bednarz na pół włoki ma wołów trzy, Sobek na pół włóki, Józef Krasuski, którego włóka cała pusta, Giejowa z synem ma krowę iedną, Skwarczuk ma wołów cztery na półwłóku, Paweł Mazur na półwłóku ma wołów parę, Chwiejko Protas na półwłóku, Wołczyk Stecki ma półwłóku ma wołów dwa, krowy dwie, Protas Borys ma wołów trzy, krowę iedną na włóce, Misiejczyk ma wołów dwa, Kowal na włóce ma wołów dwa, cielaków dwa, krów trzy, Hajakowie na włóce mayą wołów dwa, Piwowar Laszek na półwłóku, Piotr Mazur ma wołów dwa. W skład pierwszego majątku wchodził ponadto staw i młyn z młynarzem. Druga część o powierzchni 4 mórg znajdowała się w posesji podstolego Wolskiego, a trzecia, usytuowana na dworzyszczu zwanym Jemieliczyzna, również zajmowała obszar 15 mórg. Kolejna czwarta część, znajdująca się na siedlisku Czerszyłyźnie, a będąca własnością Czerskiego, zajmowała taką samą powierzchnię 15 mórg, zaś piąta na Siedliszczyźnie z sadem liczyła 5 mórg.
Jedną z tych części z czternastoma poddanymi nabył regent kancelarii chełmskiej Marcin Brzozowski. Po nim majątek przejął syn Jan Karol, który kontynuował urzędniczą karierę ojca, pełniąc funkcje kancelisty chełmskiego (1674 – 1677), rejenta kancelarii (1684 – 1690), by ostatecznie na jeden rok zostać komornikiem ziemskim chełmskim (1690 – 1691). Po zakończeniu kariery urzędniczej Jan Karol Brzozowoski został księdzem. Brzozowscy pochodzili ze szlachty drobnej, stąd też w rejestrach podatkowych początkowo zapisywani byli jako nobilis, czyli szlachcice reprezentujący niższy personel. Z czasem pełnienie urzędów w kancelarii chełmskiej umożliwiło na zwiększenie zasobności swojego majątku, skoro w Wereszczynie na stałe utrzymywali rezydentów, a był to wydatek znaczący.
Dalsze rozdrobnienie majątków wereszczyńskich nastąpiło przy kolejnych podziałach w rodzinie Uhrowieckich i Wolskich. Antoni i Michał Uhrowieccy otrzymali zabudowania dworskie, zaś Jakub Uhrowiecki, podstoli ziemi chełmskiej, otrzymał drugą włókę z budynkami, czyli izbę z alkierzem, sienią i piekarnią, stodoły, spichlerz oraz browar. Jakub Uhrowiecki, podobnie jak jego ociec Zbigniew, również był w ziemi chełmskiej z jedną najbardziej poważanych osób, o czym świadczyć może dwukrotny jego wybór, jako posła, na sejm walny.
Z racji tej, iż zespół dworski w Wereszczynie nie powstał od razu, lecz rozwijał się stopniowo, nie posiadał z góry przemyślanej i zamkniętej kompozycji. Na dziedziniec prowadziła brama i aleja lipowa, istniejąca do dnia dzisiejszego, która kończyła się tuż przed gankiem dworu. Według spisu inwentaryzacyjnego z XVIII wieku dwór był długim, dwutraktowym i jedenastoosiowym budynkiem z gankiem wspartym na słupach. Wzniesiony był na podmurówce z drewnianych kloców, a pod wschodnią częścią znajdowały się sklepione piwnice. Po lewej stronie dworu znajdowała się oficyna kuchenna, zaś na wprost od niej, po prawej stronie dworu, zlokalizowano dwa lamusy oraz wozownię. Prawdopodobnie na południowym wschodzie od dworu znajdowała się kaplica, a od 1634 roku kościół wzniesiony z fundacji Zofii Tyszkiewiczowej (o którym szerzej w kolejnym podrozdziale). Świadczyć za tym faktem mogą często wyorywane w tym miejscu kości ludzkie, co by dowodziło istnienie cmentarza grzebalnego, które w tamtych czasach lokowane były na placu kościelnym. Na północ od dworu zlokalizowany był folwark, w skład którego wchodziły: budynek mieszkalny, trzy stodoły, spichlerz, dwa podszopia, stajnia, obora, winniczka, cztery chlewy, pomieszczenie na nabiał i loszek oraz kuźnia. Tuż przy dworze znajdował się „ogród włoski”, składający się z jabłoni, śliw, grusz, krzewów i bylin ozdobnych oraz ziół. To w nim Mikołaj Rej zażywał rozkoszy życia wiejskiego.
Kolejnym właścicielem części dóbr w Wereszczynie został Seweryn Wereszczyński, a po nim bracia Mikołaj (cześnik latyczewski), Jan i Aleksander Wereszczyńscy. W końcu wieku w 1685 roku część dóbr wereszyńskich po Szymonie Mogielnickim, którego bardzo często sejmik ziemski wybierał na poborcę podatku ziemskiego, przejął cześnik ziemi chełmskiej Andrzej Antoni Bąkowski. Grunty, jakie wziął w posiadanie, zajmowane były przez chłopa Stecka Wołczyka oraz włókę iedną pustą nazwaną Sędzuchowską, która z kolei w 1694 roku przypadła Żytkiewiczom.
Od lat siedemdziesiątych we wsi istniał szpital, który to w 1683 roku przekazano w ramach zaległej dziesięciny kościołowi. Budowa szpitala była odpowiedzią na często pojawiające się epidemie cholery, ospy, duru plamistego, czy szkarlatyny. Bardzo złe warunki higieniczne, słabe odżywianie się wpływały na niską przeciętną długość życia, skarłowacenie oraz liczne choroby skórne i wewnętrzne. Szpital wybudował Jan Wereszczyński, przekazując dla pokoyu i dobra pospolitego i wygody na rzecz ks. Kazimierza Noczkowskiego i jego sukcesorów pustą półwłókę z ogrodem, który ogród poczynawszy od drogi przez wieś leżącey, między szpital i kościół, ku południowej wzdłuż, a wszerz od miedzy plebańskiey, aż do miedzy popowskiey. Oczywiście wszystkie grunty przekazywane były ze wszelkimi chłopskimi przynależnościami, tudzież żonami, dziećmi i wszelką substancyą.
W XVIII wieku ponownie wzrósł prestiż członków zamieszkujących w Wereszczynie rodziny Wereszczyńskich. W 1718 roku okoliczna szlachta wybrała Franciszka Wereszczyńskiego na skarbnika chełmskiego, natomiast w 1754 roku Ludwik Wiktoryn Wereszczyński, ożeniony z łowczanką chełmską Zofią Kunicką, został kasztelanem lubelskim, a wcześniej piastował urząd stolnika krasnostawskiego, pisarza grodzkiego chełmskiego (1728 – 1733), pisarza kapturowego (od 1733 roku), sędziego grodzkiego chełmskiego (1733 – 1746), by ostatecznie zostać sędzią ziemskim chełmskim, specjalizującym się w prawie kanonicznym. Na zjeździe sejmiku ziemskiego w Chełmie w 1733 roku został wybrany marszałkiem, a pięć lat później deputatem na Trybunał Koronny. W trakcie obrad trybunału domagał się obłożenia ludności podatkiem czopowym i szelężnym, by móc wojska aukcyę formować. Poruszył kwestię płacenia podatków przez ludność żydowską, którzy by uniknąć podatków szukali sposobów, przenosząc się z miasta do miasta. Politycznie Wereszczyński związał się z magnacką rodziną Rzewuskich, zostając oficerem jednej z trzech ich chorągwi. Jako osoba piastująca na wielu urzędach i znawca prawa kanonicznego Ludwik Wiktoryn Wereszczyński posiadał dość znaczną bibliotekę z drukami zarówno polskimi, jak i obcymi.
Wielu członków rodziny Wereszczyńskich piastowało niższe urzędy, takie jak miecznik, stolnik, wojski. Pierwszy z synów Ludwika Wiktoryna Józef Wereszczyński został podsędkiem chełmskim, zaś Jana Wereszczyńskiego w 1778 roku mianowano skarbnikiem chełmskim. Natomiast brat Ludwika Wiktoryna Leon Wereszczyński piastował funkcję stolnika chełmskiego oraz chorążego i podczaszego krasnostawskiego. O jednym z dziedziców Wereszczyńskich opowiada w swoich wspomnieniach sąsiad Józef Rulikowski, przebywający w Świerszczowie w latach sześćdziesiątych XVIII wieku: Obywatel Wereszczyński, dziedzic Wereszczyna, młody, majętny i literat, wróciwszy z podróży po cudzych krajach, przytem zdolny i obdarzony piękną wymową, żądał jakiego zaszczytu w ojczyźnie, bo chciał jej służyć i dlatego kupił sobie rangę rotmistrza, jednej chorągwi w kawalerji narodowej w partii ukraińskiej, której dotąd nigdy nie widział i ni znał. Razu pewnego ta chorągiew odebrała rozkaz stawienia się na jedną podobną lustracją do Łabunia. Wereszczyński chcąc zabrać znajomość z panem wojewodą, regimentarzem partii ukraińskiej, pośpieszył w sześciokonnej karecie do Łabunia i w niej siedząc wprowadził chorągiew swoją na dziedziniec, na którym się wspaniale roztaczał pałac wodza. Tu się starły z sobą dwie arystokracje, starożytna z nowożytną. Wereszczyński albowiem znał siebie panem z antenatów i sam do tego był synem kasztelana lubelskiego, Stępkowski zaś wszystko winien samemu sobie czuł to, że jest przychodniem między panami i kontent był, że może upokorzyć starożytnego arystokratę. Postrzegłszy więc z pałacu, że pan rotmistrz w karecie zaprowadza chorągiew na dziedziniec, otworzywszy okno zarekomendował sam. Rotmistrz z karety komenderówkę wojewody powtórzył, ale regimentarz rozsiadł się sierdziście i krzyknął: Nie tak! Pan rotmistrz za front, wachmistrz wystąp i komenderuj chorągwią, tu nie potrzebują literatów. Ten afront publicznie wyrządzony, przyprawił Wereszczyńskiego o pomieszanie zmysłów. Podczas mojej bytności w Lublinie żył jeszcze zamknięty w domu pod strażą familijną.
W 1779 roku dobra Wereszczyńskich liczyły ponad 2.600 mórg ziemi. Część dóbr od 1774 roku przeszło na własność Bonieckich, którzy na stałe zamieszkiwali w Andrzejowie i w Wytycznie. Głównym sukcesorem po zmarłym w 1778 roku Leonie Wereszczyńskim został Seweryn Wereszczyński, choć poza nim udziały uzyskali inni członkowie rodziny, w tym Wydżgowie, w osobach Ludmiły z Wydżgów Świeżawskiej i Martyny z Wydżgów Bronikowskiej. Sukcesję majątku zakłócił wieloletni spór sądowy z rodziną Zagórskich, z którą związała się małżeństwem Zuzanna Wereszczyńska. Jeszcze przed śmiercią Leona uzyskała ona od niego na dożywotnie używanie część majątku ruchomego.
Pomimo pojawienia się nowych familii w Wereszczynie (oprócz Bonieckich i Wydżgów także Suchodolscy) Wereszczyńscy swój okrojony majątek utrzymywali do końca XVIII wieku. „Regestr diecezjów” Franciszka Czajkowskiego z 1783 roku jako właścicieli Wereszczyna wymienia rodziny Wereszczyńskich i Suchodolskich. Właścicielem z rodziny Wereszczyńskich był wspomniany Seweryn oraz pełniący urząd skarbnika i sędziego ziemskiego chełmskiego Feliks, łysy, wysoki, ze strzępiastymi wąsami, żywo a głośno mówiący. Poza sprawami administracyjno-politycznymi Feliks zajmował się pisarstwem. W 1785 roku przełożył z języka niemieckiego i dostosował do lokalnych zwyczajów komedię „Rywal opiekun zawstydzony. Komedia w pięciu aktach”. Razem z Feliksem majątkiem zarządzał brat Kacper Wereszczyński. Obaj bracia zasłynęli jako hojni ofiarodawcy pomocy materialnej oraz żywnościowej dla powstańców kościuszkowskich. Włączyli się czynnie w organizowanie władz cywilnych powstania. Zostali wybrani na członków powstańczej Komisji Porządkowej Chełmskiej, której zadaniem była realizacja wszelkich rozporządzeń wychodzących od naczelnika powstania i Rady Najwyższej Narodowej. Z jej ramienia Kacper wyjeżdżał do naczelnika Tadeusza Kościuszki by otrzymać rozkazy do dalszego działania. Nie zatracił wiary w pomyślność powstania po zajęciu Chełma przez wojska rosyjskie w czerwcu 1794 roku. Wznowił działania komisji, stając się jej najaktywniejszym członkiem.
Druga połowa XVIII stulecia to okres, w którym nastąpił upadek świetności dworu i całego wereszczyńskiego majątku. W przeprowadzonej w 1779 roku lustracji dóbr wereszczyńskich zapisano kilka informacji o dworskich sadach i trzech ogrodach. Pierwszy znajdował się za sadem koło kuźni, drugi za stodołami, trzeci zaś przed stodołami, z których jeden marchwią, burakami, pietruszką i innymi ogrodowym warzywem zasiany. Ogrody te były opuszczone i zarośnięte, drzewa stare i uschnięte, a kwatery popsute. Ponieważ ogrody nie były grodzone zostały zniszczone przez folwarczną trzodę tak dalece, że tylko same ryżowiska pozostały. Lustracje przeprowadzone w kolejnych latach przedstawiały obraz zabudowań folwarcznych. Przybywały wprawdzie nowe budynki gospodarcze, ale jednocześnie istniejące budynki popadały w ruinę. W 1795 roku dwór przedstawiał się już tak żałośnie, iż wymagał nie tylko naprawy, co całkowitej restauracji. Odbudowa dworu była ciągle odkładana. Niemniej też pod całym dworem podwaliny popruchniałe wypaczone i niedługo już w całości utrzymać się mogące. Galerya drewniana z daszkiem, która dokoła tego dworu była, prawie ze szczętem zniszczona opadła. Podobnie było z wnętrzem, gdzie kafle piecowe rozsypywały się. Nie lepiej prezentowały się zabudowania folwarczne. Kuchnia przy dworze do połowy w ziemi zalazła, a lamus był bliski upadku.
1.4. Gospodarka folwarczna i kmiecia
Głównym zobowiązaniem poddanego na rzecz dziedzica, bądź w przypadku włók kościelnych na rzecz plebana, było w wiekach średnich odrabianie pańszczyzny. Już w 1477 roku sejmik ziemski wydał statut krasnostawski, w którym określił jednolite świadczenia chłopskie w ziemi chełmskiej. W dokonanym przez dziewiętnastowiecznego historyka Adryana Krzyżanowskiego tłumaczeniu tekstu statutu czytamy: Pragnąć dobra i dziedzictwa wszystkich ziemian i braci naszych w ziemi Chełmskiej dźwignąć i do większych przywieść zbiorów pracą kmieciów i osadników stanowimy:
1. Każdy kmieć, człowiek czy osadnik jakiego bądź stanu nie może wychodzić z dziedzictwa lub posiadłości swego pana przez odkazanie, chyba gdy posiadany przez siebie łan ziemi zasadzi innym kmieciem tak zdatnym jak był sam, albo gdy swoją posiadłość sprzeda za pozwoleniem swego pana.
2. Każdy kmieć w całej ziemi Chełmskiej z każdego łanu na świętego Marcina (11 listopada) co rok zapłaci swemu panu pół grzywny, przy tem da czworo drobiu na narodzenie Najświętszej Panny, a 4 kapłony i 24 jaj na Wielkanoc.
3. Każdy człowiek i osadnik o swoim chlebie z dwiema kosami dwa dni w roku, jeden dzień podczas siejby zimowej, jeden podczas letniej pracować i żąć będzie dla swego pana.
4. Każdy kmieć przywiezie co rok swemu panu cztery fury drew, dwie na narodzenie Pańskie, dwie drugie na Wielkanoc.
5. Każdy kmieć koleją będzie powoził swego pana w granicach ziemi Chełmskiej.
6. Każdy kmieć z łanu corocznie da swemu panu cztery korce owsa, a za to nie będzie obowiązany siać do dworu pokładnego (pod skibę).
7. Tłóki, ile razy się podoba i będzie potrzeba panu, kmiecie na wezwanie i koszt dworu odrabiać będą.
8. Każdy ogrodnik ze swego ogrodu wypłaci corocznie swemu panu sześć groszy czynszu i odrobi jeden dzień pańszczyzny w tygodniu.
9. Każdy pan jest mocen osadzić swych ludzi i kmieci na czynszu większym na półgrzywny bez pańszczyzny.
10. Pod karą trzech grzywien każdy ziemianin, dziedzic lub posiadacz, ma się stosować do powyższych przepisów. Przekraczający stawać będzie przed sądem starościńskim po pierwszym odebranym pozwie.
11. Pod taką samą karą żaden ziemianin nie może do swych dóbr przyjmować zbiegłych cudzych kmieci, jest zaś obowiązany wydać niezwłocznie takich na właściwe wezwanie, pod zaostrzeniem odpowiedzenia przed sądami i złożeniem przysięgi, jeżeliby zaprzeczał pobytu zbiega.
12. Kmiecie i osadnicy są zobowiązani naprawiać młyny i tamy swym panom.
13. Ziemianin nie może umartków, to jest puścizny po zmarłych kmieciach swoich zabierać, ale tylko dzielący się nią spadkobiercy dadzą niezwłocznie panu swemu wieprzka lub jałowicę.
Po upływie dwóch wieków w księgach parafialnych zapisano, iż w dobrach wereszczyńskich poddani po trzy dni robić powinni w każdy tydzień wołami. Na poddanych ciążył ponadto obowiązek płacenia dziesięciny na rzecz duchownego unickiego w wysokości 15 snopów żyta z półwłóki .
Największe dochody na Polesiu szlachta, jak i miejscowi chłopi, uzyskiwali w wyniku wykorzystywania naturalnych zasobów przyrody, jak lasy i jeziora. Jeziora dostarczały mieszkańcom dużą ilość ryby, a lasy zwierzynę, budulec i drewno opałowe, jak też miód. Duże znaczenie gospodarki leśnej i rybackiej powodowało poddawanie tych dziedzin szczegółowym unormowaniom. Również dziedzice dóbr wereszczyńskich ustalili zasady wspólnego korzystania ze swoich lasów oraz zakazy i kary za ich złamanie dla poddanych okolicznych wsi, które zostały spisane w XVII stuleciu w księgach rzymskokatolickiej świątyni: Naprzód Panowie jak i poddani, z wiosny zarazem aż do marznienia, bydło i stado, także i inne dobytki swe paść powinni nie wpuszczayąc do lasu i boru. Nadto Panowie swe pastuchy, a poddani z każdey wsi iednego albo dwóch pastuchów wskazać powinni pod zakładem 10 grzywien. I włóki tak osiadłe, jak i puste sami i poddani ich grodzić powinni, wedle części jako należy. Pożarów pastuchowie strzec powinni, a z ogniem i siekierą żaden chodzić nie ma. We włókach chłopskich we wszystkich wsiach samym sobie i chłopom swym wolne rąbanie żerdzi, drew, łuczywa [panowie] pozwalayą na ich własną potrzebę, obcym nieprzedawayąc ani rozdayąc. Drzewa bartnego albo na budowanie nie ruszayąc, li temu węgla żaden z poddanych, tak na cudzym iako i Pańskich robić nie ma.
Zyskom osiąganym przez średniej wielkości folwark dorównywały często dochody z użytkowania jezior, których w majątku wereszczyńskim było bardzo dużo. Zwracano więc baczną uwagę na podział jezior i czerpanych z nich pożytków. Z ksiąg donacyjnych parafii Wereszczyn wyczytać można, że w 1610 roku dziedzice Mikołaj Brodowski, Michał Siedliski i Mikołaj Słowicki podzielili jeziora wereszczyńskie, czyli Cycowe (dzisiaj Moszne), Lejno oraz Dołhe bliższe (dzisiaj Wielkie) i mniejsze (tj. Długie) na trzy części, z których trzecią część na dalsze pięć części. Ich nabywcy Jan, Mikołaj, Stanisław, Marcin, Paweł, Kasper, Mikołaj Starszy Wereszczyńscy oraz Zuzanna Węglińska i pisarz ziemski lubelski Mikołaj Brodowski ustanowili nad nimi wspólny zarząd. Opierał się na tym, iż dokonywanie połowu ryb w jeziorach odbywać się mogło jedynie na dworską potrzebę, a nie na przedawanie sobie i potomkom swoim. Za złamanie spisanych zasad groziły surowe kary. Jeżeli który by z właścicieli „na rybę” poszedł bez wiedzy pozostałych winien obdzielać wszystkich wedle części, a poddanemu, który przestrzeże i oznaymi wspólną rybą obdzielić mayą. A ieżeliby który z Panów albo poddanych nieoznaymiayąc część albo wszystką rybę zabrał, Dziedzic albo Pan zakład w wysokości tysiąca grzywien winien zapłacić, a podany gardłem karany być ma. W wyniku dużego rozdrobnienia, powodującego podział majątku na części ułamkowe, właściciele dóbr zabezpieczali się na wszelkie sposoby przed kłusownictwem i nadmiernym korzystaniem z przysługującego prawa przez któregokolwiek z dziedziców.
Zyski z uprawy roli nie były ówcześnie podstawowym źródłem dochodu, a plony uzyskiwane przeznaczane były głównie na potrzeby własne właściciela i jego rodziny. W przypadku lat suchych lub nadmiernie wilgotnych musiano nawet sprowadzać zboże z innych krain, chociażby w przypadku suszy z 1565 roku miejscowa szlachta zwróciła się do króla o zezwolenie na przywóz zboża z Wołynia, bez konieczności opłacenia myta. Dopiero od drugiej połowy XVII wieku gospodarka folwarczna nabierała większego znaczenia, czego dowodem było zwiększanie kmieciom dziennego wymiaru obowiązku pańszczyźnianego. Znacznym źródłem utrzymania miejscowych dziedziców stanowiły dochody z przymusu młynnego i propinacyjnego. Karczma czy też młyn dworski już od XV stulecia znajdowała się na terenie dzisiejszego Zastawia, co potwierdzają znaleziska numizmatyczne. Monopol karczemny, a zarazem związany z nim przymus propinacyjny, polegał na wyłącznym prawie pana nie tylko do produkcji piwa oraz gorzałki, lecz także do ich sprzedaży w swoich karczmach poddanym i to w ilościach z góry ustalonych. Uprawnienia propinacyjne przynosiły chłopom szkody materialne, zdrowotne oraz moralne.
Pomimo znaczącego obciążenia warstwy chłopskiej, sytuacja gospodarcza miejscowej szlachty pogorszyła się w połowie siedemnastego stulecia. W okresie wojen kozackich nałożono na chłopów podymne, czyli podatek od domów mieszkalnych, oraz pogłówne płacone od pojedynczych osób. Poprzez zwiększenie obciążeń podatkowych dla warstwy włościańskiej szlachta dążyła do zrekompensowania poniesionych strat, spowodowanych wojnami kozackimi i potopem szwedzkim. Początkowo coraz większe obciążenia pańszczyźniane przyniosły odwrotny efekt, gdyż wybuchły na Chełmszczyźnie masowe bunty włościan. W celu ich stłumienia chełmski sejmik ziemski uchwalił o zaciągu 200 żołnierzy.
W wyniku wojen na obszarze tym większość uprawianej ziemi pozostała opustoszona, a liczba mieszkańców drastycznie spadła. Ponadto na przełomie XVII i XVIII wieku znacznie spadła cena zboża, dlatego też, rekompensując sobie ten spadek, szlachta prawie całkowicie zastąpiła najemną siłę roboczą pracą pańszczyźnianą chłopów. Zupełnie odwrotnie postępowano sto lub dwieście lat wcześniej, gdy ze względu na częste najazdy tatarskie (chociażby z 1500 roku), obciążenia pańszczyźniano-podatkowe chłopów w tym rejonie był niższe niż w innych regionach kraju. Stąd też, mimo nawały tatarskiej, rejony te przeżywały najbardziej dynamiczną kolonizację ziem.
1.5. Wereszczyńskie świątynie, jej kapłani i parafianie
Pierwszy budynek sakralny w Wereszczynie został wzniesiony przez Fedora Wereszczyńskiego. Była to parafialna cerkiew obrządku wschodniego, pod wezwaniem Najświętszej Marii Panny, wzmiankowana od 1510 roku. Fundatorem świątyni była rodzina Wereszczyńskich, która na uposażenie przekazała część swoich gruntów. Właściciel dóbr Mikołaj Stanisław Wereszczyński podkreślał na wstępie pisma z 1697 roku do greckokatolickiego biskupa chełmskiego Jakuba Suszy, iż ta moia Cerkiew we Wsi Wereszcznie na gruncie moim dziedzicznym będąca przez przodków moich fundowana. Po unii brzeskiej z 1596 roku przemieniono ją w świątynię unicką, skoro podczas procesu miejscowego plebana z Albertem Wereszczyńskim w 1616 roku duchowny zapisany został jako wielebny pop obrządku greckiego kościoła wereszczyńskiego.
Ludność włościańską odciągnięto od prawosławia zawarciem w 1596 roku unii brzeskiej, stąd okoliczne cerkwie, w tym wereszczyńska, bardzo szybko dokonały konwersji na obrządek greckokatolicki. Porzucanie prawosławia przez hierarchów duchownych, a następnie przez lud, było konsekwencją panującego wówczas w Cerkwi bezprawia i nieładu. Powszechna stała się praktyka kupowania wyższych urzędów duchownych, a wykształcenie popów było bardzo niskie, wobec czego szlachta traktowała ich na równi z chłopami.
Włączenie ziemi chełmskiej do Królestwa Polskiego pod koniec XIV wieku zapoczątkowało polonizację miejscowej ludności, a tym samym jej przyciąganie na wyznanie rzymskokatolickie. Latynizacja następowała najpierw na poziomie warstwy szlacheckiej, od polonizacji szlachty gniazdowej (np. Wereszczyńscy) do osadnictwa rzymskokatolickiej szlachty z Mazowsza i Małopolski. Archimandryta wołyński Dubowicz w listach pisał, że dlatego tyle szlachty ruskiej idzie do rzymskiej wiary, bo nie mają komu sumienia powierzyć i naukę zbawienną otrzymać. Jeszcze przez wiele lat, właściwie do XVIII wieku, Kościół rzymskokatolicki przeznaczony był dla miejscowej szlachty, a Cerkiew unicka dla warstwy chłopskiej. Parafie unickie były małe, za to liczne, a parafie łacińskie rzadkie, ale rozległe.
Pierwsza świątynia obrządku łacińskiego pojawiła się w Wereszczynie w połowie XVII stulecia. Właścicielka części Wereszczyna, wojewodzina trocka Zofia z Zamiechowa Tyszkiewiczowa, ufundowała kościół drewniany, którego budowa rozpoczęła się w 1631 roku, a ukończona została w 1634 roku. Był to jeden z pierwszych w okolicy budynków sakralnych i jedyny kościół rzymskokatolicki w promieniu kilkunastu kilometrów, gdyż najbliższy znajdował się w Sawinie. Parafia, należąca do dekanatu chełmskiego, sięgała aż po Sosnowicę, w której z czasem wybudowano kościół filialny, przekształcony w 1685 roku w parafialny. Świątynia funkcjonowała do 1777 roku, kiedy to została rozebrana, by w jej miejsce po upływie sześciu lat wybudować nową.
Zofia Tyszkiewiczowa fundację świątyni uzasadniła następująco: widząc to, iż ludzie katoliccy, jako i poddani moi, dla odległych Kościołów i dla dróg czasów swych do przybycia dla nich trudnych. Idąc w tym za wolą Bożą i za zdaniem Jaśnie Wielmożnego Mości Księdza Remigiana z Koniecpola Koniecpolskiego, Biskupa Chełmskiego, zbudowałam kościół drewniany we wsi Wereszczyn na gruncie części mej własnej, na cześć i chwałę Panu Bogu w Trójcy Święty Jedynemu podając go w opiekę świętej niepokalanemu poczęciu Najświętszej Panny Maryji Matki Bożej, tak i Stanisławowi Świętemu Biskupowi Krakowskiemu. Tak więc dla pierwszego kościoła wereszczyńskigo ustanowiono dwóch patronów, a święcenia dokonał wspomniany biskup i opat jędrzejowski Remigian z Koniecpola Koniecpolski, który skłonił Zofię Tyszkiewiczową do sfinansowania tej budowy. Ufundowanie kościoła wiązało się ze wzrostem liczby wyznawców wiary rzymskokatolickiej, pochodzących przede wszystkim ze stanu szlacheckiego, nie tylko z Wereszczyna, ale także z okolicznych dworów. Dominującym wyznaniem pozostawała na długo jeszcze wiara greckokatolicka
Pierwszym plebanem nowej parafii łacińskiej został Szymon Głombowicz, zaś w trudnym okresie powstania kozackiego i potopu szwedzkiego, aż do następnego stulecia, posługi kapłańskie udzielał Kazimierz Noczkowski. W 1695 roku założył we wsi przytułek dla starców i dzieci, najprawdopodobniej na bazie ufundowanego kilka lat wcześniej szpitala. Pod koniec XVII wieku, Seweryn Wereszczyński ufundował parafialną świątynię unicką Soboru Przenajświętszej Bogurodzicy. Kolejny z dziedziców rodu Wereszczyńskich Mikołaj Stanisław uposażył w 1697 roku parocha ks. Damiana Kozłowicza.
W okresie wojen i epidemii, w których lud widział w nich karę za grzechy, miejscowe świątynie zyskiwały na znaczeniu, dlatego też dla zbawienia duszy zamożniejsi czynili hojne zapisy na ich rzecz. Również fundatorka Zofia Tyszkiewiczowa przydzieliła kościołowi rzymskokatolickiemu w Wereszczynie trzy włóki ziemi (wieleczkowską, mańkowską i ropowską). Jedna rozciągała się od granicy świerszczowskiej, druga biegła od kościoła w drugą stronę ku zachodowi słońca, zaś trzecia rozciągała się od gościńca, aż do samej granicy jędrzejowskiej. Powszechne były drobne zapisy testamentowe, jak choćby koń podarowany w 1684 roku przez Seweryna Wereszczyńskiego. Pleban uzyskał prawo wyrębu w lesie majątku Tyszkiewiczów, zwanym Łukuwska: w Lesie Łukuwska nazywanym temuż Plebanowi i sukcesorom pozwalam wolnego wręba dla drew na opał swój w plebani, jednakże barci pszczelne, które są w lesie do dwora mego należeć mają. Kościół łaciński z Wereszczyna otrzymał prawo do korzystania z młyna andrzejowskiego, a dobra wereszczyńskie zostały obciążone na jego rzecz dziesięciną w wysokości trzystu złotych polskich rocznie. Kolejni dziedzice zalegali, bądź też nie płacili tej daniny, dlatego ksiądz Kazimierz Noczkowski zwrócił się do sądu chełmskiego, aby uregulowano zaległości. W procesie z 1659 roku po raz kolejny obciążono dobra wereszczyńskie dziesięciną w wysokości trzystu złotych polskich, płaconą plebanowi w trzech ratach: pierwsza rata na Trzy Króle, druga na Boże wstąpienie, trzecia rata na świętym Michale.
Utrzymanie świątyni unickiej spoczywało głównie na poddanych, którzy z użytkowanych gruntów zobowiązani byli płacić corocznie dziesięcinę snopową. Jej wysokość potwierdził w piśmie z 1697 roku cześnik latyczewski, właściciel tutejszych dóbr, Mikołaj Stanisław Wereszczyński, który wymieniając uposażenie cerkwi pisał, iż duchownemu przysługuje także dziesięcina od którey według dawnego życzenia z półwłóki snopów piętnaście odbierać ma żyta, a który by chłop miał trzymać włókę całą z całey włóki dziesięcinę dać powinien.
W ówczesnych czasach procesy pomiędzy duchownymi a miejscowymi dziedzicami były dość powszechne, na co wskazują liczne zapiski chełmskiego sądu ziemskiego. Skargi do sądu kierowali zarówno kapłani łacińscy, jak i uniccy. Dotyczyły nie tylko sporów o zapłatę dziesięciny, ale również spraw z zakresu prawa karnego. We wspomnianym 1616 roku pleban unicki skarżył się w sądzie na dziedzica Alberta Wereszczyńskiego o dokonanie pobicia. Przed sędziami chełmskimi pleban pokazał ślady obrażeń, a mianowicie, pierwsze na wierzchołku drogi z lewej strony przedziurawienie zakrwawione, drugie obrażenie od uderzenia w pobliżu oka, trzecie obrażenie siniak na łokciu lewej ręki, czwarte siniak nad łokciem tejże ręki, szóste siniak wielki na prawym boku, siódme nad przedramieniu ręki prawej, nieznaczny siniak nad łokciem. Dalej mówił pleban sędziom, że te obrażenia bez żadnej okazji wywołanej sprzeczką zadał mu szlachcic Albert Wereszczyński, syn Kacpra, na wolnej drodze publicznej w Woli Wereszczyńskiej, gdy on z tejże Woli Wereszczyńskiej w dniu wczorajszym poprzedzającym to doniesienie wracał do swej wioski po nabożeństwie z kościoła, który tam się znajduje.
Zdarzenie z 1616 roku nie był odosobnionym przypadkiem Sześć lat później już nowy proboszcz unicki Andrzej Wierzbowski skarżył Seweryna Wereszczyńskiego, że ten, niezadowolony z (jakby mu mało było) poprzednich czynów bezprawnych, wielokrotnie mu zadanych przez niego, pogróżkami i różnymi wyzwiskami, także uderzeniami, lecz w dniu wczorajszym poprzedzającym niniejszą skargę, w rannej porze, gdy ten oświadczający po ukończeniu modlitw do domu szlachcica Mikołaja Wereszczyńskiego spokojnie przyszedł i z przebywającymi tam szlachcicami wiele rozmawiał, ten szlachcic Seweryn wszcząwszy sprzeczkę z oświadczającym, człowiekiem spokojnym, nie spodziewającym się od nikogo żadnego zła, bez żadnej słusznej przyczyny, owszem siłą i gwałtownie najpierw obraźliwymi słowami, i wreszcie wielokrotnymi uderzeniami nahajką po głowie i różnych innych częściach ciała został obrażany, a także pięściami i kilkakrotnie nogą w pierś kopnięty. Jako dowód pobicia Wierzbowski pokazał sędziom obrażenia na ciele: pierwsze na twarzy po lewej stronie nad brodą skaleczenie krwawe ociekające krwią, także na szyi dwie wielkie pręgi czerwone od knuta, czyli nahajki, naniesione i zadane; także na środkowym palcu prawej ręki na członku w pobliżu paznokcia przebicie. Stwierdził oświadczający, że cierpi na ból w piersiach, iż ledwo może oddychać od kopnięcia nogą.
W 1631 roku przed sądem chełmskim w roli poszkodowanych pojawili się duchowny unicki Jacko i jego syn Iwan. Pokazali sędziom liczne odniesione obrażenia, w tym zakrwawienia i siniaki, dokonane przez szlachcica Marcina Stempkowskiego. Te obrażenia, stwierdził i wyznał (tj. Jacko), bez żadnej słusznej przyczyny, owszem, siłą i gwałtownie, zadał mu i naniósł w najbliższą przeszłą sobotę w majątku wsi Wereszczyn szlachcic Marcin Stempkowski, na gruncie własnym skarżącego przyległym od dawien dawna do kościoła. Procesowali się również pomiędzy sobą kolejny unicki pleban Stefan Ajenasowicz z dziedzicem Janem Wereszczyńskim, jednak w 1677 roku zaprzestali sporu. Powodem złożenia skargi było również pobicie plebana z zadaniem ran.
Pod koniec XVIII stulecia staraniem braci Wereszczyńskich, Józefa, sędziego ziemskiego chełmskiego (do 1782 roku podsędek chełmski) i Seweryna, podkomorzego koronnego, postawiony został nowy kościół parafialny pod wezwaniem św. Stanisława Biskupa i Świętej Trójcy. Wzniesiony w 1783 roku, został rok później wyświęcony przez ks. Jana Archimowicza. Bracia Wereszczyńscy ufundowali kościół, gdyż byli zobowiązani zapisem swojej babki Elżbiety z Micowa Wereszczyńskiej, przełożonej klasztoru Bernardynek w Brześciu Litewskim, zmarłej w grudniu 1660 roku.
W latach 1779 – 1780 tenże Seweryn Wereszczyński, ufundował dla mieszkańców również nową świątynię unicką, która została zniszczona dopiero w 1915 roku przez wycofujących się Rosjan. Natomiast podczaszy w 1779 roku krasnostawski Leon Wereszczyński ufundował w tym czasie cerkiew unicką dla mieszkańców Lejna.
Budowa nowej greckokatolickiej świątyni w Wereszczynie spowodowana była bardzo złym stanem poprzedniej, ufundowanej około sto lat wcześniej, a będącej pod wezwaniem Pochwały Najświętszej Panny. O jej stanie, jak i pozostałych budynków plebanijnych dowiadujemy się z opisu wizytacyjnego, pochodzącego z 1741 roku. Wizytujący parafię Felicjan Filip Wołodkowicz w sprawozdaniu zapisał kilka informacji o stanie świątyni: Cała nieporządna w ścianach i dachach snopkami poszyta, podłogi wewnątrz nie ma, w tey okien trzy, trzecie w ołtarzu, wszystkie w drzewo oprawne. Drzwi iedne na dwóch zawiasach z zaszczepką. (…) Dzwon na dzwonnicy jeden, drugi rozbity we dworze. Ubogi był stan wyposażenia liturgicznego, gdyż ówczesny trzydziestoletni paroch Piotr Banaszkiewicz (tj. proboszcz) dysponował jedynie cynową puszką, ampułką i kielichem oraz mosiężnym trybularzem, a także kilkoma kompletami szat liturgicznych. W lichym stanie znajdowały się budynki gospodarcze: plebania z alkierzem, stodołka dylowana, a inne trzy budynki chruściane. Podstawowym źródłem utrzymania była dziesięcina, wynosząca posnopów 15. Ponadto parafia posiadała swoje grunta cerkiewne na którey plebania stoi wszerz w zagonów dwadzieścia …, a także kilkanaście zagonów na łąkach i błotach.
Osiem lat po wybudowaniu nowej cerkwi parafię odwiedził przedstawiciel Chełmskiego Konsystorza Greckokatolickiego. Dzięki spisanemu sprawozdaniu dowiadujemy się o wyglądzie świątyni: Ta nowobudowana, mająca w sobie okien pięć, w zakrystyi drzwi oprawne z kratkami żelaznymi, drzwi na zawiasach dwie, iedne z zamkiem żelaznym. Przy tey Cerkwi kruchta razem i dzwonnica, w którey dzwonów dwa i trzeci nowy w kopule cerkiewney. Ołtarzy trzy, ieden wielki, a dwa poboczne. W wielkim ołtarzu obraz Matki Nayświętszey, na prawey stronie Franciszek, na lewey zaś stronie Matki Nayświętszey. Te wszystkie pomienione ołtarze są robione po stolarsku. (…) Wspomniana cerkiew ma plebanię z furtką dużą sporządzoną. Dzwonnica z kruchty przy Cerkwi zastająca w słupki zbudowana, snopkami pokryta, na którey dzwonów iak wyżey się pomieniło. Wzbogacana została lista przedmiotów liturgicznych, dokupiono bowiem kielich z patyną, wyzłacaną puszkę dla chorych, nowy trybularz mosiężny.
Sprawozdanie wizytacyjne zawiera także informacje o wiernych: Z wioski parochialnej Wereszczyna ludzi do spowiedzi zdolnych sto, a niespowiadanych 20. Funkcję administratora sprawował w tym czasie dwudziestoparolatek ks. Teodor Birontowicz. Wizytator zarzucił młodemu kapłanowi niewłaściwe prowadzenie ksiąg metrykalnych oraz zalecił dalsze ubieganie się u fundatora o wybudowanie nowej plebani. W przypadku odmowy pomocy tedy własnym kosztem on dokończyć obowiązany będzie.
Kolejnym administratorem parafii był ks. Jan Birontowicz, którego w 1793 roku odwiedził biskup Chełmskiego Konsystorza Greckokatolickiego. O młodziutkim kapłanie napisał: iest żonaty, dzieci nie ma, iest zdolny, obyczajów przykładny, w słuchu parachianom pilny tak w administrowaniu, sakramentów, iako i dawaniu nauki chrześciiańskiey. Birontowiczowi pomagał cerkiewny diak i jeden parobek, utrzymywani po części z funduszy parafialnych oraz przez miejscowych dziedziców Seweryna i Klemensa Wereszczyńskich. Biskup zadowolony był z postawy wiernych pisząc, że między temi nie ma ani iawnego zgorszenia, ani nienawiści, ani zabobonów, ani opuszczonych małżeństw. (…) Do zapłaty za administrowanie sakramentów ani w tym targu nie czynią, na nabożeństwa w dni święte i niedzielne nie opuszczaią. Wspomniał o byłym wiernym Aleksandrze Boczkaluku i zalecał młodemu parochowi, by upomniany za tem został, aby bez odwłoki do naszego obrządku powrócił.
Cerkiew była w dobrym stanie i przez kolejne lata, co zostało potwierdzone w sprawozdaniu wizytacyjnym z 1793 roku: Drewniana, opatrzona dachem dobrym, w niey okien pięć i szóstę w zakrystyi, wszystkie w drzewo oprawne, zakrystne za kratą żelazną, drzwi na zawiasach i hakach żelaznych, iedne z zamkiem wnętrznym. Oprócz wyposażenia wymienionego przy poprzednich wizytacjach w świątyni pojawiły się dzwonki do elewacji dwa, naczynie na wodę święconą kamienne, konfesionał. Grunty cerkiewne były rozległe i liczyły kilkadziesiąt zagonów. Rozciągały się od gruntów andrzejowskich, po grunty świerszczowskie, małkowskie i Przymiarki, a sąsiadowały chociażby z gruntami włościanina Garka Boczkały.
W okresie tym parafia utrzymywała się przede wszystkim z zapisów dworskich oraz z dziesięciny, zobowiązana była jednak do płacenia podatków skarbowych, w tym opłaty zwanej charitatuvi. Obciążone były nią wszystkie grunty dworskie i kościelne. W 1791 roku paroch Teodor Birontowicz z tego tytułu musiał odprowadzić do państwowego skarbu 9 polskich złotych.
2. Wereszczyn w okresie zaborowym
2.1. Dwory szlacheckie
Już w latach osiemdziesiątych XVIII wieku część gruntów wsi Wereszczyn należało do rodu Suchodolskich, którzy mieli tutaj swoją siedzibę. Pierwszym współwłaścicielem z rodu Suchodolskich mógł być Adam, mąż Katarzyny z Bonieckich, córki Ludwika i Urszuli. Następnie jego córka Petronela Suchodolska, żona kasztelana radomskiego i posła na Sejm Czteroletni hrabiego Wojciecha Waleriana Suchodolskiego, odziedziczyła część dóbr wereszczyńskich po Sewerynie Wereszczyńskim, dokupując grunty od rodziny Smoraczewskich, a w 1810 roku od Ludmiły z Wydżgów Świeżawskiej. W wyniku rosnącego zadłużenia folwark został obciążony na majątku, a w konsekwencji częściowo rozprzedany. W 1811 roku część majątku ponownie przypadła rodzinie Wereszczyńskich, gdyż nabywczynią została Antonina Wereszczyńska, ponadto zapisy na majątku mieli Urszula i Marcjanna Przyłuskie oraz Antoni i Józefa Olędzcy.
W tym też roku do dworu Petroneli Suchodolskiej przyjechali z Warszawy córka Aleksandra wraz z mężem Filipem Chudzyńskim, by ochrzcić swoje dziecię Feliksa. Świadkami chrztu byli dziedzic Wytyczna i Dominiczyna Dominik Boniecki oraz szlachcic Bonifacy Wołoszynowski, pełniący funkcję pisarza w dworze Suchodolskich. Filip i Aleksandra Chudzyńscy osadzili się w Wereszczynie, gdyż w 1813 roku Petronela Suchodolska podzieliła majątek na sześć części pomiędzy swoje dzieci. Oprócz Chudzyńskich części majątku uzyskali Suchodolscy: Jan, Franciszka, Ewa, zamężna z Janem Raczyńskim oraz Zofia, żona Ignacego Bilskiego. Rodzeństwo zostało zobowiązane do spłacenia z szóstej części majątku nieletnią Barbarę Suchodolską.
Pozostała część dóbr wereszczyńskich znajdowała się w posiadaniu sukcesorów Seweryna Wereszczyńskiego – Pawła, Ewy i Tekli Wereszczyńskich. Jednakże w 1817 roku dokonali sprzedaży majątku w udziale 3/20 wspomnianemu już Janowi Raczyńskiemu za szacunkową kwotę 60 tysięcy złotych polskich. Pomimo sprzedaży Wereszczyńscy we wsi jeszcze przez kilkanaście lat pozostali, czego dowodzi obecność podporucznika Józefa Wereszczyńskiego z Wereszczyna na liście internowanych polskich żołnierzy z walk pod Lwowem z okresu powstania listopadowego. Sukcesor po Janie, Marceli Raczyński, udział swój sprzedał w drodze licytacji w 1837 roku Walentemu Zaczkowskiemu za kwotę pięciokrotnie większą, czyli za 300 tysięcy złotych polskich. Jako przedmiot licytacji dobra opisane zostały następująco: maią glebę ziemi po naiwiększey części pszenną, łąk pod dostatkiem, lasów morgów blisko 1200, całey peryferii około 5000 morgów miary chełmińskiey. Roczne dochody z dóbr wynosiły ponad 6 tysięcy złotych. Poza gruntami we wsi znajdował się młyn o iednym kamieniu wodnym. Część majątku po Wereszczyńskich zakupił także Leon Krzesz, który na krótko osiadł się we wsi. Poza wymienionymi przedstawicielami rodów szlacheckich w latach trzydziestych w Wereszczynie mieszkała wdowa Anna Okońska z córką Emilią oraz rodzina Pawła Zurkiewicza.
W 1843 roku nabywcą dóbr wereszczyńskich stał się prawnik, oficer wojsk powstania listopadowego Bogusław Adam Eydziatowicz, herbu Łuk napięty z mitrą, który poślubił Józefę Szweykowską. Przez kilka lat po zakupie majątku Bogusław mieszkał jednak w Warszawie. W skład majątku, oprócz Wereszczyna, wchodziły wsie Józefin, Kozubata, Zabrodzie, Dębowiec, Przymiarki i Zastawie. Po śmierci Bogusława w 1854 roku majątek przejął najstarszy jego syn Tadeusz, ożeniony z Heleną z Rembielińskich. Tadeusz był człowiekiem niezwykle aktywnym na gruncie społeczno-politycznym. Uczestniczył w pracach Towarzystwa Rolniczego na Podlasiu, jako pierwszy na Lubelszczyźnie zastosował siewnik rzędowy, czy też włączył się w działania przygotowujące wybuch powstania styczniowego.
Doceniając aktywność Tadeusza Eydziatowicza władze oddziału siedleckiego Towarzystwa Rolniczego wyznaczyły wieś Wereszczyn, jako miejsce przeprowadzenia konkursu oraczy, bydła włościańskiego i wyrobów rzemieślniczych dla okręgu włodawskiego. Towarzystwo Rolnicze organizowało na szczeblu poszczególnych okręgów konkursy dla włościan i pracowników folwarcznych, chcąc tym samym, jak sami pisali, zejść w imię braterstwa do ludu, okazać mu swą przychylność i zyskać jego zaufanie. Konkurs odbył się we wrześniu 1859 roku, jednak nie cieszył się dużym zainteresowaniem. W konkursie oraczy wzięło udział 16 pracowników dworskich, do wystawy bydła zgłoszono 9 wołów, 1 krowę i 2 konie, zaś do konkursu rzemieślniczego zgłoszono jedynie 2 wyroby. Wobec małej ilości uczestników dziewięćdziesięciotrzyrublową pulę nagród rozdzielono pomiędzy wszystkich. Obecny na konkursie korespondent prasowy w swojej relacji zapisał, że gdy przyszło do odbierania nagród za inwentarz dwóch tylko za konie je odebrało, reszta zaś gospodarzy w liczbie 10-u odmówiło nagród z przyczyn niewiadomych. Jeszcze słabsza frekwencja była podczas konkursów organizowanych w sąsiednim okręgu radzyńskim, w lubelskim konkursy w ogóle się nie odbyły, ale za to w okręgu chełmskim uczestników zgłosiło się ponad dwa razy więcej. Złe relacje Eydziatowicza z włościanami potwierdza jego doniesienie do władz powiatowych. Uskarżał się w nim na niechęć chłopów przy pracach polowych, którzy wolą furmankami obsługiwać monofaktury.
Dużo rozgłosu Tadeusz Eydziatowicz uzyskał dzięki założonej hodowli owiec w Wereszczynie, która była uznawana w Królestwie Polskim za wzorową. Więcej szczegółów o owczarni zarodowej Tadeusza Eydziatowicza możemy się dowiedzieć z relacji z 1874 roku, umieszczonej w ówczesnym tygodniku handlowo-przemysłowym „Nadwiślanin”. Owczarnia składała się w 1846 roku z 30 matek merynosów krajowych, które od 1856 roku krzyżowane zostały baranami czystej krwi negretti od barona Maltzahana z Meklemburgii i innych hodowców niemieckich. Ponadto od Maltzahana dokupiono 30 macior. Kierunek hodowli dążył do wełny cienkiej przy dużej wydajności, co też i otrzymano, owczarnia bowiem przeciętnie, nie wyłączając jagniąt, wydaje 5 funtów wełny czysto mytej. Barany w ilości około 100 sztuk rocznie sprzedaje się w drugim roku – podawał ów tygodnik. Hodowlą owiec Eydziatowicz zajmował się przez kilkadziesiąt lat. Cena, jaką uzyskiwał za sprzedawane barany, wahała się od 25 do 100 rubli, a transakcji dokonywano najczęściej na większych jarmarkach. W „Gazecie Toruńskiej” z 1876 roku przeczytać możemy, iż na jarmarku łęczyńskim, pomimo bardzo słabych wtenczas obrotów, wyróżniała się owczarnia zarodowa Eydziatowicza z Wereszczyna, która jak zwykle miała zasłużone dowodzenie.
Upadek powstania i reforma uwłaszczeniowa znacznie pogorszyła sytuację materialną Eydziatowiczów. Z upływem lat Tadeusz zmniejszał zaangażowanie na gruncie publicznym, nie uzyskując stanowiska o które zabiegał. Ze znanym powieściopisarzem Kajetanem Kraszewskim przegrał w 1875 roku wybory na korespondenta Towarzystwa Rolniczego, a w roku następnym jednym głosem na członka Dyrekcji Głównej Towarzystwa Kredytowego Ziemskiego. W tym czasie coraz częściej „sięgał” po alkohol. Wspomniany Kajetan Kraszewski we swoich wspomnieniach zebranych w „Silva rerum” pisał: mój p. Tadeusz dudli teraz, czemu dziwić się nie trzeba, bo religii nie ma żadnej, a żonę emancypantkę i dziwaczkę, mówią bardzo ładną … Na kartach pamiętnikach w kolejnych latach Kraszewski o Helenie Eydziatowiczowej zapisał: piękna prawda, ale … chętnie przyjmująca hołdy od wielu, to już krzyk powszechny i to jest osobliwość w naszej poczciwej szlacheckiej sferze, że na nią wszyscy pokazują palcami i nie bardzo gdzie przyjmować radzi.
Pasją żony Tadeusza Eydziatowicza, Heleny, było malarstwo i rzeźbiarstwo, a obrazy wychodzące spod jej pędzla, są do dnia dzisiejszego wystawiane w galeriach w całej Polsce i na świecie. Malowała przeważnie portrety, kopiowała obrazy, także sakralne, zajmowała się też haftami i koronkami. Dla miejscowego kościoła Helena w 1872 roku namalowała kopię obrazu Madonny Sykstyńskiej Rafaela. Zapewne w domu Heleny Eydziatowicz gościł w 1884 roku znany rysownik Feliks Brzozowski, który po swoim pobycie pozostawił pamiątkę w formie szkicu „Na wiosnę. Wieś Wereszczyn pod Lublinem”, przedstawiającego część wsi z widokiem na kościół.
Eydziatowicze utrzymali swoją posiadłość w Wereszczynie do 1885 roku, kiedy to podzielili go na trzy odrębne majątki, choć w wyniku wydania przez cara w 1864 roku ukazu uwłaszczeniowego majątek został pomniejszony o prawie 2.300 mórg ziemi. Pomniejszenie majątku i obciążenie służebnościami na rzecz włościan, jak również antypolska polityka władz carskich przyczyniła się do zadłużenia majątku. W 1874 roku Tadeusza Eydziatowicza zobowiązano dodatkowo, aby ubezpieczył się od ognia stale i ciągle przez cały czas aż do spłacenia pożyczki Towarzystwa Kredytowego Ziemskiego na tych dobrach wszystkie obecne i w ciągu tego czasu istniejące budowle.
Po Eydziatowiczach pierwszy majątek przejęli Kukawscy, którzy zostali w Wereszczynie, aż do tragicznego mordu, mającego miejsce w 1936 roku. Na zabudowania folwarczne tego majątku składało się osiem drewnianych budynków. Majątek folwarku zajmował obszar 179 mórg gruntów ornych, 87 gruntów ogrodowych, 53 morgi użytków zielonych, 34 morgi nieuporządkowanego lasu i 5 mórg nieużytków. W wyniku zadłużenia Kukawscy sprzedali folwark już w 1886 roku Edwardowi i Kamili Sawickim za kwotę 500 rubli. Jednym z dzieci małżeństwa Sawickich był Józef. W dniu wybuchu II wojny światowej służył w stopniu kapitana jako dowódca kompanii wojska polskiego, zamordowany przez Sowietów w Charkowie w 1940 roku. Sawiccy w 1912 roku odsprzedali wereszczyński majątek rodzinie Fomiczów za kwotę 2 tysięcy rubli, który z kolei został odkupiony przez Wakułów.
Drugi folwark, o powierzchni 238 mórg gruntów ornych, 80 mórg ogrodów, 107 mórg łąk i pastwisk, 45 mórg lasu i 6 mórg nieużytków, znajdował się od prawej strony drogi prowadzącej na Zastawie. Zabudowania dworskie stanowiły dwa budynki murowane i trzy drewniane. Jego pierwszym właścicielem był Aleksander Kowalewski, następnie przeszedł na własność Dmowskich, jednakże w 1910 roku grunty majątku zostały z wolnej ręki wykupione przez Bank Włościański, a rodzinie pozostał dworek i niewielka ilość gruntów. Właściciel majątku Andrzej Dmowski uzyskał za sprzedaną część majątku kwotę 40 tysięcy rubli. Jak podaje tygodnik krajoznawczy „Ziemia” za jedną włókę bez inwentarza i zasiewów bank zapłacił 4 i ½ tysięcy rubli. Tak więc przedmiotem sprzedaży były grunty o powierzchni około 270 mórg, czyli większej, niż przypisano folwarkowi w 1885 roku. Dziedzic zmarł w 1918 roku, opuściwszy żonę Emilię. Synowa Apolonia mieszkała z dziećmi w dworku do zakończenia II wojny światowej, sama zaś opuściła miejsce dopiero w latach pięćdziesiątych. W majątku zasadzona była pierwotnie lipowa aleja skierowana w stronę Zastawia, która z czasem zmieniła się w aleję leszczynową.
Trzeci folwark także został przejęty przez rodzinę Stanisława Kukawskiego, która w nim zamieszkała. Majątek ten składał się z dwóch budynków murowanych oraz ośmiu drewnianych, a także z 309 mórg gruntów ornych, 143 morgi ogrodów, 92 morgi łąk i pastwisk, 62 morgi nieuporządkowanego lasu oraz 12 mórg nieużytków, Do drugiego i trzeciego folwarku prowadziła stara lipowa aleja, zachowana do dnia dzisiejszego. W latach siedemdziesiątych w Wereszczynie, a właściwie w Kolonii Wereszczyn, powstał czwarty dwór, w którym gospodarzył Józef Wojtkowski. Jego dobra sięgały gruntów od Jeziora Zastawskiego i gruntów zastawskich z jednej strony, aż do wsi Sęków i lasów pomiędzy Sękowem oraz Wielkopolem z drugiej strony. W ostatnich latach I wojny światowej dziedzic Józef zmarł, a majątek został rozparcelowany w kilka lat po jej zakończeniu.
Teren Królestwa Polskiego w 1905 roku był miejscem masowych wystąpień chłopów folwarcznych, skierowanych przeciw dziedzicom. Chociaż w Wereszczynie nie było dużych majątków ziemskich, to znajdowały się drobne folwarki, w których naturalnie zatrudniali się okoliczni chłopi. Rewolucja nie przyniosła ofiar, tylko na dłuższy czas pracownicy folwarczni odeszli od pracy. Opór chłopów spowodowany był zamianą 150 morgów wspólnego pastwiska na 16 mórg łąki, za co chłopi żądali zadośćuczynienia w formie przyznania 100 mórg gruntów ornych. Przedmiotem sporu było również korzystanie z uprawnień serwitutowych, nadanych w 1864 roku, a przyznających chłopom z Wereszczyna i okolicznych wsi (Zastawia, Sękowa, Przymiarek, Wielkopola, Borysika i Zabrodzia) prawo do bezpłatnego korzystania z dworskich lasów i pastwisk, które użytkowali na dotychczasowych umowach. Serwituty nie stanowiły zarzewia sporów do czasu posiadania majątku przez Eydziatowiczów, problem natomiast pojawił się wraz z podziałem folwarku. Większość okolicznych właścicieli folwarcznych, w zamian za zrzeczenie się z prawa do serwitutów, nadawało ziemię lub też płaciło chłopom, czy też na specjalnie w tym celu utworzony fundusz gminny. Właściciele wereszczyńscy nie uregulowali kwestii korzystania z tego prawa, stąd pojawiały się liczne spory, a najczęstsze z mieszkańcami Zabrodzia. Osadnicy tej wsi aż trzykrotnie wykupywali prawo do korzystania z serwitutów. W 1900 roku zapłacili wraz z chłopami z Dębowca i Kozubaty 400 rubli za korzystanie z serwitutów w Wielkopolu i w Małkowie, a w 1903 i 1908 roku 611 i 1.000 rubli za korzystanie z serwitutów w Wereszczynie, Wielkopolu i na Sękowie. W ten sposób uzyskali chociażby prawo do wywiezienia z dworskich lasów 52 jednakowe wozy drzewa opałowego i 24 wozy opału na rzecz szkoły w tamtejszej wsi. Pomimo zawartych kontraktów właściciele miejscowych dworów coraz utrudniali w korzystaniu z tego prawa, zatrzymując transportowany opał. W tej sprawie wielokrotnie interweniował Powiatowy Komisarz do spraw Włościańskich Powiatu Włodawskiego, nakazując właścicielom folwarków wywiązywanie się z zawartych umów.
2.2. Stosunki ludnościowe
Wieś Wereszczyn stanowiła główny i największy ośrodek życia w okolicy. Spis ludności przeprowadzony w 1786 roku wykazał w Wereszczynie 76 domów. Była to wieś niewiele mniejsza od Sawina (78 domów) i Sosnowicy (82 domy), ustępował zdecydowanie Hańskowi, który wówczas liczył aż 234 domy. O randze wsi decydowały dwa kościoły, będące siedzibą rozległej parafii rzymskokatolickiej, a także parafii greckokatolickiej, później prawosławnej. W kolejnych latach zaludnienie systematycznie zmniejszało się. Według stanu z 1799 roku we wsi znajdowało się 55 zagród. Do 1808 roku liczba domów zwiększyła się do 67 z 81 izbami, a zamieszkiwało je 356 osób. Przez kolejne dwudziestolecie nastąpił spadek liczby mieszkańców, gdyż w 1827 roku było już 44 zagród, zamieszkałych przez 293 mieszkańców. Znaczący spadek liczby zabudowań i mieszkańców to efekt wojen napoleońskich, głodu i częstych epidemii. Po upływie następnych dziesięciu lat ubyło cztery zagrody.
Powszechny we wsi był analfabetyzm, a piśmienne osoby ograniczały się zazwyczaj do przedstawicieli rodzin szlacheckich i urzędników dworskich. Dziewiętnastowieczny etnograf Łukasz Gołębiowski opisywał typowego ówczesnego mieszkańca tych okolic następująco: śniadawej twarzy, średniego wzrostu, zwięzły, blady, wąsy, niekiedy gęsta broda i spojrzenie surowe nadają mu postać ponurą. Wytrzymały na wszelkie zmiany powietrza. Choć jest to uproszczony opis wyglądu zewnętrznego, to dalsza charakterystyka zwyczajów oddaje prawdziwy obraz ówczesnego Poleszuka. Byli to ludzie wierzący w zabobony, gusła i wilkołaki, a ludzi chorych wożono najczęściej po różnych znachorach. Dopiero w drugiej połowie stulecia we wsi osiedlił się lekarz, a pod koniec wieku prowizor farmacji Ludwik Cękalski w budynku przy głównym skrzyżowaniu otworzył swoją aptekę.
Mieszkańców, oprócz braku opieki medycznej, charakteryzowało również ubogie odżywianie się. Jedynie podczas trudniejszych robót oraz przy żniwach, na dożynkach, chrzcinach i weselach spożywano nieco mięsa. Jeszcze rzadziej spożywano ryby, pomimo występowania okolicznego jeziora, gdyż, jak już opisywano, kary dla włościan za kłusownictwo były nadzwyczaj surowe. Nabiał przeznaczany był głównie na handel lub często wymieniano w karczmie na alkohol. W menu ówczesnego włościanina z Wereszczyna znajdowała się więc kasza, pieczywo, oraz warzywa, szczególnie kapusta i kartofle w dużych ilościach oraz groch i buraki. Podstawowym produktem żywnościowym było także zboże, przede wszystkim żyto, służące do wyrobu mąki, z którego wypiekano chleb, oraz kluski, zacierki i pierogi. Częste były klęski głodu, jako efekt każdej suszy, czy nadmiaru opadów. Zdarzało się, iż w nieurodzajnych latach pieczono chleb z utartych liści lipy, kwiatu leszczyny i ziół leśnych. W Wereszczynie i okolicach klęska głodu wystąpiła chociażby w 1824 roku, a także w latach 1853 – 1856. Głód panował ponadto w 1811 roku, ale już jako skutek toczącej się wojny napoleońskiej.
Ubogiemu odżywianiu się, czy braku opieki medycznej towarzyszyły złe warunki sanitarne. Pito głównie wodę brudną, bo z rzeki Włodawka, stawów i ze studni, co powodowało częste epidemie i zarazy (najczęściej suchoty, cholera, ospa, koklusz), a tym samym dużą śmiertelność. Pod koniec lat osiemdziesiątych i na początku lat dziewięćdziesiątych na przykościelnym cmentarzu ksiądz Ewaryst Rutkowski chował rocznie dużo ponad sto osób, często całe rodziny, podczas gdy w innych latach śmiertelność w parafii oscylowała w granicach pięćdziesięciu zmarłych. Czasopismo „Prawda” z 1892 roku odsłania przyczyny tak dużej śmiertelności, gdyż wspomina o epidemii cholery w ziemi chełmskiej i na południowym Podlasiu. W 1811 roku na cmentarzu w Wereszczynie pochowano 30 wiernych, przy czym tylko siedmioro z nich przekroczyło osiemnasty rok życia, większość zaś nieboszczyków stanowiły niemowlęta. Duża śmiertelność dzieci i niemowląt, najmniej odpornych na niedożywienie, potwierdzałyby klęskę głodu. Wystąpiła prawdopodobnie również w 1824 roku, w którym to ksiądz Michał Krasuski pochował 22 swoich parafian, przy czym tylko sześciu z nich osiągnęło wiek dorosły. W innych latach śmiertelność małych dzieci i niemowląt nie przekraczała 50%. Dwukrotny wzrost śmiertelności wystąpił w 1831 roku, ale już nie jako efekt głodu, lecz w wyniku wystąpienia epidemii cholery. Podobnie było trzy lata później, wskutek czego liczba wiernych Wereszczyńskiej parafii greckokatolickiej zmalała o połowę.
Wystąpienie epidemii w tych latach, potwierdzać mogłyby opowiadania najstarszych mieszkańców, przekazywane z pokolenia na pokolenie. Według jednego z nich, opisanego przez dziewiętnastowiecznego etnografa Oskara Kolberga, przyszła do pobliskiego Tarnowa od strony sąsiedniej wsi Chutcze jakaś mara i chodziła zmrokiem po wsi, krzycząc przeraźliwym głosem: „bude byda! bude byda! (czyli: „będzie bieda!”). Ale znalazł się jeden śmiały człowiek, który zaczaiwszy się na krzyczącą biedę z długą tyczką, ażeby bijąc być od niej jak najdalej, otrzepał nią marę porządnie, wołając: „szcze pohorajsza! szcze pohorajsza!” (tj.: „niech będzie jeszcze gorsza!”) i tak na niej samej, mocno tłukąc groźbę jej sprawdził. Wtedy widmo uciekło z krzykiem do sąsiedniej wsi Wereszczyn, gdzie natychmiast rozpoczął się straszny pomór na ludzi, tak, że niektóre chaty całkiem z mieszkańców ogołocone na „kołek” zamknąć musiano, bo tutaj nie znalazł się podobny tamtemu śmiałek.
W parafii zdarzały się osoby dożywające blisko lub nawet przeszło sto lat, chociażby pochowany w 1824 roku dziewięćdziesięciodziewięcioletni Jan Mendel, lub też stuletnia Marianna Januszowa, pochowana w 1818 roku. Najdłużej żyjącym mieszkańcem tamtego okresu był Wojciech Krakowiak, który przeżył ponoć 120 wiosen, a ostatnią w 1812 roku.
Ubiór włościan Wereszczyna był skromny, na co wskazywał w swoich opisach wspomniany Kolberg: Sukmana z ciemnobrunatnego sukna, najczęściej z wełny własnych owiec w domu uprzędzonej przez siebie samych wyrobiona, długa po kolana, z prostym stojącym kołnierzykiem (kołmir), z odznaczonym stanem z tyłu. Wyszyta nie obficie z przodu koło kieszeni i w stanie sznurkiem czerwonym, niebieskim lub zielonym, ma z kolorowego sukna wyłogi przy rękach (podłapmy, także karawasze), a czasem jedną lub dwie na piersiach. Sukman taki noszony jest zarówno przez mężczyzn, jak i przez kobiety. U sukmana nie ma najczęściej kieszeni, tylko otwory w ich miejscu, w które chowają się ręce w zimie przy wyjściu z domu, zaś podczas słoty, otworami temi wyciągają kobiety na obie strony spódnice, chroniąc je od zaszargania. (…) W lecie idąc do roboty mężczyźni sukman zdejmują i pracują niekiedy tylko w koszuli i gaciach, przepasani pasem. Jedynie w dni chłodne biorą na się stary wypłowiały sukman z poobdzieranymi karwaszami i wyszyciem. (…) Zimowe kożuchy noszą wieśniacy obojej płci baranie, najczęściej z własnego stada wyprawne na biało, wyszywane niekiedy kolorowo (najczęściej żółto i zielono) z dużym czarnym kołnierzem wywijanym szeroko. Koszule i spodnie wyrabiane były z domowego płótna. Charakterystyczny wygląd miały czapki zwane rogatywkami czworograniastymi z brunatnego sukna. Na co dzień jednak chodziło się latem w słomianych kapeluszach, a zimą w baranich czarnych czapach z zielonym wierzchem. Często używanym obuwiem były „łapcie”, zwane „chodakami łyczanymi” lub „postołami”, które wykonywano z łyka, głównie lipowego lub dębowego i wiązane były na łydkach do kolan (wersja jesienno-wiosenna) lub przy kostkach (wersja letnia).
Z upływem lat strój mieszkańców tych terenów zmieniał się, a było to pokłosie napływu nowych osadników, mieszania się kultur, migracji, jak również upowszechniania się handlu na wsi. Już pod koniec dziewiętnastego wieku popularnym elementem stroju kobiecego stały się „chwartuchy”, czyli lniane, bielone spódnice, zdobione u dołu „pretorami”. Oprócz chwartuchów występowały spódnice „burki”, wykonane z materiału wełnianego. Były jednego koloru, najczęściej zielone, buraczkowe lub żółte. Strój męski również ewoluował. Koszule z wykładanym kołnierzem zastępowały koszule z kołnierzem stojącym, zapinane na dwa lub trzy guziki. Rewolucja przemysłowa sprawiła, że coraz częściej w Wereszczynie pojawiały się ubrania, a przede wszystkim obuwie, zakupywane w miastach lub na jarmarkach. Pamiętam jak ojciec nosił robioną lnianą koszulę, do której doszywane były kupowane mankiety i ozdobny kołnierz – przywołuje na pamięć mieszkającego pod Wereszczynem Romana Panasiuka jego syn Kazimierz. Elementy tradycyjnego ubioru ówczesnego chłopa i wiejskiej gospodyni możemy dziś obejrzeć jedynie w takich miejscach, jak pobliskie muzeum etnograficzne Poleskiego Parku Narodowego w Starym Załuczu.
Jeżeli już na przełomie wieków ubrania ręcznie wykonywane zastępowano kupowanymi, to sposób utrzymywania ich higieny pozostawał jeszcze długo ten sam. Najpierw prano ręcznie w domowych baliach. Następnie gotowano w wodzie z popiołem drzewnym, zastępowanym w późniejszym czasie sodą. Wygotowaną odzież płukano w rzeczkach, sadzawkach, natomiast zimą w wodzie w przeręblach. Po wypłukaniu mokre ubrania ubijało się kijankami, by następnie wykręcić i powiesić do suszenia. Oczywiście czynności te wykonywały wyłącznie kobiety.
Wereszczyn zamieszkiwali głównie Polacy, ale także Rusini i Żydzi. Żydzi zajmowali się drobnym handlem, zaś Polacy i Rusini przede wszystkim uprawą rolni na własnych gospodarstwach i w dobrach szlacheckich. Według danych z 1836 roku chłopi z Wereszczyna i Kozubaty zobowiązani byli do odrobienia w ciągu roku 4.536 dni pańszczyzny ciągłej i 6.804 dni pańszczyzny pieszej. We wsi sporą grupę stanowili wyrobnicy (np. Wawrzyniec Oleszczuk, Semen Woyciuk i Maciej Bełski), którzy zatrudniali się przy pracach polowych u szlachty i bogatszych chłopów, odpracowując za nich pańszczyznę. Najczęściej pojawiającymi się w księdze parafialnej kościoła w Wereszczynie łacińskimi chłopskimi rodzinami zamieszkującymi wieś w tamtym okresie byli: Białkowicze, Wakułowie, Moszczuki, Chewdorowicze, Mendle, Kowalscy, Koty, Łozińscy, Marcyniuki, Zielińscy, Kowalczuki, Jóźwiki. Zdarzało się często, że świadkami na chrztach i ślubach katolickich byli wereszczyńscy Rusini, co świadczyłoby, iż stosunki między Polakami i Rusinami były w poprawne. Dochodziło nawet do mieszanych małżeństw, chociażby będącego wyznania unickiego młodziana Andrzeja Słowika z łacinniczką Zofią Pudłowską, czy unity Iwana Protasa z rzymskokatoliczką Marianną Oleksiukówną. Natomiast znacznie gorsze były stosunki chłopów z miejscową szlachtą. Z jednej strony szydzili ze szlachty, z drugiej zaś biedniejsi włościanie utrzymywali się głównie z pracy w miejscowych folwarkach. Generalnie kwestie narodowościowe w tym okresie były trudne do ustalenia, gdyż oprócz wyznania i języka na przynależność narodową jeszcze do połowy dziewiętnastego stulecia miał wpływ także status społeczny. Za Polaków uznawano szlachtę, zaś całą warstwę chłopską, niezależnie od używanego języka i wyznania, zaliczano najczęściej do Rusinów.
We wsi sporą grupę stanowili Żydzi, zwani starozakonnymi, którzy akty urodzenia spisywali w kościele wereszczyńskim, chociażby Ankiel Icek Ickowicz i Izrael Anklowicz, Josef Szmulowicz, Zewel Jaswowicz, Herszko Dawidowicz. Kilka rodzin zajęło opuszczoną pod koniec 1844 roku unicką plebanię, a gdy zimą przybył ks. Symeon Zienkiewicz celem objęcia parafii, Żydzi odmówili jej opuszczenia. Ostatecznie Zienkiewicz zamieszkał na plebani w Świerszczowie, a tutejszą wydzierżawił Eydziatowiczom, którzy zezwolili na zamieszkiwanie żydowskim pracownikom folwarcznym. Miejscowi chłopi wierzyli, że co roku podczas świąt jednego z żyjących Żydów diabeł musi porwać do piekła. Dlatego też, jak pisał Oskar Kolberg, gdy miejscowi Żydzi udawali się na modły do Włodawy lud żegnał się z nimi, a gdy wracali stamtąd zdrowi, witali ich kpinami winszując, że pazurków diabła uszedływszy, wrócili cało. Twierdzono bowiem, że gdy w owy dzień udawali się do bożnicy, szli smutni i przerażeni, a z bożnicy Włodawiacy słyszeli wielki krzyk i lament. Natomiast z bożnicy wybiegali z radosnym krzykiem i szwargotaniem jako ocaleni, ale się od nich dowiedzieć za żadne pieniądze nie można, którego to z ich towarzyszy upatrzył sobie diabeł i porwał na ofiarę. A choćby kto i dostrzegł po niejakim czasie braku jednego Żyda, to zaraz machlują, że wyszedł on czy wyjechał za interesem lub do rodziny.
Wieś zamieszkiwało wielu rzemieślników, głównie narodowości polskiej, chociażby magistrzy kunsztu tkackiego Jan Bartnicki, Jan Radziński, Jan Radziwił, Jakub Kuliński i Andrzej Godny, stolarze Jan i Antoni Jeżowscy, garncarz Wawrzyniec Steć, kowale Wojciech Zieliński i jego zięć Kacper Brożek, krawiec Fawel Jadzkowicz, szewcy Błażej Krzyżanowski, Józef Małachowski i Franciszek Kozłowski, wszyscy żyjący w pierwszej połowie stulecia, oraz żyjący w drugiej połowie wieku tkacze Michał Gawryszewski i Jakub Jung, wytwarzający akcesoria konne rymarz Cyprian Czarnecki, zajmujący się konserwacją kół i części do wozów stelmach Stanisław Kozłowski, kowale Józef Wojtasiewicz, i Adolf Zajączkowski, cieśla Jędrzej Nocyles oraz stolarz Aleksander Wierzejski. Nabywcami wereszczyńskiego rzemiosła nie byli tylko miejscowi chłopi, ale też mieszkańcy z odległych wiosek. W Wereszczynie odbywały się bowiem znane na okolice jarmarki, na których oprócz rzemiosła handlowano również płodami rolnymi. Nieznana jest ich geneza, wiadomo zaś, że na przełomie wieków cieszyły się bardzo dużą popularnością. W 1909 roku bywał na nich sam Władysław Reymont, który podróżował w celach badawczych po ziemi chełmskiej.
Jeżeli we wsi odbywały się jarmarki, to rozwijać się musiał handel gorzelniano-browarny. Gorzelnię we wsi, prawdopodobnie dworską, prowadził w pierwszej połowie XIX stulecia Józef Błażejewicz, któremu przysługiwało prawo propinacyjne, zaś druga gorzelnia prowadzona była przez Stanisława Teofila Nienatkiewicza. Od połowy wieku handlem gorzelnianym zajmowali się Jacenty Maciorewicz i Michał Paczkowski. Występowanie dwóch gorzelni wynikało z zysków, jakie przynosiła produkcja alkoholu, a w tak dużej wsi potencjalnych nabywców nie brakowało. Chłopi pili przede wszystkim wódkę, gdyż piwo uznawane było za trunek dla dzieci i ludzi chorych. Z czasem konsumpcja wódki stawała się moralnym nakazem opinii publicznej, zgodnie z powiedzeniem: chcesz coś znaczyć dla ludzi, pokaż jak umiesz pić. We wsi znajdowała się również karczma, którą w drugiej połowie wieku prowadził Wincenty Barylski oraz wybudowany w przyległych Białkach przez Aleksandra Wierzejskiego dla swojego syna Bronisława młyn typu koźlak.
Sporą część mieszkańców stanowili pracownicy dworscy. Na początku XIX stulecia w dworze wereszczyńskim służyli lokaje Andrzej Marcinkowski, a następnie Józef Krzewicki oraz Piotr Lewidi, furman dworski, a zarazem kowal Kacper Brożek, ogrodnik Jan Michałowski, kucharze Maciej Michałowski, Konstancja Maćkowska i jej zięć Michał Morawski, a w latach trzydziestych kucharz Józef Branicki, starozakonny rybak Abraham Haimowicz, owczarze Wojciech Kuruj, Wojciech Oleszczuk, Antoni Adamiuk, Szymon Wójciak i Adam Lewtakowski, a w drugiej połowie stulecia hodowcą owiec folwarcznych był H. Stein. Taka liczba owczarzy wskazywała na duże znaczenie wspomnianej wcześniej hodowli owiec w gospodarce dworskiej Tadeusza Eydziatowicza.
Wieś stanowiła centrum nie tylko życia gospodarczego i duchowego, ale także administracyjnego, gdyż do 1865 roku była siedzibą administracji gminnej. Obszar ówczesnej gminy pokrywał się najczęściej z posiadłościami majątku szlacheckiego, dlatego też sąsiednia gmina znajdowała się już w pobliskim Andrzejowie. Do patrymonialnej gminy w Wereszczynie wchodziły również Kozubata, Dębowiec, Zastawie i Załucze. Wójtem zostawał dziedzic wsi, choć do wykonywania obowiązków urzędniczych wybierał często swojego zastępcę. W odróżnieniu od pobliskich patrymonialnych gmin w Andrzejowie i Woli Wereszczyńskiej, w Wereszczynie nie było zastępcy wójta, prawdopodobnie z powodu rozdrobnienia tutejszych dóbr. Mieszkańcy wybierali wówczas tywona, czyli naczelnika wiejskiego, odpowiadającego głównie za pobór podatku. Była to wówczas unikalna forma organizacyjna wsi, a występowała na ziemiach typowo ruskich. Po utworzeniu w 1809 roku gminy patrymonialnej w Wereszczynie funkcję tywona pełnił miejscowy Ignacy Wołczyk. Wójt gminy, czyli miejscowy dziedzic, pełnił natomiast władzę administracyjną oraz policyjno-sądową. Wobec ubóstwa i dużego zróżnicowania społeczno-narodowościowego skala przestępczości była znaczna, zdarzały się rabunki, często ze skutkiem śmiertelnym. We wrześniu 1813 roku w lesie wereszczyńskim znaleziono zwłoki pobitego przez złoczyńców mieszkańca Antoniego Sobierajskiego. Przyczyn zabójstwa w księgach parafialnych nie wskazano, choć można mniemać, iż dokonane zostało w celach rabunkowych.
Oprócz wójta w domu gminnym, zlokalizowanym najczęściej w budynkach dworskich, siedzibę mieli inni urzędnicy dworscy. Nadzór nad pracą robotników folwarcznych, jak też cały zarząd dobrami wereszczyńskimi przypadał dworskim ekonomom, a byli nimi na początku XIX stulecia Ludwik Radliński, Ignacy Świderski i Wojciech Duchickicz, a następnie Jan Gregorowicz i Alojzy Rogalski. Gdy majątek w 1843 roku objęli Eydziatowicze ekonomem dworskim został Józef Rybiński. Zaszczytną funkcją dworską był nadworny pisarz, którą, podobnie jak w przypadku ekonoma, pełniły głównie osoby ze stanu szlacheckiego. Za czasów dziedziczenia rodziny Suchodolskich i Wereszczyńskich funkcję dworskich pisarzy pełnili wspomniany Bonifacy Wołoszanowski, Maciej Grabowski, Franciszek Brzozowski oraz Mateusz Pawłowski. Innym dworskim urzędem była funkcja gumiennego, a pełniła ją osoba odpowiadająca za zbiory i ich przechowywanie. W pierwszych kilkunastu latach tegoż stulecia funkcję gumiennego w dobrach wereszczyńskich pełnił Klemens Bałtowicz, a także leśniczy Jan Blazikowski i Michał Orzechowski, w drugiej połowie stulecia urząd ten sprawował Jan Pajączkowski. Wymienione stanowiska administracyjne uzupełniali strażnicy leśni, czyli leśnicy i gajowi. Na początku tegoż stulecia dworskich lasów wereszczyńskich strzegli gajowi Gmitr Wasilewicz, po nim Andrzej Godny, a także leśniczy Paweł Zurkiewicz, a następnie Kazimierz Kamiński i Jan Blazlikowski, który wcześniej we dworze był furmanem. Leśniczy i gajowi strzegli lasów przede wszystkim przed rabunkowym wyrębem drzewa, jak również chronili barcie pszczele.
W wyniku przeprowadzonej w 1865 roku reformy administracyjnej siedzibę gminy zlokalizowano w Woli Wereszczyńskiej. Miało to na celu umniejszenie rangi Wereszczyna, co stanowiło karę za postawę dworów wereszczyńskich w okresach powstańczych. We wsi pozostał urząd pocztowy, który obsługiwał wschodnią część gminy, jednak w latach siedemdziesiątych przeniesiono go do Urszulina. Funkcjonowanie instytucji kościelnych i administracyjnych do 1865 roku miało znaczący wpływ na podwojenie się liczby mieszkańców. Osadnictwu sprzyjało także uwłaszczenie chłopów na ziemi szlacheckiej. W samym Wereszczynie 604 morgi dworskiej ziemi nadano 44 osadom włościańskim. Komisja uwłaszczeniowa przy dokonywaniu podziału ziemi w dobrach wereszczyńskich zadbała jednak o interes tutejszego dworu, gdyż 150 mórg serwitutowego pastwiska zamieniła na 19 mórg serwitutowej łąki. Stąd też miejscowi chłopi zażądali odszkodowania w formie 100 mórg gruntów ornych, dostali jedynie 20 i ½ morgi. Serwituty były prawem osób trzecich, w tym przypadku miejscowych chłopów, do użytkowania dworskich pastwisk, łąk i lasów. W ramach tej służebności pierwszym 24 osadom włościańskim przysługiwało prawo otrzymywania drzewa z lasów dziedzica na reparację zabudowań w miarę potrzeb; na opał po furze jednej zbieraniny co tydzień w ciągu całego roku, oprócz tego susz i leżaninę mogą rąbać siekierą, surowego zaś drzewa rąbać zabrania się i pastwisko mają oddzielne na własność ich przyznane. Oprócz tego wszystkie 24 osady mają prawo otrzymywać z lasów dziedzica raz na trzy lata po połowie wozu materiału na wozy i sanie, a również kołki i chrust na ogrodzenie osad w miarę potrzeb. Podobne uprawnienia przyznane zostały pozostałym osadom pofolwarcznym, czyli utworzonym w wyniku uwłaszczenia. Mieszkający w nich włościanie mogli zbierać leżaninę z dworskiego lasu po iednej furze na dwa tygodnie. Prawie wszystkim osadom przyznano prawo pasać po iedney krowie razem z dworskim bydłem, jednakże nie mogli z niego korzystać włościanie z 5 osad. W księgach hipotecznych wyszczególniono ponadto w Wereszczynie osady poproboszczowskie, przyznając im następujące służebności: prawo zbierać i wywozić z lasów zbieraninę na opał po furze co tydzień w ciągu sześciu zimowych miesięcy wjeżdżając do lasu z siekierą dla ścinania suszu.
Średnie gospodarstwo po uwłaszczeniu z 1864 roku liczyło około 10 mórg ziemi. Przykładowo na podstawie tabeli likwidacyjnej dla wsi Wereszczyn z dnia 19 lutego 1864 roku dowiadujemy się o przydziałach dla niektórych mieszkańców wsi: Ludwik Marcyniuk otrzymał 9 mórg 53 pręty (co w przeliczeniu na dzisiejsze jednostki miary stanowi prawie 5 ha), Iwan Marcyniuk – 9 mórg 87 prętów, jego brat Ignacy – 30 mórg 261 prętów (około 17 ha), zaś Grzegorz Zyziuk otrzymał 29 mórg 240 prętów ziemi.
Po powstaniu styczniowym wieś liczyła 51 domów zamieszkałych przez 492 mieszkańców, z czego 45 gospodarstw, rozciągających się na 585 morgach ziemi, podlegało miejscowym folwarkom. Z upływem czasu liczba ludności we wsi nieznacznie wzrosła, gdyż po wybuchu wojny światowej w 1915 roku znajdowało się 56 gospodarstw. Były to gospodarstwa w zdecydowanej większości polskie, choć w folwarkach przeważali mieszkańcy wyznania prawosławnego. Na 416 rzymskokatolików przed wojną przypadało w Wereszczynie jedynie 100 prawosławnych. W części zachodniej wsi znajdował się młyn-wiatrak typu „koźlak”. W skład gruntów wiejskich wchodziło Jezioro Wereszczyńskie, przez innych zwane Zastawskim, mające do 12 morgów powierzchni.
Z racji, jak na okoliczne warunki, dużej liczby ludności we wsi funkcjonowała szkoła początkowa, założona już przez księdza Ignacego Bystrzyckiego pod koniec osiemnastego stulecia. Przez długi czas była szkołą polską, utrzymywaną przez chłopów posiadających ziemię oraz szlachtę ze składek przyjętych i uchwalonych na zebraniach. Z tego też powodu dzieci chłopów nieposiadających ziemi nie miały prawa uczęszczania do szkoły. Szkoła mieściła się w budynku znajdującym się na gruntach „popowych”, czyli zajmowanych przez kapłana prawosławnego.
Po upadku powstania styczniowego szkołę uznano za jedno z najważniejszych narzędzi rusyfikacji. Od 1873 roku narzucono rosyjskojęzyczny systemem nauczania. Uczył jeden nauczyciel, a szkoła funkcjonowała aż do odzyskania przez Polskę niepodległości. Przed samym wybuchem wojny światowej zajęcia szkolne prowadził Roman Doroszuk. Rusyfikacja szkoły, płacenie składek, a także brak przymusu szkolnego powodowały, że uczęszczał do niej niewielki odsetek dzieci. W szkole uczono pisania i czytania po rosyjsku oraz liczenia, a nauka trwała najczęściej zimą, gdyż wiosną i latem rodzice wykorzystywali dzieci do prac polowych. Nauka w takiej jednoklasowej szkole początkowej, w ostatnich latach przed wybuchem wojny światowej, kończyła się egzaminem przed chełmską komisją egzaminacyjną.
Nie tylko rusyfikacją szkoły władze carskie realizowały antypolską politykę. Po 1875 roku podjęto wszelkie działania, mające na celu zrusyfikowanie ludności unickiej. Wydano nawet rozporządzenie, aby dla tej pounickiej grupy włościan, którzy mieli nazwiska kończące się na „ski” i „icz”, zamienić na nazwiska z końcówką „czuk”. Rzymskokatolikom zabroniono najmować unitów do prac podczas trwania prawosławnych świąt, natomiast w 1885 roku siedlecki rząd gubernatorstwa wydał zarządzenie zakazujące organizowania w tym czasie jarmarków. Bez uprzedniego zezwolenia władz nie można było stawiać katolickich krzyży przy drogach i miejscach publicznych.
Te działania przyczyniły się do zatrzymania procesu asymilacyjnego mieszkańców, powodując wzrost antagonizmu pomiędzy Polakami i Rusinami.
Za przykład obrazujący ówczesne polsko-ruskie relacje posłużyć może opowiedziana przez Henryka Wierzejskiego historia miłości córki stolarza Aleksandra Wierzejskiego z tutejszym ruskim nauczycielem o nazwisku Żukow: Mojemu pradziadkowi i jego żonie taka sytuacja nie podobała się, gdyż od Powstania Styczniowego Polacy zawierali małżeństwa w swoim gronie. Wystarczył jeden ukraiński małżonek i dzieci chrzczone musiały być w cerkwi. Zabronili więc córce spotykania się z Żukowem. Mimo ich sprzeciwu córka zabrała swoje ubrania i uciekła z domu. Spotykali się u popa na popówce. Gdy pradziadkowie zauważyli jej brak, wówczas prababcia poszła do popa, by powiedział, gdzie ona przebywa. Nie chciał powiedzieć gdzie są, ale oznajmił, iż udzielił młodym ślubu, po czym młodzi wyjechali. Wracając z popówki prababcia umarła. Śmierć żony rozłościła Aleksandra, dlatego popowi naubliżał, miał i ponoć jego uderzyć. Za ten czyn przeprowadzono nad pradziadkiem wiejski sąd, na którym ukarano jego grzywną i nakazem przeproszenia popa. Ale to wydarzenie utkwiło w pamięci Ukraińców. Gdy wybuchła I wojna światowa Rosjanie, wkraczając do Wereszczyna, uwiązali dziadka liną do konia i ciągnęli drogą do Włodawy. W okolicy Kołacz zmarł.
Odpowiedzią ludności polskiej na rusyfikację szkolnictwa i życia społecznego w Wereszczynie było utworzenie po wydarzeniach rewolucyjnych z lat 1905 – 1907 uznanej przez carat organizacji Polska Macierz Szkolna. Przewodniczył jej wspomniany ks. Julian Dąbrowski. Polska Macierz Szkolna odegrała ogromną rolę w szerzeniu oświaty, gdyż poza prowadzeniem szkół zakładano biblioteki i czytelnie. Upadek rewolucji zapoczątkował wzmożenie polityki rusyfikacyjnej, zwalczającej wszelkie przejawy dążeń niepodległościowych. Władzę wójtowską w gminie objął ukraiński rusofil Mikołaj Chudopara i już w pierwszych miesiącach ofiarą jego rządów został sołtys Wereszczyna Ignacy Garbacki. W dniu 6 maja 1907 roku wójt zakomunikował carskim władzom powiatowym, iż jego służby znalazły w ganku domu sołtysa polskojęzyczną broszurę „W obronie Podlasia”, którą miał rozpowszechniać wśród mieszkańców wsi. W wyniku donosu dokonano zatrzymania sołtysa. Natomiast z końcem 1907 roku władze carskie zlikwidowały Polską Macierz Szkolną, wobec tego prowadzenie działalności oświatowej przyjęło charakter tajny.
2.3. Wereszczyńscy rzymskokatolicy
Kościół i cerkiew stanowiły centrum życia duchowego mieszkańców wsi,
z czasem obok dworu i karczmy stawały się też centrum życia społeczno-politycznego. Ze zdaniem miejscowego plebana i popa liczyli się wszyscy mieszkańcy parafii, do kościoła i cerkwi garnęli również ubodzy, liczący na datki parafian.
Od 1783 roku proboszczem w kościele rzymskokatolickim był zakonnik i dotychczasowy prefekt kolegium łukowskiego Bazylii Ignacy Bystrzycki, profesor retoryki i filozofii. Spod jego pióra wyszło dzieło „Geometria albo łatwe sposoby wymierzania wysokości, długości i szerokości”. Posługi kapłańskie w Wereszczynie pełnił do dnia swojej śmierci, która nastąpiła w 1804 roku, a w ich wypełnianiu pomagał wikariusz Walenty Krasuski. Za czasów probostwa księdza Bystrzyckiego do parafii w 1799 roku z wizytą pasterską przyjechał biskup chełmski i lubelski ks. Wojciech Skarszewski. Poza działalnością kapłańską Bystrzycki aktywnie włączał się w życie mieszkańców, zakładając chociażby we wsi szkołę.
Organistą kościelnym na przełomie wieków był Wincenty Barszczewski, który zmarł w 1814 roku. Po jego śmierci organistą został szlachcic Michał Jankowski, a następnie Antoni Bąk, grający dla swoich wiernych aż do lat sześćdziesiątych. Poza organistą osobami świeckimi, pomagającymi proboszczowi w wypełnianiu obowiązków, byli dziad kościelny, dbający o porządek w kościele i o czystość w obejściu oraz chowający zmarłych na przykościelnym cmentarzu grabarz. W pierwszej połowie stulecia dziadem kościelnym był Grzegorz Bosko, a grabarzem Piotr Porada.
Po księdzu Bazylim Bystrzyckim funkcję proboszcza parafii rzymskokatolickiej do roku 1821 pełnił ks. Michał Krasuski. W jego zastępstwie usługi kapłańskie świadczył wikariusz Sebastian Nadolski, a po jego śmierci w 1813 roku paroch (czyli proboszcz) unicki z Andrzejowa ks. Grzegorz Dębkowski, bazylianin z Zakonu Świętego Bazylego Wielkiego. Oprócz wypełniania obowiązków kościelnych na proboszczu spoczywał obowiązek prowadzenia urzędniczych ksiąg stanu cywilnego dla ludności rzymskokatolickiej, ale także żydowskiej i protestanckiej. Przestrzegano przy tym miejscowych zwyczajów. Przykładowo młodzi, przed uzyskaniem sakramentu małżeństwa, musieli głośno i wyraźnie przeczytać zapowiedzi, a tekst przybić do drzwi domu gminnego. Urzędnikami stanu cywilnego dla ludności unickiej i prawosławnej byli swoi kapłani. Przed księdzem Krasuskim pojawił się poważny problem dotyczący stanu nowej świątyni, która miała jedynie dwadzieścia lat. Wybudowana była z marnej jakości materiału, dlatego konieczny był generalny remont zwłaszcza, że ściany świątyni szybko popadały w ruinę. Ksiądz Krakuski umocował ściany w żelazne ankry i obił je na zewnątrz tarcicami. Wewnątrz natomiast ułożono drewnianą podłogę oraz sufit z desek.
Następcą ks. Krasuskiego został ks. Patrycjusz Szaniawski, choć w 1823 roku przez krótki okres funkcję proboszcza sprawował ks. Grzegorz Dębkowski. Od 1836 roku przez okres czterech lat probostwo prowadził ks. wikariusz Konstanty Jabłoński. To za czasów jego probostwa papież Grzegorz XV w dniu 28 czerwca 1839 roku nadał parafii na wieczne czasy prawo organizowania odpustów aż dziesięć razy w roku, tj.:
· w uroczystości Matki Boskiej Niepokalanego Poczęcia, Narodzenia, Oczyszczenia, Zwiastowania, Wniebowzięcia i Różańcowej;
· w niedzielę Zielonych Świątek i Św. Trójcy;
· w uroczystości św. Stanisława, patrona kościoła;
· w dzień tłustego czwartku.
O jednym z proboszczów wereszczyńskich tamtego okresu krążyła wśród parafian legenda, wskazująca na jego chciwość: Razu pewnego biednemu chłopu umarła żona i ten się udał do plebana, by ją pochował. Pleban jednak nie zgodził się na darmowy pochówek, dlatego też chłop udał się do miejscowego dziedzica po poradę. Dziedzic nakazał chłopu zostawić ciało i udać się mu do domu obiecując, że coś zaradzi w tej sprawie. Zawołał do siebie swojego kucharza, nakazując mu by z ciała zrobił pasztet. Na drugi dzień zaprosił do siebie plebana na ucztę częstując pod koniec owym pasztetem. Objadając się ksiądz powtarzał: „Co za pasztet!” Jednakże po chwili obgryzł kość i z oburzeniem zwrócił się do dziedzica: „A to co? Toż to kobieca głowa!” Na to dziedzic do plebana: „Nie chciałeś pochować, kazałem ci zgotować!”. Następnego dnia nakazał dziedzic pozbierać wszystkie kości i do trumny włożyć, a ksiądz szczątki pochował. Niech tajemnicą pozostanie, który z księży wereszczyńskich postąpił z biednym chłopem w ten sposób.
Kolejny proboszcz ks. Józef Wnorowski pełnił swoje posługi około trzydzieści lat, począwszy od 1840 roku, w późniejszym okresie pełnił funkcję kanonika kolegiaty kaliskiej oraz funkcję biskupią. Na początku lat sześćdziesiątych zmarłego organistę Antoniego Bąka zastąpił Andrzej Osielski. Za probostwa Wnorowskiego wybudowano w 1845 roku wspólne ogrodzenie kościoła i przykościelnego cmentarza. W dokumentach archiwalnych zapisano trochę szczegółów kosztorysowych inwestycji: Trzeba dać 30 słupów nowych do obydwu parkanów ze sobą połączonych tudzież płatwy nad wszystkimi ścianami, dać 14 sztuk podwalin długich po łokci 6, tudzież 24 łokcie bali 3 calowych. Ściany na zastąpienie drzewa w miejscach zepsutych. Ma to wszystko kosztować 157,50 rs.
Ostatnie lata pobytu proboszcza w Wereszczynie przypadły na okres prześladowań unitów, w którym to czasie ks. Józef Wnorowski stanął w ich obronie zwłaszcza, że grekokatolicki ks. Józef Kołbuś zadecydował, jako jeden z dwóch pierwszych na Podlasiu, o dobrowolnym przekształceniu wereszczyńskiej parafii unickiej w prawosławną. Obawiając się oporu unitów wobec planów kasacji ich Kościoła władze carskie postanowiły wprowadzić szereg ograniczeń wobec niekontrolowanego Kościoła łacińskiego, który stał się jedyną ostoją wolności sumienia i wyznania. Zaraz po stłumieniu powstania styczniowego carski namiestnik Fiodor Berg postanowił: Biskupi łacińscy (…) i podległe im duchowieństwo nie mają prawa mieszać się w żadne sprawy greko-unickie, uczęszczać do unickich cerkwi, odwodzić unicki lud od ich wyznania, żadnych religijnych posług nie administrować unitom, żeby się nie ważyli zapisywać unitów w księgi metrykalne, wydawać im żadnych świadectw metrycznych. Za złamanie zakazu groziła kara pieniężna od 3 do 100 rubli. W następnych latach wydane zostały kolejne zakazy. W maju 1866 roku zabroniono księżom nauczania religii bez zezwolenia dyrekcji naukowej, a w październiku 1867 roku nakazano księżom prowadzenie metryk kościelnych w języku rosyjskim. W 1870 roku również księgi intencyjne miały być zapisywane w języku rosyjskim, a w 1873 roku zakazano na Podlasiu i w Lubelskiem wszelkich zjazdów duchowieństwa na odpusty.
W latach sześćdziesiątych doszło do konfliktu księdza z proboszczami unickimi z Wereszczyna i Tarnowa. Powodem była największa w parczewskim dekanacie konwersja, czyli zmiana wiary z greckokatolicyzmu na rzymskokatolicyzm. Oskarżyli oni Wnorowskiego o „podbieranie” wiernych, chociażby w 1866 roku z samej unickiej parafii w Tarnowie ubyło 12 wiernych, a wcześniej z parafii wereszczyńskiej 4 wiernych. W sprawie unitów wereszczyńskich ksiądz Wnorowski przyznawał się do przejęcia 4 osób, ale wskazał, że także 4 rzymskokatolików zmieniło wyznanie na unickie. Uzasadniając swoje postępowanie pisał: tak się złożyło, że osoby unickie, po swym zamążpójściu za łacinników zamieszkały we wsi Kopina. A że w tej wiosce wszyscy są łacinnikami, więc i te unitki, pragnąc utrzymać jedność i zgodę tak z rodziną, jak i z całą wioską, same, bez przymusu, zmieniły obrządek.
Natomiast sprawa tarnowska trafiła do gubernatora siedleckiego, a w celu jej zbadania przyjechała do Wereszczyna komisja, w skład której wszedł dziekan unicki z Parczewa, wójt i ławnicy miejscowej gminy, burmistrz Ostrowa Lubelskiego i proboszcz rzymskokatolicki z Uhruska. Komisja stwierdziła, że wszystkie te przypadki miały miejsce w trakcie odpustów, które odbywały się w Orchówku i w Chełmie, więc za ten stan proboszcz Wnorowski nie mógł odpowiadać. Uznano ponadto, że sami rodzice prowadzą swoje dzieci do I komunii świętej w Kościele łacińskim, co w niczym nie ubliża obrządkowi unickiemu. Prosili więc jedni, by ich pozostawić przy Kościele rzymskokatolickim, inni obiecali natomiast powrócić do obrządku greckokatolickiego.
Kolejny cios wykierowany w ludność unicką i księży rzymskokatolickich wymierzył gubernator siedlecki Stiepan Gromeka. Do wszystkich księży rzymskokatolickich wysłał w maju 1874 roku ogłoszenie, w którym ludność unicka prosiła cara o łaskę, by przyjął ich do Cerkwi. Nieznana jest postawa księdza Wnorowskiego wobec tego ogłoszenia, ale w grudniu 1874 roku wygłosił podczas mszy kazanie, w którym wystąpił z ambony przeciw przystąpieniu unitów do Cerkwi prawosławnej, za co został pisemnie upomniany przez gubernatora siedleckiego. W lutym następnego roku postanowiono przenieść karnie proboszcza do parafii, w której nie występowałaby ludność unicka i prawosławna. Bezpośrednim powodem pozbawienia probostwa w Wereszczynie była odmowa udzielenia sakramentu małżeństwa dla wdowy Anastazji Korzeniowskiej z Wytyczna z prawosławnym Danielem Muszczukiem. Ksiądz Józef Wnorowski utracił probostwo, lecz przez kilka lat nie powierzono mu żadnej innej parafii. Ponadto w tym samym roku zakazano biskupowi lubelskiemu odwiedzać parafii w Wereszczynie, a zakaz ten usunięto dopiero w 1905 roku. Taki sam zakaz zastosowano wobec tych łacińskich parafii na Podlasiu, w których sprzeciw unitów wobec Cerkwi prawosławnej był największy.
Kościół rzymskokatolicki, jako ostoja polskości, zawsze mógł liczyć na wsparcie finansowe dziedziców, a kapłani odwdzięczali się chociażby wspieraniem ruchów narodowowyzwoleńczych, których inicjatorami była głównie szlachta. Aby rozbić tą zależność Kościoła unickiego od szlachty car zniósł w 1864 roku prawo patronatu w cerkwiach unickich, wprowadzając w to miejsce powszechny wybór starostów cerkiewnych, oczywiście tylko zaakceptowanych przez władze. W następnych latach prawo patronatu zniesiono także dla Kościoła łacińskiego. W ten sposób wyłączono szlachtę i ziemian od jakiegokolwiek wpływu na bieg życia parafii.
Kościołowi, aż do końca lat XIX wieku, podlegało pięć dużych dworów szlacheckich i kilku mniejszych folwarków, których właściciele byli łacinnicy. Po upadku powstania styczniowego parafia liczyła 2.578 wiernych. W 1890 roku rzymskokatolickiej parafii w Wereszczynie podlegały kościoły w Świerszczowie, Woli Wereszczyńskiej i w Wytycznie. Obszar parafii sięgał więc terenów od Tarnowa, Kopiny i Garbatówki na południu, należących do Guberni Lubelskiej, do Helenina, Dominiczyna i Lipniaka na północy, należących do Guberni Siedleckiej. Parafia liczyła wówczas 3.642 dusze, tak więc liczba wiernych w okresie kilkunastu lat wzrosła przeszło o tysiąc. Była to jedna z liczebniejszych parafii rzymskokatolickich w okolicy, dlatego też w Wereszczynie odbywały się bardzo duże odpusty.
Po księdzu Wnorowskim od 1875 roku posługi kapłańskie w parafii udzielał były dominikanin Ewaryst Rutkowski. Jego kapłaństwo przypadło na okres wzrostu nastrojów antycarskich, będących odpowiedzią na bezwzględny ucisk narodowościowy i religijny. Wraz z przyjściem księdza Rutkowskiego nastąpiła zmiana taktyki władz carskich wobec unitów, nakładane kary finansowe zostały zastąpione zsyłkami, więzieniem i karami cielesnymi. Nowy proboszcz wereszczyński wspierał unitów, udzielając im wbrew zakazom usług kapłańskich. Władze carskie nałożyły dwie kary finansowe na księdza Rutkowskiego. W 1878 roku nakazano mu zapłatę grzywny w wysokości 15 rubli za zachęcanie byłych unitów, by uczęszczali do miejscowego kościoła rzymskokatolickiego. Natomiast w 1886 roku nałożono na księdza grzywnę w wysokości już 100 rubli, za ochrzczenie trzy lata wcześniej córki z mieszanego małżeństwa, łacinnika Wojciecha i prawosławnej Marianny Oleksiuków Pod koniec lat siedemdziesiątych, ścisłej kontroli poddano przebieg nabożeństwa, poddając cenzurze kazania, nakazując odprawiania modlitw w intencji cara, a nawet legitymując osoby przystępujące do sakramentu spowiedzi. Surowe kary nakładano na księży, którzy odmawiali spowiedzi swoim wiernym, będących w związkach małżeńskich z prawosławnymi. W końcu po dwóch nałożonych karach w 1887 roku generalny gubernator stwierdził, iż ksiądz Rutkowski prowadzi szkodliwą działalność na niekorzyść prawosławia i w związku z tym zwrócił się administratora diecezjalnego z żądaniem przeniesienia księdza do parafii bez ludności unickiej. Z powodu braku wolnych tego rodzaju probostw przeniesiono księdza do Modliborzyc na funkcję wikariusza tamtej parafii.
Od maja 1887 roku funkcję miejscowego proboszcza pełnił ks. Michał Pogonowski. Carskie władze duchowne uznały, iż ksiądz Pogonowski w stosunku do ludności prawosławnej, w okresie proboszczowania w Wereszczynie, nie ujawnia w niczem swej szkodliwej działalności. Choć proboszcz udzielił kilka razy obrzędu kościelnego dla kilku osób, których wyznania nie ustalono, uznano, że winy jego w tem nie było. Niejako w nagrodę za lojalną postawę wobec władz carskich ks. Michał Pogonowski został w 1890 roku przeniesiony do dekanatu we Włodawie, w której jednak z czasem stwierdzono „szkodliwą” działalność księdza.
Następnie od października 1890 roku, aż do swojej śmierci w sierpniu 1918 roku, funkcję proboszcza pełnił ks. Julian Dąbrowski. Już jako kleryk seminarium duchownego w Lublinie brał czynny udział w powstaniu styczniowym. W randze kapitana dowodził rezerwami partii Zameczka, jak też werbował młodzież do oddziałów powstańczych. Idee niepodległościowe zachował jako proboszcz wereszczyński. Strzegł lud przed wynarodowieniem, podtrzymywał u ludzi miłość i wiarę w Kościół. Wspierał ludność unicką w trakcie rewolucji z lat 1905 – 1906, która w Wereszczynie jawnie wystąpiła przeciwko władzy cara. Jednym z przejawów sprzeciwu unitów było masowe przechodzenie z Cerkwi prawosławnej do Kościoła rzymskokatolickiego. W 1905 roku nastąpił największy jednoroczny wzrost wyznawców, wówczas parafia liczyła 5.332 dusze. W przeciągu roku na rzymskokatolicyzm przeszło 416 osób, a najwięcej z Wereszczyna (96 osób) i Garbatówki (84). Wyznanie zmieniali „starzy” unici, którym po utracie swojego kościoła w 1875 roku, zdecydowanie bliżej było do łacinników. Również w kolejnych latach dochodziło do częstej zmiany wyznania na rzymskokatolicyzm, ale już nie na tak masową skalę. Według danych z 1913 roku liczba wiernych w parafii wzrosła do 6.170 osób.
Do wzrostu sympatii unitów wobec Kościoła rzymskokatolickiego przyczyniła się niewątpliwie wizyta w Wereszczynie biskupa lubelskiego Franciszka Jaczewskiego z dnia 12 lipca 1905 roku. Już podczas wizyty biskupa w Chełmie w dniu 10 czerwca tegoż roku delegacja ziemiaństwa i ludności z Wereszczyna była jedną z najliczniejszych. Wszystkie kompanie przybywały z obrazami, chorągwiami, krzyżami, bądź bractwami, a nierzadko i ze swemi proboszczami, a zawsze z pieśnią na ustach czczącą Bogurodzicę – relacjonuje wizytę dziennik „Rozwój”. W Wereszczynie biskupa przyjęło z dostojnością około trzech tysięcy mieszkańców, już przy samej granicy parafii orszak biskupi spotkał liczną, piękną banderię. Stroje rozmaite: od koszul, białych spodni i kapeluszów ze wstęgami i pawimi piórami do hiszpańskich płaszczyków i konfederatek. Nie mniej uroczyste przywitanie nastąpiło w samym Wereszczynie: Pierwsza brama z dębowych ośmiu nieociosanych słupów, przybrana kosami i grabiami. Na bramie mieszkańcy umieścili napis: A witaj niespodziewany gościu, drogi Pasterzu nasz! Prosimy Cię w Imię Boże, błogosław chleb nasz rolniczy!. W pamięci biskupa utkwiło zdarzenie z małym dzieckiem, o czym po powrocie do Lublina zapisał w swoich księgach: Rozrzewniający był widok jakiegoś malca, może pięcioletniego, niesionego przez matkę na ręku i wrzeszczącego z całych sił: Wiwat! Była też druga brama z napisem: Witamy Cię, Najdostojniejszy Pasterzu, a także trzecia przy cmentarzu, czwarta przy kościele, piąta przy wejściu na plebanię oraz delegacja żydowska z tortem. W imieniu mieszkańców rzymskokatolickich chlebem i solą przywitał biskupa Józefowicz-Hlebicki z Garbatówki. Po krótkim odpoczynku na plebani biskup odprawił uroczystą mszę świętą, co opisał towarzyszący mu kapłan ks. Stanisław Kamieński: Wspaniały był widok procesji, odprowadzającej Biskupa z kościoła na plebanię przy oświetleniu świec kościelnych. Cały ogród proboszcza mienił się różnobarwnymi lampami. Kościół drewniany, dość duży, dobrze utrzymany. Biskup bawił tu cały dzień, zajęty odprawianiem nabożeństwa i bierzmowaniem. W sumie tego dnia biskup udzielił bierzmowania aż 1.479 osobom. Po dwóch dniach pobytu biskup opuścił Wereszczyn. Chociaż dla uniknięcia straty czasu w robocie przy żniwach Biskup pożegnał lud wieczorem, nie mniej na pożegnaniu w dniu dzisiejszym zebrało się ze 2 tysiące ludu – zapisał Kamieński.
Wobec masowego odchodzenia dawnych unitów od Cerkwi prawosławnej miejscowy pop wystąpił w dniu 10 czerwca 1905 roku do chełmskiego urzędu duchownego o objęcie ochroną mieszkańców ruskich, wiernych prawosławnych, wobec działalności parafian rzymskokatolickiego Kościoła. Była to faktycznie prośba o pomoc w zatrzymaniu lawinowo odchodzących od cerkwi dawnych wyznawców unickich. Podpisany przez cara w dniu 17 kwietnia 1905 roku ukaz tolerancyjny zniósł jednak przeszkody formalne i choć nie przywrócono Kościoła unickiego, to jednak unici masowo przystępowali do Kościoła rzymskokatolickiego. Wpłynęło to znacznie na zmianę układu narodowościowego, powodując oczywiście znaczny wzrost liczby ludności polskiej.
Ksiądz Julian Dąbrowski został zapamiętany przez nieżyjących już mieszkańców również jako gorliwy obrońca dobytku i mieszkańców przed Rosjanami oraz Niemcami, grabiących i palących wszelkie mienie w 1915 roku. To dzięki jego staraniom kościół wereszczyński został ocalony przed działaniami wojennymi. Miał dobre stosunki z miejscowym popem, dlatego też często zdarzało się, że gdy sakrament małżeństwa zawierali młodzi wyznania rzymskokatolickiego i unickiego, wówczas przychodzili do proboszcza z wędlinami, a ten udawał się do popa, aby przy samogonie wyprosić jego milczenie w tej sprawie. Ale dochodziło także do poważnych zgrzytów, często i komicznych, o czym opowiada Henryk Wierzejski: Dziadkowie opowiadali mi o sporach we wsi, jakie dochodziły pomiędzy polskimi i ukraińskimi członkami rodzin mieszanych małżeństw. Ukraińcy nalegali, by sakramenty udzielano w cerkwi, a Polacy by w kościele. Zdarzały się spory nad trumną nieboszczyka, a nawet takie sytuacje, że o trumnę walczono na drodze. Raz do takiej walki doszło, że trumna upadła, a z niej wypadł nieboszczyk.
Oprócz obowiązków kościelnych ksiądz Dąbrowski udzielał się w życiu społeczno-politycznym. Został chociażby przewodniczącym koła Polskiej Macierzy Szkolnej w Wereszczynie, które dążyło do wprowadzenia polskiego szkolnictwa. Pomagał nie tylko mieszkańcom swojej parafii, był członkiem i stałym ofiarodawcą Lubelskiego Towarzystwa Dobroczynności.
Za probostwa Juliana Dąbrowskiego generalny remont, którego nie było prawie sto lat, przeszedł miejscowy kościół. Świątynię ponadto znacznie rozbudowano. Początkowo zamierzano wybudować nowy kościół, gdyż zdaniem władz biskupich, a przede wszystkim samego księdza Dąbrowskiego, dotychczasowy był zbyt mały na tak wielką parafię. Stąd już w 1907 roku proboszcz rozpoczął zbieranie na ten cel funduszy. Udało się zebrać prawie 6 i ½ tysiąca rubli, które zostały umieszczone na rachunku w Kasie Pożyczkowej Przemysłowców Lubelskich. Kościoła nowego nie wybudowano, głównie z powodu wybuchu wojny światowej, ale także śmierci proboszcza Juliana Dąbrowskiego. Jednakże dokonano generalnej rozbudowy świątyni. Do prezbiterium dobudowano z obydwu stron dwa czworoboki, stanowiące zakrystię i skarbczyk. Ksiądz parafianom sprawił trzy nowe ołtarze, a każdy z nich miał po dwa obrazy. Wykonali je miejscowi stolarze, Aleksander Wierzejski i jego syn Bronisław oraz Jan Rojecki. W ołtarzu głównym umieszczono obraz Matki Boskiej Częstochowskiej, a na zasłonie obraz patrona św. Stanisława. W bocznych ołtarzach umieszczono obrazy św. Mikołaja, św. Józefa i Matki Boskiej Różańcowej. Na ołtarzu od strony epistoły na framudze postawiono rzeźbę Chrystusa na krzyżu. Nowy katafalk wykonał wspomniany Aleksander Wierzejski. Niestety, podczas wojny światowej w 1915 roku Rosjanie odpiłowali znaczną część kopułki kościelnej i ją zrzucili. W tym samym roku zniszczono również dzwonnicę, jednakże została dzięki staraniom ks. Juliana Dąbrowskiego bardzo szybko odbudowana.
Ksiądz wybudował ponadto nową plebanię, gdyż dotychczasowa, postawiona w 1794 roku z drewna sosnowego na podmurówce, uległa zawaleniu. Był to budynek kryty gontem, z zewnątrz nieoszalowany, a mieścił sześć pokoi i jedną kuchnię. Brak oszalowania powodowało, iż zimą było bardzo trudno utrzymać ciepło. Razem z księdzem mieszkała gospodyni i organista, a często służący, pomagający przy obrabianiu gospodarstwa.
Tak wielkie zasługi księdza dla parafii zostały zapamiętane przez wiernych, ale także zauważone przez władze biskupie. W „Wiadomościach Diecezjalnych Podlaskich” o księdzu Dąbrowskim kilka miesięcy po jego śmierci napisano: On to przez 30 lat pasterzowania w tej parafii podtrzymywał w ludzie wiarę i miłość do kościoła, podczas największego ucisku religijnego za Rosjan. On strzegł lud od wynarodowienia się, on szerzył ukradkiem, bo jawnie czynić tego nie mógł, zdrową oświatę, on wreszcie przez szereg lat podtrzymywał od upadku kościołek wiedząc, że jeśli się rozsypie w gruzy, nowego Rosja zbudować nie pozwoli. By to wszystko czynić, potrzeba było mieć nie tylko wielką miłość Kościoła i Ojczyzny, ale i roztropność wężową, boć przecież w parafii wereszczyńskiej było aż pięć parafii prawosławnych, a tem samem pięciu żandarmów „riasach” urzędowych, a ile było nieurzędowych! A gdy przyszli Niemcy i parafię jego ochrzcili mianem „etapów”, tj. okolicą rządzoną nie już drakońskimi prawami, lecz przewrotną, okrutną i dziką samowolą Niemieckiej soldatesh, narażając swą własną osobę, bronił swe owieczki od ciosów najeźdźcy. Wieść o jego śmierci wywołała w całej parafii jeden jęk bólu. Pamięć parafian, jak i uznanie dokonań proboszcza przez hierarchów biskupich, spowodowało, iż już kilka lat po śmierci zaczęto zbierać fundusze na postawienie pomnika ku czci księdza Dąbrowskiego. Niestety, zaniedbywanie obowiązków i niedbałość o finanse parafialne przez kolejnych proboszczów (tj. Seweryna Huskowskiego i Edwarda Kucierzyńskiego), nie pozwoliło na zrealizowanie tego szczytnego planu, choć na rachunku w banku uzbierana była dość pokaźna kwota.
2.4. Wereszczyńscy unici i prawosławni
Charakter parafialny miała także cerkiew greckokatolicka p.w. Najświętszej Maryi Panny (w pierwszej połowie XIX wieku pojawiała się również nazwa cerkiew p.w. Matki Boskiej i cerkiew p.w. Przenajświętszej Bogurodzicy). Odpusty odprawiały się w niej zawsze w drugi dzień świąt Bożego Narodzenia. Wereszczyńska parafia była niewielką, liczbę wiernych w poszczególnych latach przedstawia poniższa tabela:
| Rok | Liczba wiernych | Rok | Liczba wiernych | Rok | Liczba wiernych | Rok | Liczba wiernych |
| 1788 | 120 | 1836 | 146 | 1851 | 229 | 1859 | 278 |
| 1808 | 313 | 1837 | 143 | 1852 | 223 | 1860 | 271 |
| 1816 | 270 | 1838 | 143 | 1853 | 217 | 1862 | 286 |
| 1819 | 236 | 1839 | 143 | 1854 | 281 | 1863 | 292 |
| 1820 | 229 | 1840 | 167 | 1855 | 256 | 1864 | 297 |
| 1821 | 228 | 1841 | 200 | 1856 | 253 | 1872 | 302 |
| 1832 | 236 | 1849 | 222 | 1857 | 261 | 1875 | 297 |
| 1835 | 304 | 1850 | 224 | 1858 | 271 |
|
|
Najwięcej wiernych parafia liczyła w 1808 roku, dane Chełmskiego Konsystorza Greckokatolickiego podawały wówczas 313 osoby. W 1836 roku księgi metrykalne wykazywały o ponad połowę wiernych mniej. Nie jest znany powód tak drastycznego spadku, najprawdopodobniej był to efekt wystąpieniem epidemii cholery, która już cztery lata wcześniej zebrała w Wereszczynie śmiertelne żniwo. Niewykluczone, iż zmiany ludnościowe były efektem migracji, zmianą wyznania, lub też zwykłej pomyłki w sprawozdawczości. Wyraźny spadek liczby wiernych nastąpił także w 1855 roku. W tym przypadku przyczyna jest znana, był to głód, co potwierdzają też dane z księgi zgonów kościoła łacińskiego. Parafia obejmowała wówczas Wereszczyn i Zastawie, a od lat czterdziestych w spisach ludności pojawiała się Kozubata i Majdan Wereszczyński. Według danych z 1860 roku najwięcej unitów mieszkało w Majdanie Wereszczyńskim (134 wiernych) i w Wereszczynie (96 wiernych), natomiast w Zastawiu 46 wiernych.
W okresie od ostatniego zaboru do kasacji Kościoła unickiego w 1875 roku funkcję parochów (proboszczów) lub administratorów parafii pełniło kilkunastu duchownych:
- Jan Birontowicz – do 1802 roku;
- Grzegorz Dębkowski – 1802–1825;
- Józef Dębkowski – 1825–1834;
- Paweł Górski – 1834–1839;
- Jan Bielawski (późniejszy dziekan lubelski) – 1839–1841;
- Longin Ulanicki – 1841–1844;
- Hilary Panasiński – 1844-1845;
- Symeon Zienkiewicz – 1845–1846;
- Jan Dolinowski – 1846;
- Symeon Zienkiewicz – 1846-1854;
- Faustyn Parczewski – 1854–1862;
- Paweł Łącki – 1862–1866;
- Józef Kołbuś – 1866–1875.
Po śmierci parocha Grzegorza Dębkowskiego w 1825 roku jego następcy pełnili funkcje jedynie administratorów parafii. W odróżnieniu od parocha administrator nie mógł chociażby samodzielnie dysponować funduszem kościelnym. Funkcja administratora parafii w Wereszczynie była najczęściej łączona z taką funkcją parafii ościennych. Grzegorz Dębkowski, Paweł Górski, Longin Ulanicki, oraz Hilary Panasiński zarządzali również parafią wytycką i andrzejowską, Jan Bielawski oprócz wymienionych administrował dodatkowo parafią świerszczowską, Symeon Zienkiewicz oprócz wereszczyńskiej kierował parafią świerszczowską, Tomasz Kalinowski andrzejowską i tarnowską, zaś Paweł Łącki świerszczowską, wytycką i holańską. Łączenie funkcji administratora dla kilku placówek było sposobem na ratowanie funduszy parafii, gdyż znacznie ograniczono środki na utrzymanie duchownych, a posiadane grunty, ze względu na słabą jakość gleb i prymitywne formy ich uprawy, nie przynosiły spodziewanych dochodów. Administrator dla łączonych parafii mieszkał zazwyczaj w Wereszczynie. W 1822 roku nawet połączono ubogie andrzejowską, wytycką i wereszczyńską parafie, wskazując cerkiew w Andrzejowie, jako siedzibę, lecz ten podział przestał obowiązywać pod koniec lat trzydziestych.
Parafia miała charakter prywatny, świątynia była więc własnością miejscowych dziedziców, zwanych kolokatorami, którym przysługiwało prawo wyboru osoby duchownej na parocha. W 1802 roku kolokatorzy nadali na utrzymanie probostwa grunty i łąki oraz ogrody i zabudowania, niemniey dziesięcina snopowa od włościan. Jako kolokator w 1804 roku zapisywany był Feliks Wereszczyński, w 1816 roku Petronella Suchodolska, w 1841 roku Walenty Zaczkowski, od 1843 roku Bogusław, a następnie Tadeusz Eydziatowicze. Pełniąc nad cerkwią patronat, byli odpowiedzialni za jej stan oraz remonty budynków gospodarczych. Prawo patronatu nad cerkwią zniesiono w 1864 roku.
Wobec pojawiających się w pierwszej połowie XIX wieku coraz większych długów miejscowych dworów parafia musiała liczyć na inne źródła dochodu, jakimi były datki wiernych i darowizny, dotacje chełmskiego konsystorza, dochodu iura stolae (opłaty od obrzędów religijnych, jak pogrzeby, chrzciny i śluby oraz za wydawanie aktów metrykalnych), a przede wszystkim dziesięcina oraz przychody z gruntów cerkiewnych. Dziekan parczewski ks. Sylwester Górski pisał w 1820 roku: fundusz tey Cerkwi więcey iak z pół włóki gruntu z łąkami, zaroślami i innymi przydatkami składa się i gdyby nie Parafia Andrzeyowska i Wytyczańska, w których także znayduią się fundusze nie byłoby mieyscowemu administratorowi życia przy czym utrzymać i podatki opłacić.
O wymiarze dziesięciny dowiadujemy się ze sprawozdania parocha Longina Ulanickiego z 1842 roku: W Parafii Wereszczyńskiey sami tylko mieszkańcy Unici oddają dziesięcinę snopową Administratorowi, to jest każden gospodarz bez względu na ilość zasiewanych gruntów oddaje snopów 15. Ogółem zatem dziesięcina wynosi kóp 3 i snopów 55 żyta. Według danych z 1860 roku 5 gospodarzy z Wereszczyna przekazali proboszczowi w ramach dziesięciny łącznie 1 kopę i 15 snopów żyta, zaś 6 gospodarzy z Zastawia 1 kopę i 30 snopów. Ponadto parafia uzyskiwała dochody z użytkowania 19 mórg gruntów ornych i 17 mórg łąk. Natomiast dochody z tytułu iura stolae wyniosły w tym roku prawie 47 rubli.
W 1815 roku fundusz cerkiewny wynosił tylko 100 polskich złotych, jednak w ciągu czterech kolejnych lat wzrósł do kwoty 207 złotych. Była to kwota zdecydowanie niewystarczająca na generalne remonty, które chociażby w 1821 roku kosztowały parafię 1.700 złotych. W 1850 roku na funduszu parafialnym uzbierana była kwota 10 rubli i 54 kopiejek, choć w kolejnych latach wartość funduszu wzrosła do 31 rubli. Dochody roczne w 1860 roku wynosiły ponad 50 rubli, a wydatki bieżące niespełna 20 rubli. Parafia oprócz wydatków na utrzymanie budynków i zakupu wyposażenia płaciła podatki, chociażby podymne, które w 1815 roku zmniejszyły stan funduszu o 7 złotych. Nad finansami parafii kontrolę sprawowało dozór cerkiewny. Istniało także bractwo cerkiewne, które było odpowiedzialne za utrzymanie porządku i światła na uroczystości. Pod koniec lat czterdziestych jego członkami byli Franik Wakuła, Stefan Kret, Jan Korbut i Hryć Demczuk.
Budynki parafialne na początku XIX stulecia utrzymane były w należytym stanie, co potwierdza sprawozdanie Chełmskiego Konsystorza Greckokatolickiego z 1804 roku: Generalnie tak co do sprzętu, iako i wszelkich ruchomości w całości dosyć dostatecznie i przyzwoicie utrzymuie się, poprawy niemiey ieszcze potrzebuie. Do istniejących budynków gospodarczych paroch ks. Grzegorz Dębkowski dobudował stodołę i stajnię. W tym też roku dziedzic Feliks Klemens Wereszczyński zobowiązał się uiszczać pieniądze na fundusz, celem utrzymania cerkiewnego diaka. Wizytator zarzucił jednak parochowi braku egzekucji dziesięciny, jak również pozwolenie na odejście od cerkwi do kościoła łacińskiego trzech kobiet.
Stan świątyni w tym okresie również był dobry, co wykazała przeprowadzona w 1815 roku wizytacja: w dachu, ścianach i podłodze dobra, jednak aby ściany nie pogniły należy te oszalować. (…) Parkan około tey potrzebuie reparacyi. Dzwonnica chwiejąca się z dzwonami aby nie runęła takoż potrzebuie reparacyi. Plebania z folwarkiem w dobrym utrzymuie się stanie. Na potrzebę reparacji podwalin i dachu wskazywano dopiero w 1826 roku, ale już w 1840 roku wskazywano znacznie więcej ubytków w świątyni. Naprawy wymagało podmurowanie, podwaliny, ściany, okna, kopuła i ogrodzenie cmentarza.
W 1841 roku rozpoczęto generalny remont cerkwi, w ramach którego nie wykonano jedynie oszalowania. Cerkiew wyposażono w ikonostas z carskiemi wrotami. Brak oszalowania świątyni i dzwonnicy wskazywano jako główne potrzeby przez najbliższe kilkanaście lat. Nienajlepiej prezentowały się w tym czasie plebania i budynki gospodarcze. W sprawozdaniu z tego roku zapisano, że plebania o trzech oknach, stodółek dwie, obora, szopa i chlew zupełnie zdezelowane, reparacji lub nowego obudowania potrzebują. Wereszczyńska plebania była rozmiarów 25 łokci szerokości i 13 łokci długości. Miała dwa pokoje, spiżarnię, kuchnię oraz sień z obu stron. Oprócz wymienionych do reparacji budynków w skład gospodarstwa wchodziła wozownia i spichlerz.
Oprócz administratora i cerkiewnego diaka często na plebani mieszkali przybyli do Wereszczyna nowi osadnicy, nieposiadający jeszcze swoich gospodarstw. Gdy ks. Symeon Zienkiewicz przybył w 1845 roku do Wereszczyna celem objęcia administracji nad parafią na plebani zastał znaczny kahał mieszkających Izraelitów, z którymi walkę rozpoczynać w środku tak doskwierającej zimy uznawszy za rzecz nierozsądną i na próżną, a nawet prawom krajowym sprzeciwiającą się. Przeziębiony i znużony ledwo z duchem do Sielca (tj. poprzedniej parafii) wrócić musiałem. Gdy przyjechał do Wereszczyna po raz drugi wydzierżawił plebanię dziedzicowi Bogusławowi Eydziatowiczowi, a sam zamieszkał na plebani w Świerszczowie, którą to parafię też objął. Szybko doszło pomiędzy nim, a jego poprzednikiem ks. Hilarym Panasińskim do sporu o dziesięcinę za 1844 rok. Sprawa zakończyła się ugodą przed Chełmskim Konsystorzem Greckokatolickim, który nakazał zapłacić poprzednikowi ks. Hilaremu Panasińskiemu roczną dziesięcinę, wynoszącą 88 złotych. Wobec odmowy wykonania pozostałych postanowień ugody ks. Symeon Zienkiewicz został na okres kilku miesięcy zawieszony w pełnieniu obowiązków, a na ten czas obowiązki administratora przejął ks. Jan Dolinowski z parafii cycowskiej.
Spór o dziesięcinę sprawił, że ks. Zienkiewicz zwrócił się do Komisji Rządowej Spraw Wewnętrznych i Duchownych o przyjęcie obrządku łacińskiego z zachowaniem kapłaństwa zwłaszcza, że był ochrzczony w tym obrządku. Wniosek został odrzucony, a członkowie komisji przywołali złą opinię księdza, separację z żoną oraz powoływanie się na nieprawdziwe dokumenty i zmarłych świadków. Do władz konsystorza zaczęto w 1847 roku wysyłać skargi na ks. Symeona Zienkiewicza, że ten zaniedbuje obowiązki religijne, nie odprawia mszy w niedziele i święta, a w tym czasie częściej przebywa w kościele łacińskim niż w cerkwi. Kilka tygodni po przysłaniu skargi przybył przedstawiciel chełmskiego konsystorza, wobec którego ks. Symeon Zienkiewicz przyznał się do częstej obecności w kościele łacińskim, ale tylko w zastępstwie proboszcza łacińskiego, iak go o to prosi, szczególnie iak gdzie odjedzie rzeczony proboszcz, bo żyią ze sobą w zgodzie i ieden drugiemu w obowiązkach religijnych zastępuie. Jednakże dowodem na częstą absencję parocha było wydarzenie z 1853 roku, o którym w liście do biskupa opisał ksiądz Zienkiewicz: Józef Protas, Józefat Demczuk i Skoczylas, włościanie z Wereszczyna, po samemu tylko doniesieniu o zaszłej w ich mieszkaniach śmierci osób do tejże parafii należących, nie czekając na moje przybycie dla naocznego przekonania się o zajściu jak potrzeby wymagają, sami zarządzili pogrzebaniem zmarłych na cmentarzu bez mego pozwolenia. Podczas postępowania sądowego, wszczętego na wniosek parocha, który zażądał ukarania swoich wiernych, okazało się, że powodem postępowania wspomnianych włościan była nieobecność parocha, a przede wszystkim wysokie stawki za usługę pochówku. Ksiądz Zienkiewicz odmówił wobec tego wydania aktu zgonu dla dwóch zmarłych, za co został skazany przez Trybunał Cywilny Guberni Lubelskiej w Siedlcach na zapłatę grzywny w wysokości 3 rubli. Włościanie nie zostali ukarani.
Dobre relacje z łacińskim księdzem Józefem Wnorowskim uległy pogorszeniu już wcześniej, gdyż w 1848 roku ksiądz Zienkiewicz wysłał do władz diecezjalnych pismo z oskarżeniami księdza Wnorowskiego o cudzołóstwo z jego żoną, z którą już od kilku lat był w separacji. Zienkiewicz oskarżył także dziedzica Bogusława Eydziatowicza o zapłatę dziesięciny z 27 pustych półwłók cerkiewnych, które od znacznego czasu dwór obsiewa. Powiatowy naczelnik nie przyznał racji kapłanowi, a wobec użycia słów jego ubliżających i niezłożeni skargi na ostemplowany druku, nałożył na księdza grzywnę 9 rubli i 99 kopiejek. Ksiądz odmówił zapłaty grzywny, dlatego w celu jej wyegzekwowania naczelnik wysłał do Wereszczyna kozaka, ale nie został przez kapłana przyjęty. Rząd gubernialny zwrócił się wobec takiego zachowania do Chełmskiego Konsystorz Greckokatolickiego z prośbą o upomnienie niesfornego kapłana. Wobec próśb konsystorza grzywna przez wzgląd na szczupłe fundusze uległa zmniejszeniu do 1 rubla i 6 kopiejek. Te liczne konflikty z dworem, łacińskim proboszczem, a przede wszystkim z włościanami, wpłynęły na złożenie wniosku przez księdza Zienkiewicza o przeniesienie do innej parafii, co się stało w 1854 roku.
Od lat sześćdziesiątych Kościół unicki stanął poddany został prześladowaniom ze strony władz rosyjskich. Już kilka lat przed 1875 rokiem władze carskie wprowadzały ograniczenia wobec obrządku unickiego, nakazując likwidowanie zlatynizowanych elementów liturgii i wyposażenia świątyni. Usunięto organy, konfesjonały, chorągwie i sztandary, chrzcielnice, czy ministranckie komże. Zakazano śpiewania polskich pieśni, czy odmawiania różańca, a ostatecznie używania języka polskiego.
Kasacja Kościoła unickiego w Wereszczynie, nastąpiła dość szybko. Wpłynęła na to postawa parocha Józefa Kołbusia, który jako jeden z pierwszych na Podlasiu (razem z księdzem Józefem Urbanem z Kodeńca) wystąpił do władz lokalnych z oświadczeniem chęci przyłączenia się wiernych unickich do Cerkwi prawosławnej. Wraz z delegacją wiernych pojechał do siedziby gubernatora siedleckiego, którzy dobrowolnie poprosili o przyjęcie prawosławia. Oświadczyli gubernatorowi, że jak nas zaczęto straszyć tym, co się działo w Drelowie, Pratulinie, Polubiczach, Dołhobrodach, to już przystajemy, byle tego nie było … Poddanie się tych dwóch parafii rozstrzygnęło losy całej diecezji chełmskiej. Na tą wieść hiobową skamieniała z przerażenia wierna drużyna unicka, a z rozgłosem trybutu rzucili się do dzieła wszyscy działacze schizmy – opisywał czyn Kołbusia ówczesny historyk Krypakiewicz, badający unię brzeską i jej konsekwencje. Już w młodych latach Józef Kołbuś uczęszczał do rosyjskiej kijowskiej akademii duchowej. W zebranych dokumentach oraz zeznaniach świadków, a następnie opracowanych w książce „Czasy Nerona w XIX wieku pod rządem moskiewskim czyli ostatnie chwile Unii w diecezji chełmskiej” ks. Józef Bojarski pisał o Kołbusiu, iż to rozpustnik i pijanica, który ojca własnego bił. Na odstąpienie Kołbusia od Kościoła unickiego wpływ miały zachęty władz carskich, które dla „nawróconych” oferowały roczną pensję w wysokości 300 rubli i zapewniały edukację dla dzieci. Była to niezwykle atrakcyjna oferta, gdyż na utrzymanie proboszcza unickiego składały się skromne datki kościelne i opłaty wiernych za duchowe posługi, grunty parafialne, ale z względu na słabe gleby nie przynosiły spodziewanych dochodów, serwituty oraz dziesięciny, choć występowały trudności w ich ściąganiu. Już w latach sześćdziesiątych zniesiono prawo Kościoła rzymskokatolickiego i unickiego do dziesięciny.
Wraz z kasacją Kościoła unickiego zmienił się budynek świątyni. Cerkiew prawosławną p.w. św. Włodzimierza, z dzwonnicą nad babińcem, wybudowano w latach 1873 – 1888. W parafii w nagrodę za odstąpienie od greckokatolicyzmu został Józef Kołbuś, który przebywał w Wereszczynie jeszcze przez kilka lat. Do parafii należeli wierni z miejscowości Powiatu Chełmskiego: Borysik, Garbatówka, Hatyska, Kopina, Świerszczów, Tarnów i Wólka Tarnowska oraz miejscowości Powiatu Włodawskiego: Zastawie, Wincencin, Wytyczno, Andrzejów, Wola Wereszczyńska i Urszulin, pomimo że w Wytycznie i Woli Wereszczyńskiej znajdowały się świątynie tego wyznania. Przy cerkwi funkcjonowała szkoła dla ministrantów, w której uczono czytania ewangelii.
Księdza Kołbusia zastąpił ksiądz Łeszczuk. W 1885 roku odszedł do parafii w Busównie, a jego miejsce zajął Jewgienij Salwickij. Ważnym wydarzeniem dla mieszkańców prawosławnych był przyjazd do parafii w 1894 roku administratora chełmskiej katedry Gedeona. Jego celem było wyświęcenie chramu w Sosnowicy, a w Wereszczynie zatrzymał się jedynie na wizytację i obiad. Władykę tłumnie powitali pielgrzymi, co zapisano w „Chełmsko-Warszawskich Wiadomościach Diecezjalnych”, już w sosnowych ostępach przed Wereszczynem, a przyjął go na plebani nowoprzybyły swiaszczennik (czyli prawosławny duchowny, odpowiednik rzymskokatolickiego proboszcza) Włodzimierz Gołyniec. Gołyniec do pomocy przy cerkwi miał od 1903 roku psalmistę Józefa Konbyrała, a w między czasie Konstantego Sajkiewicza. W 1906 roku Gołynca zastąpił Anastazy Łatko, a wraz z nim przybył nowy psalmista Iwan Gobrzałowski.
Przed samym wybuchem wojny światowej, w 1911 roku, budynek cerkiewny rozbudowano i przeprowadzono generalny remont. Prace prowadzone przez Anastazego Łatko kosztowały parafian 3.838 rubli, przy czym 500 rubli przekazał chełmski konsystorz. Rozbudowa była możliwa, gdyż wereszczyńska cerkiew była jedną z bogatszych w Powiecie Włodawskim. Przykładowo w 1900 roku osiągnęła przychody w wysokości 1.105 rubli, większe dochody miała jedynie cerkiew z Zbereżu. Pierwszą partię materiałów drewnianych na nową świątynię dostarczył okoliczny ewangelik Michał Cilka, następnie budulec zwozili sami wierni. Cerkiewne kopuły zostały posrebrzone i pozłocone.
Cerkiew została spalona w sierpniu 1915 roku, a wraz ze zniszczeniem budynku przestała faktycznie funkcjonować parafia prawosławna zwłaszcza, że ludność ukraińską wraz z popem przesiedlono do Rosji. Wprawdzie chełmskie władze diecezjalne mianowały w dniu 22 sierpnia Feodora Dmitrowicza Ignatiewicza rektorem wereszczyńskiej cerkwi, ale wobec zniszczeń i wyjazdu ludności ukraińskiej również i Ignatiewicz wyjechał tego roku do Moskwy. Po powrocie ludności ukraińskiej powstał spór o sprawców pożaru świątyni. Ukraińcy twierdzili, że cerkiew spalili Polacy, Polacy zaś uznawali, że to zrobili kozacy. Faktycznie dokonali tego służący w wojsku rosyjskim Czerkiesi. Spalenie cerkwi niewątpliwie zostawiło trwały ślad w stosunkach polsko-ukraińskich w Wereszczynie, a antagonizm odżył podczas II wojny światowej.
2.5. Bitwy i potyczki
Wereszczyn i okolice były obszarem, przez który w 1863 roku przemieszczały się oddziały powstańcze i wojska rosyjskie, składające się głównie z jazdy kozackiej. W dniu 5 lipca 1863 roku do Wereszczyna i Świerszczowa przybył oddział powstańców mjr Władysława Ruckiego, który przebywał w okolicy przez dwa dni. Dopiero na odgłos strzałów dochodzących spod Urszulina ruszył z odsieczą walczącym tam powstańcom z oddziałów Krysińskigo, Jankowskiego i Zielińskiego. Natomiast pod koniec roku przez Wereszczyn przeszła rosyjska kolumna wojskowa w liczbie około 1.000 żołnierzy, która w ostatni dzień grudnia stoczyła potyczkę z powstańcami pod Osową.
W działalność powstańczą czynnie zaangażował się syn jednego z dziedziców wereszczyńskich Tadeusz Eydziatowicz. Zaliczany był do tzw. „młodej szlachty”, która gotowość do powstania w Krakowskim głosiła już w 1861 roku. Tadeusz Eydziatowicz związał się z Ludwikiem Mierosławskim i frakcją „białych”, wchodząc w ścisły skład jej kierownictwa. W sześcioosobowej Delegacji Narodowej, która stanowiła najwyższą władzę „białych”, określającą formy walki z zaborcą rosyjskim, zasiadał obok Leopolda Kronenberga, Aleksandra Kurtza, Adama Goltza, Karola Majewskiego i Edwarda Jurgensa. Zdecydowana większość ziemian podlaskich była przedstawicielami frakcji „czerwonych”, stąd też Eydziatowicz nie podjął ściślejszej współpracy przy organizacji tutejszych władz cywilnych powstania. Był zwolennikiem polityki ugodowej wobec władz carskich i stopniowego uzyskiwania przywilejów. Na jednym z posiedzeń delegacji mówił: wobec tego, że jest zupełna pewność otrzymania drogą legalną wiele od rządu dla kraju, nie możemy ryzykować w nierównej walce losów całego narodu.
W trakcie powstania to prawdopodobnie w dworku Eydziatowiczów przebywał jeden z dowódców powstańczych Bronisław Deskur. Podróżował z Hańska do Galicji z kwotą 30 tysięcy rubli, przeznaczonych na sformowanie dywizjonu strzelców konnych. Gdy przejeżdżał przez Wereszczyn natrafił na wojska carskie, dlatego też całą kwotę schował na kilkanaście godzin w miejscowej sadzawce dworskiej. Deskur wspomina, że po ich wyjęciu musiał kilka godzin je suszyć: rozłożyłem pojedynczymi papierkami w dwóch wielkich pokojach w Wereszczynie suszyłem czas dość długi przy otwartych oknach, aby nie zepsuć zupełnie rozłażących się bumażek.
Życie we wsi po raz kolejny zaburzył wybuch I wojny światowej. Już po wkroczeniu rosyjskiego wojska miejscowa polska ludność została surowa karana nawet za drobne czyny godzące w interesy Imperium Rosyjskiego, czego dowodzi opisana historia śmierci Aleksandra Wierzejskiego. Widząc zbliżające się latem 1915 roku wojska niemieckie władze carskie zarządziły powszechną ewakuację ludności w głąb Rosji. Wyjechali prawie wszyscy prawosławni, wielu Polaków (np. rodziny Marcyniuków i Wójcików), choć znaczna część, broniąc się przed wyjazdem, uciekło w okoliczne bagna i lasy. Ewakuacji poddana została również licznie zamieszkująca okolicę ludność niemiecka. Kolonista Teofil Kitlitz z Cycowa pisał w swoich pamiętnikach: 15 lipca był dniem naszego wyjazdu. W Wereszczynie spędziliśmy pierwszą noc pod gołym niebem na wielkim placu handlowym. Drogi były tam wypełnione załadowanymi wozami, powożone w większości przez kobiety, gdyż mężczyzn wysyłano na front rosyjski. W większości twarzach widać było strach i rozpacz. Ale nie było sensu płakać, gdyż nie mogliśmy wrócić. Byli ludzie, którzy chcieli w ukryciu powrócić, ale policjanci ich wyłapywali i umieszczali ich w strzeżone miejsce.
Jeszcze w sierpniu 1915 roku w Wereszczynie stacjonowały wojska rosyjskie, a właściwie żołnierze pułku finlandzkiego oraz duża ilość artylerii. Umieszczona pomiędzy Zastawiem a Wereszczynem artyleria lekka miała osłaniać wycofujące się oddziały rosyjskiej piechoty, co miało pozwolić na spokojne przejście przez groblę z Andrzejowa do Wytyczna. Tam znajdowały się betonowe umocnienia, pozwalające na utworzenie mocniejszej linii oporu. Na wieżach wereszczyńskiego kościoła rzymskokatolickiego i cerkwi prawosławnej umieszczono dowódcze punkty obserwacyjne. W Wereszczynie Rosjanie przebywali w dniach od 1 do 6 sierpnia (tj. od dnia 18 do 23 lipca według kalendarza juliańskiego), a walki z niemieckimi wojskami miały miejsce z 5 na 6 sierpnia. Toczyły się głównie pomiędzy Wielkopolem, Świerszczowem i Wereszczynem, jak również na bagnach pomiędzy jeziorem, Zastawiem, Józefinem i Kolonią Wereszczyn. Dla osłony Wereszczyna baterie artyleryjskie umieszczono również pomiędzy Starym Andrzejowem i Zabrodziem oraz na południowych skrajach wsi Świerszczów. Armaty świerszczowskie w dniu 4 sierpnia rozpoczęły ostrzał niemieckich pozycji. Wobec naporu piechoty niemieckiej z korpusu beskidzkiego około godziny 16 wycofano baterie ze Świerszczowa, a w celu opóźnienia ataku wieś spalono.
Wykorzystując osłonę nocy około godziny 22 Niemcy przeprowadzili atak na pozycje w Wielkopolu, jednak ostrzał artyleryjski z Wereszczyna powstrzymał napór. O godzinie 8 następnego dnia pierwsze budynki w Wereszczynie już się paliły od ognia niemieckiej artylerii. Po dwóch godzinach atak piechoty zmusił Rosjan do wycofania się na północno-zachodni skraj wsi (Kolonia Wereszczyn – Jezioro Zastawskie – Zastawie – Józefin), choć jeden z pułków podążył w stronę Andrzejowa i Zabrodzia. Wszechobecny dym uniemożliwił utrzymanie stałej łączności i przeniesienia ciężkich baterii w okolicy katolickiego cmentarza. Jeden z żołnierzy pisał, jak w tym czasie piechota przeciwnika, bardzo dobrze widoczna z pozycji naszych baterii, szybko przemieściła się w dół drogi kryjąc się za krzakami. Połączenie między prawą i lewą częścią dywizji było przerwane. Wieś Wereszczyn paliła się, ale lewy pułk pozostał we wsi. W naszą baterię trafiła kula, najwyraźniej od działa dalekiego zasięgu. Dowódca baterii zwrócił się do nas i krótko objaśnił, że nie możemy opuścić stanowiska do czasu przegrupowania lekkich baterii na tyłach i rozpoczęcia ostrzału, gdyż pozostawilibyśmy piechotę bez osłony artyleryjskiego ognia. Powiedział, co może się stać, jeśli przeciwnik zajmie dolinę między jeziorem a bagnem, a także wskazał na niemożliwość przemieszczenia broni ciężkiej, gdy przeciwnik ostrzałem maszynowym powybija nasze konie. Jedynym wyjściem dla naszej baterii w obecnej sytuacji, jak wyjaśniał dowódca, było trwanie na pozycji. W tym czasie do dowództwa przyszła informacja od dowódcy II oddziału baterii artyleryjskiej, stacjonującego w Michelsdorfie, że grobla i droga do Wytyczna znajdują się pod takim silnym ostrzałem wroga, iż można je będzie pokonać tylko w małych grupach.
Jeden z rosyjskich oficerów, dowódca IV batalionu Aleksander Nikołajewicz, w uznaniu za zasługi podczas walk pod Wereszczynem, został w późniejszym czasie odznaczony Orderem św. Grzegorza IV stopnia. Uzasadnienie do odznaczenia pozwala nam na dokładniejsze poznanie przebiegu walk pod Wereszczynem: Otrzymał rozkaz wsparcia I batalionu tego samego pułku, którego skrzydło zostało odkryte w wyniku wycofania się sąsiedniego pułku, osobiście poprowadził swój batalion do przodu, będąc pod morderczym ostrzałem wroga, odparł atak i przywrócił komunikację z sąsiednim pułkiem. 23 lipca (tj. 5 sierpnia według kalendarza gregoriańskiego) pozostał w szeregu, pomimo start i śmierci oficerów w dwóch batalionach i odkrycia dwóch skrzydeł sztabu kapitana Molliera, z powodu wycofania się sąsiednich batalionów, co doprowadziło do nieuniknionego odwrotu na całym froncie. Utrzymał swoją pozycję i nie tylko zatrzymał natarcie nieprzyjaciela, ale zmusił go do odstąpienia, co zapobiegło utracie wszystkich pozycji i zapewniło na rozkaz dowództwa sprawne wycofanie naszych wojsk. W czasie walki narażał swoje życie na ryzyko kilku minut, ocalając najlepsze fragmenty frontu.
Po utracie większej części Wereszczyna obrona Rosjan skupiła się na intensywnym ostrzale artyleryjskim. Jej efektem było zadanie niemieckiej piechocie w Zabrodziu ogromnych strat, ale w tym czasie piechota z Borysika zaatakowała rosyjskie pozycje w Wereszczynie. Artyleria pozwoliła na odparcie tego ataku, a niemiecka piechota cofnęła się na linię Wereszczyn – Borysik. W tym czasie rosyjskie baterie artyleryjskie zostały przeniesione do Zastawia i Józefina. Już po bitwie wskazywano na liczne błędy taktyczne Rosjan. Dysponowali dużą liczbą lekkiej i ciężkiej artylerii, lecz ciężkie działa najczęściej wykorzystywane były do ostrzału nacierającej piechoty, zamiast dalekich pozycji. W tym czasie działa lekkie wycofywano na tyły, wobec czego rosyjska piechota pozbawiona została skutecznego wsparcia artyleryjskiego. Przez niemal cały dzień 5 sierpnia nie były wykorzystywane, dopiero po odparciu niemieckiego ataku umieszczono je we wspomnianym Zastawiu i Józefinie.
Poniesione w wyniku niemieckiego ataku straty w rosyjskich szeregach były duże. Na Wereszczyńskich polach pozostały ciała kilku oficerów w stopniu podporucznika (tj. Nikołaj Obljeuchow, Fiodor Michajłow, Dimitrij Sałljak, Wasilij Antoszij, Siergiej Guljewicz, Dimitrij Janowicz, Borys Stjepanow i Pawieł Kokuszkin). Straty były również po stronie niemieckiej. O udanym ostrzale niemieckiej piechoty, znajdującej się w Zabrodziu, wspominają rosyjskie raporty: Ostrzał o intensywnym natężeniu trwał około 15 minut, w wyniku czego działa tak się nagrzały, iż zaczęły pojawiać się na niej rysy.
Gdy Rosjanie wycofywali się ze wsi postanowili zniszczyć obiekty o znaczeniu strategicznym i spowolnić marsz nieprzyjaciela. Budynkami strategicznymi były niewątpliwie cerkwie i kościoły, ze względu na wieże, które służyły jako punkty obserwacyjne. Spaleniu uległa więc cerkiew prawosławna oraz znaczna część wsi, zwłaszcza gospodarstwa po ludności ukraińskiej. Nieoszczędzony został wysoki, jak na ówczesne czasy, młyn Wierzejskich z przysiółka Białka. Rozebrano część wieży kościoła rzymskokatolickiego, a uszczerbku doznały również inne budynki parafialne. Wycofujący się Rosjanie zabrali bowiem cztery dzwony ze stojącej dzwonnicy, którą następnie zniszczyli.
Zniszczeniu uległa nie tylko sama wieś, ale także okoliczne pola. Obraz ówczesnej wsi i okolic najlepiej obrazuje relacja korespondenta „Tygodnika Ilustrowanego” Siedleckiego, podróżującego po ziemi chełmskiej: (…) na polach znaczyły się łamaną linią rowy strzeleckie; wraz z nimi zjawił się stały ich satelita – grób żołnierski. (…) Zasieki z drutów kolczastych, gdzieniegdzie zwichrzone i skłębione lub poprzecinane ogromnemi wyrwami w ziemi; pola stratowane, zaorane tysiącem kół, zmierzwione i zaśmiecone; tu i ówdzie zaś to kawałek szmaty z munduru, to czapka lub „pikelhauba”, obdarta jak zwykle z wszystkich części mosiężnych. W rowach przydrożnych rozdęte, gnijące ścierwa końskie, o nogach sztywno sterczących, miejscami pasą się na nich wrony lub psy; okropny mdły zapach rozchodzi się od nich daleko. Roje dużych i kosmatych much z brzękiem unoszą się w powietrzu. A w tej pustce śmiertelnej najsmutniejsze to łany zboża. Niezżęte, nieskoszone martwieją na polu, gnijąc na pniu. Pochylone kłosy nie falują za podmuchem wiatru, lecz stoją nieruchome, zgięte, jakby zastygła w śmierci fala. (…) Nigdzie snopa ni brogu nie widać, nigdzie człowieka, któryby choć trochę ratował ten chleb, ginący bezpowrotnie. Pustka i martwota jakby na dzikim stepie i smutek śmiertelny nad wszystkim. Korespondencyjną charakterystykę potwierdzały relacje nieżyjących już miejscowych świadków, którzy opowiadali o licznie znajdujących się na otaczających Wereszczyn polach ciałach żołnierzy obydwu walczących stron. Do dnia dzisiejszego przy pracach polowych natrafić można na elementy uzbrojenia czy ubioru wojskowego, pochodzące z tego okresu.
Po upływie kilku miesięcy nastąpiła kolejna duża fala migracji ludności. Podczas austriacko-rosyjskich walk nad rzekami Styrem oraz Stochodem na Wołyniu i Polesiu miejscową ludność masowo przesiedlano z kolei na Chełmszczyznę i Podlasie. W „Głosie Ziemi Chełmskiej” o ich sytuacji materialnej pisano: Wysiedleńcy ci znajdowali się wówczas w rozpaczliwych warunkach. Zimą, bez środków do życia, utrzymywali się w dużym stopniu z żebraniny po wioskach i dworach, nim wreszcie po upływie długiego czasu zagospodarowywali się nieco na ziemiach i w zagrodach porzuconych przez emigrujących do Rosji.
Wyparcie Rosjan zapoczątkowywało ponad trzyletnią niemiecką okupację. Moich rodziców nie wywieźli do Rosji, ale podczas okupacji niemieckiej często uciekali do Borysika. Tam już była Austria, a Austriacy tak nie wykorzystywali jak Niemcy – opowiada Stefania Sidorowska. Faktycznie, granica gruntów wsi Wereszczyn i Borysik stanowiła granicę obszarów okupowanych. Wereszczyn znalazł się w obszarze kontrolowanego przez Niemców Generalnego Gubernatorstwa Warszawskiego, a Borysik austriackiego Generalnego Gubernatorstwa Lubelskiego.
Pod rządami niemieckimi sytuacja gospodarcza miejscowej ludności pogorszyła się ze względu na ogromną eksploatację i wywóz wielu artykułów na potrzeby machiny wojennej. Grabież bydła i innego inwentarza domowego powodowała brak naturalnego nawozu, co przekładało się na to, iż zaprzestano koszenia łąk i na znaczne obniżenie plonów. Kilkuletnia mieszkanka z pobliskiego Ostrówka Helena Brodowska po upływie wielu lat zapisała w wspomnieniach jadłospis ówczesnego mieszkańca wsi: Olej lniany i konopny, następnie rzepakowy, były tłuszczem powszechnie używanym obok mleka i czasem słoniny. Jadaliśmy sporo cebuli surowej z olejem i smażoną na tym tłuszczu, zwykle na kolację. Często była też zacierka z kartoflami lub z samych klusek, nierzadko z ciemnej mąki. Białe kluski z pszennej mąki i pierogi z serem i kartoflami bądź z kaszą gryczaną i z odrobiną mięty stanowiły przysmak świąteczny. Na obiad jadaliśmy kaszę, prażone kartofle z mąką formowane w pierogi, kraszone olejem, czasem skwarki ze słoniny, na śniadanie barszcz biały lub czerwony z chlebem. Barszcz był kiszony z żytniej mąki w glinianym garnku. Barszcz i kapustę, częściej kapuśniak oraz krupniki, gotowano na zmianę. Rarytasem były placki kartoflane smażone na oleju. Doskwierał brak mleka. Życie społeczne podporządkowane zostało surowym zasadom komendy wojskowej, które ograniczały komunikację z resztą kraju. Ponadto, pod koniec wojny w latach od 1917 do 1918 roku, „szalała” w okolicy epidemia grypy zwanej „hiszpanką”, zabierając z tego świata także mieszkańców Wereszczyna. Powszechnie występowały choroby świerzbu, czy tyfusu.
Gdy w lutym 1918 roku okupanci austro-węgierscy i niemieccy wyodrębnili Chełmszczyznę, powierzając jej administrowanie Centralnej Radzie Ukraińskiej, wówczas utworzono we wsi szkołę z językiem ukraińskim, jako wykładowym. Działania takie miały na celu uzyskanie poparcia ludności ukraińskiej dla działań okupanta. Szkoła funkcjonowała tylko kilka miesięcy, a jej nauczyciel wyjechał do Włodawy. Proukraińskie decyzje okupanta zachęciły do organizowania lokalnych antypolskich oddziałów partyzanckich, które dążyły do utrzymania młodej administracji ukraińskiej. Takie oddziały były w okolicy masowo tworzone, także po ustąpieniu wojsk niemieckich. Wyparte z terenów Chełmszczyny zostały dopiero na początku 1919 roku przez szybko uformowany w tym celu dwutysięczny oddział wojska polskiego.
3. Druga Rzeczpospolita
3.1. Pierwsze lata w wolnej Polsce
Ogłoszenie niepodległości nie oznaczało dla tutejszych mieszkańców końca działań wojennych. Najpierw nastąpiła wielka fala powrotów, najpierw Polaków, z czasem także Rusinów, którzy w miejscu swoich pozostawionych gospodarstw zastawali najczęściej zgliszcza. Biskup Henryk Przeździecki podczas swojej pierwszej wizyty w Wereszczynie pisał, że powracający prawosławni z bogatych niegdyś swych gospodarstw zastali ruinę (…). Są to ludzie bardzo biedni. Jak rząd polski, tak i miejscowa ludność polska i katolicka stara się im dopomagać. Aby zapewnić sobie utrzymanie większość powracających zaczęło sprzedawać ziemię tak, że ceną za jedną morgę na Chełmszczyżnie dochodziła do 1.000 rubli.
Problemem okazało się nacjonalistyczne bądź komunistyczne nastawienie powracającej ludności ukraińskiej. Korespondent „Głosu Ziemi Chełmskiej” o powracających Ukraińcach pisał, że wśród nich nie ma jednolitego nastroju. Wracają jednostki przepojone teorjami bolszewickimi, ukrainizmem, ale wracają także rozgoryczone rewolucją i w ogóle państwowością rosyjską. Jest nawet wielu takich, co w Rosji przyjęli katolicyzm, lub obecnie po powrocie decydują się na porzucenie prawosławia. O nastawieniu ideologicznym ludności ukraińskiej pisał również biskup Przeździecki: Większa ich część jest w kwestii narodowości, tak i religii apolityczna, ale nie brak i takich, którzy z utęsknieniem oczekują Ukraińców i bolszewików, na katolicyzm prawie zupełnie się nie nawracają. Marzenia tych ostatnich spełniły się dość szybko.
Niecałe dwa lata po ogłoszeniu przez Polskę niepodległości w okolicach Wereszczyna przebiegały działania wojenne frontu polsko-bolszewickiego. Wojsko polskie znajdowało się w odwrocie po dokonanej wcześniej ofensywie, której celem było zajęcie terytorium Litwy, Ukrainy i Białorusi. Od początku sierpnia 1920 roku w Wereszczynie przebywały oddziały polskie, jednak w dniu 9 sierpnia zostały wyparte przez bolszewików. W dniu 12 sierpnia w rejon od Wereszczyna do Kopiny przybyła 173 brygada polska w sile około dwóch tysięcy bagnetów, a dnia następnego dołączyła do niej grupa kapitana Zajchowskiego i wspólnie odsunęły znajdujące się w Wereszczynie oddziały bolszewickie, które wycofały się przez Wielkopole w stronę Hańska. W dniu 14 sierpnia do Wereszczyna przerzucona została nowa brygada piechoty wojsk bolszewickich i już dnia następnego stoczyła potyczkę pod Starym Andrzejowem z batalionem porucznika Hrynkiewicza, w której zginął sam młody dowódca i kilku jego żołnierzy. Na cmentarzu rzymsko-katolickim dziś można spotkać mogiłę, w której pochowano ośmiu żołnierzy o nieustalonej tożsamości. W dniu 17 sierpnia bolszewicka brygada wycofała się w kierunku Włodawy, gdzie została rozbita.
Na ogół ludność miejscowa odnosiła się wrogo do wojsk bolszewickich, stąd też dowództwo bolszewickie zażądało przysłania agitatorów politycznych na zajmowane tereny. Najliczniej do wojska nieprzyjaciela przystępowali na ochotnika Żydzi oraz Ukraińcy. Niechęć Żydów do wojska polskiego spotęgowała się po wydarzeniu, jakie miało we wsi w dniu 9 sierpnia. Jednym z oddziałów wojska polskiego byli kozacy syberyjscy i dońscy pod dowództwem gen. Stanisława Bułaka–Bałachowicza, stąd potocznie zwano ich „bałachowcami”. Ustępując przed bolszewikami zgwałcili kilka kobiet żydowskich, w tym dziesięcioletnią dziewczynkę.
Pomimo ponad stuletniego okresu zaborów i kilkuletnich działań wojennych Wereszczyn pozostawał ciągle jednym z największych ośrodków w okolicy. Niestety lata wyzysku zaborców i pożoga wojenna wpłynęła znacząco na zasobność mieszkańców. Ciekawy opis ówczesnej sytuacji na wsi i w okolicy przedstawił wizytujący w 1919 roku parafię biskup Henryk Przeździecki, Pisał, że Parafia w Wereszczynie należy do tych, której mieszkańcy najwięcej ucierpieli. Biły w nich gromy od chwili, kiedy Moskwa zaczęła zmuszać unitów do przyjęcia schizmy, sypały się na nich, jak z rogu obfitości, wszelkiego rodzaju nieszczęścia, gdy miejsce Rosjan zajęli barbarzyńcy, dzicy i okrutni Niemcy najeźdźcy. Rosja wydzierała im mienie i usiłowała wyrwać z ich serc wiarę św., Niemiec zabierał im ostatnie bydlątko z obory i wydzierał z rąk dziecka ostatnią kromkę chleba, którą niosło do ust, a wiarę św. poniewierał. Wszystko to przetrwali parafianie Wereszczyńscy, zbiednieli do najwyższego stopnia, pola porosły zielskiem, zostali bez dachu nad głową, bez zwierząt domowych, bez odzieży, ale najdroższy skarb swój, Wiarę Katolicką i miłość do kościoła św., zachowali w całości. Po podniosłym wstępie biskup Przeździecki opisał sytuację bardziej szczegółowo: Ludność parafii zajmuje się prawie wyłącznie rolnictwem, ziemia bowiem dobra i dawała jej dostateczne utrzymanie. Dziś postać rzeczy znacznie się zmieniła, Moskwa ustępując spaliła prawie doszczętnie wioski i folwarki. Niemiec znowu wyniszczył bydło, konie i w ogóle zwierzęta domowe tak, że dziś widok paru krów lub cieląt na pastwisku jest rzeczą niezwykłą. To też ogromne łany leżą nieuprawiane, gdyż brak inwentarza, brak nawozu, brak nasienia na obsianie, głód więc zdaje się nad tą okolicą wisieć w powietrzu. Rząd polski robi co może, a szczególniej przesyła zboże na wyżywienie ludności i obsianie pól – wszystko to jednak jest kroplą w morzu. Głód i tyfus plamisty panują w parafii samowolnie, tym bardziej, że na miejscu nie ma organizacji samopomocniczej.
Bój Niemców z Rosjanami, zniszczenia wojenne, restrykcyjna niemiecka okupacja, jak również walki polsko-bolszewickie nie wpłynęły na zmniejszenie liczby mieszkańców. Wereszczyn stał się zdecydowanie największą miejscowością w gminie. Potwierdziły to dane przeprowadzonego w 1921 roku spisu powszechnego ludności. Zgodnie z nimi we wsi w 76 gospodarstwach mieszkało 475 mieszkańców, ponadto 105 mieszkańców w 13 gospodarstwach i 2 barakach w Kolonii Wereszczyn. Najwięcej było wyznawców rzymskokatolicyzmu, bo 345 osób we wsi i 53 osoby w kolonii. Drugą pod względem liczebności grupą wyznaniową byli prawosławni, w liczbie 59 osób we wsi i 52 osoby w koloni. Poza mieszkańcami z tych dwóch grup wyznaniowych we wsi żyło 52 Żydów i 1 ewangelik. W pobliżu Wereszczyna, za laskiem z prawosławnym cmentarzem, znajdowała się niewielka kolonia Białki (mylnie nazywana Białką) zamieszkana przez 21 rzymskokatolików, po wojnie włączona do Wereszczyna.
Sporządzony dwa lata później (tj. w sierpniu 1923 roku) przez wojewodę lubelskiego spis wykazał spadek liczby rzymskokatolików (416 osób), kosztem wzrostu liczby prawosławnych (100 osób). W przededniu wybuchu wojny światowej znajdowało się w Wereszczynie 116 gospodarstw, w tym 4 gospodarstwa w kolonii Białki. W latach trzydziestych w Wereszczynie sołtysował Jan Jarząbek.
3.2. Rodziny i dwory szlacheckie
W okresie międzywojennym w Wereszczynie dworki swoje miały trzy rodziny: Kukawscy, Dmowscy i Biernaccy. Wszystkie dworki faktycznie znajdowały się w Kolonii Wereszczyn, w pobliżu Jeziora Zastawskiego. Dwór Biernackich, będący do lat trzydziestych w posiadaniu najpierw Józefa Wojtkowskiego, a następnie Stefana i Teodora Gołębiowskich, znajdował się na polu za dzisiejszą figurką Jana Nepomucena. Włości do niego należące zajmowały powierzchnię 122 morgi ziemi. Józef Wojtkowski, mimo że sprzedał dwór, pozostał w Wereszczynie, budując nową posiadłość w Kolonii, od strony Sękowa. W latach dwudziestych majątek został zadłużony i poddany parcelacji. Drugi dworek z 75 morgami przynależnych gruntów był własnością Stanisława Kukawskiego i do dnia dzisiejszego stoi jeszcze przy alei lipowej. Trzeci dworek Dmowskich znajdował się natomiast w miejscu dzisiejszego zakonu. Dworki szlacheckie w Wereszczynie były raczej skromne, a ich właściciele zaliczali się do uboższych, często byli biedniejsi od swoich sąsiadów chłopów.
Okres ten był tragiczny niemal dla wszystkich wereszczyńskich rodzin ziemiańskich. W rodzinie Kukawskich Konstancja i jej córka Irena zostały zamordowane w noc listopadową 1936 roku. Mordercą okrzyknięto pasierba Mariana Zięcinę, który po dokonaniu zbrodni miał się sam zastrzelić. Będąc małą dziewczynką Kazimiera Wakuła, jak większość mieszkańców ze wsi, pobiegła następnego dnia na miejsce zdarzenia. Zobaczyła, jak pod lipą leżał nieżywy Zięcina, trzymający pistolet w dłoni. Na sobie miał kapelusz i zielony płaszcz wojskowy. Natomiast mieszkająca w pobliżu Maria Szaruga widziała, jak na ciałach kobiet było wiele śladów po kłuciu nożem. Ocalała jedynie służąca, chowając się w piecu chlebowym, choć w wyniku zadanych ran umarła w późniejszym czasie. Policji opowiedziała o wielkiej awanturze, jaka była w domu Kukawskich. Niektórzy mieszkańcy twierdzili, iż morderstwo mogło być dokonane na tle rabunkowym, gdyż Kukawska już od jakiegoś czasu rozmawiała z kupcami nad warunkami sprzedaży majątku. Jednakże dochodzenie policyjne wskazywało na motyw szaleństwa Zięciny, choć mawiali, że szaleństwo Zięciny mogło być upozorowane na samobójstwo. Mordercę rodziny Kukawskich pochowano w specjalnie wyznaczonym na cmentarzu nieświęconym miejscu, przeznaczonym dla niewierców i szczególnych grzeszników.
Jeszcze za życia Kukawskich majątek był poważnie zadłużony, choć nie zawsze znajdował się w takim stanie. W maju 1924 roku dziedzic Stanisław Kukawski gościł w swoim dworku biskupa Henryka Przeździeckiego, co wskazywało na duże poważanie, jakim się cieszył. Jednakże z upływem lat w wyniku nałogu, jakim były gry karciane, głównie z Karpińskimi, poważnie zadłużył swój majątek. W ten sposób przegrał wszystkie wereszczyńskie posiadłości gruntowe, dlatego też w desperacji w jednej z gier zastawił i przegrał swoją żonę. Kukawska została więc ze Stefanem Karpińskim, natomiast partnerka Karpińskiego, Konstancja, wyszła za mąż za Stanisława Kujawskiego. Już wcześniej wymienione pary często się ze sobą spotykały. Wobec powyższych wydarzeń, a przede wszystkim w skutek faworyzowania przez Konstancję Kukawską córki Ireny, pochodzącej z drugiego małżeństwa, Marian, będący synem z pierwszego małżeństwa, popadł w obłęd i mógł dokonać powyżej opisaną zbrodnię. Sam dziedzic Stanisław Kukawski zmarł pięć lat przed tym tragicznym wydarzeniem.
Po tejże tragedii majątek Kukawskich przejęło Towarzystwo Kredytowe Ziemskie, a od towarzystwa odkupił go żydowski kupiec z Lublina Abrama Józef Opatowski. Na wieś przyjeżdżał samochodem jedynie na letni wypoczynek. Po wkroczeniu Niemców do Wereszczyna w dworze osiadł się volksdeutsch Kolańczyk.
Swoich potomków nie zostawiła także rodzina Dmowskich. Dziedzic Józef Dmowski zmarł kilka miesięcy przed wojną w listopadzie 1938 roku. Początkowo nie bratał się zbytnio z miejscowymi, a kontakty ograniczał do spraw urzędowych. Z racji swojego szlacheckiego pochodzenia starał się utrzymać swój status, wybierając tym samym towarzyszy równych swojemu stanowi społecznemu. W końcu majątek swój rozprzedał, więc był zdany na łaskę swoich sąsiadów. Bidował, nie miał ni konia, ni krowy, trochę z sadu swojego żył. Co tam mieli to sprzedawali i z tego żyli. Nawet na zapłacenie podatku nie mieli, więc państwo całą ziemię im zabrało. Gdy umarł, to jego żona przychodziła często do nas, to po mleko, jaja, czy inne produkty – wspomina kontakty z Dmowskimi ich sąsiadka Maria Szaruga.
Z żoną Apolonią Józef Dmowski miał troje dzieci. Najstarszą była Marysia, syn miał na imię Januszek, który zginął podczas powstania warszawskiego, natomiast najmłodszą córką była Józia, którą ostatecznie matka oddała do szpitala psychiatrycznego w Chełmie. W trakcie wojny zginęła, gdyż Niemcy wymordowali wszystkich pensjonariuszy szpitala. Józia, jako młoda panna, zakochała się w sąsiedzie Kolańczyku, na co nie zgadzała się jej matka, osoba bardzo religijna i konserwatywna. Już przed wybuchem wojny nie było dnia, aby dziedziczka Apolonia Dmowska nie przebywała w miejscowym kościele. Kazimiera Wakuła wspomina, że po drodze do świątyni Dmowska często wstępowała do domu jej rodziców i mówiła: Panie Wakuła, jak Was widzę ja się zawsze modlę, by Wam się szczęściło, by Wam dobrze było. Zdarzało się, iż wychodząc z domu przywiązywała córkę, uniemożliwiając tym samym potajemne spotkania z ukochanym. Wobec coraz to śmielszych zachowań córki i sprzeciwianiu się woli matki została oddana do szpitala. Apolonia Dmowska mieszkała jeszcze po wojnie kilkanaście lat, choć przekazała swoje okrojone włości na rzecz zakonnic.
Tragiczny los dotknął również rodzinę Biernackich. Dziedzic był kleptomanem, co przysporzyło mu wiele konfliktów z prawem. Nie układało się życie rodzinne, a najstarszego syna Leopolda dziedzic wydał Niemcom donosząc, że jest posiadaczem broni. Po pojawieniu się w gospodarstwie Niemców Leopold zaczął uciekać w kierunku Kalinówki. Tam mieszkaniec Kalinówki zatrzymał uciekającego, a podążający za nim Niemcy zastrzelili go na miejscu strzałem w głowę. Okazało się, że Leopold został oskarżony przez ojca niesłusznie, dlatego też aresztowano dziedzica i zastrzelono za posterunkiem policji „granatowej” w Urszulinie.
3.3. Życie wokół kościoła
Wraz z odzyskaniem niepodległości malało paradoksalnie znaczenie kościoła w Wereszczynie. W 1919 roku powstały świątynie katolickie w Świerszczowie oraz w Woli Wereszczyńskiej, która w 1924 roku uzyskała status parafii, a w 1938 roku wybudowano świątynię w Wytycznie. Według stanu z 1925 roku parafia liczyła 3.608 wiernych, czyli prawie o połowę mniej, niż przed samym wybuchem wojny. Na tym samym obszarze mieszkało około 3.000 prawosławnych, 200 ewangelików i 75 Żydów. Pomimo, że z parafii wereszczyńskiej wydzielono parafię świerszczowską, znaczna część ludności ze Świerszczowa i okolic w dalszym ciągu chodziła i jeździła na nabożeństwa do Wereszczyna. Tam mieli pochowanych swoich bliskich, świątynia była większa, wierni przychodzili licznie, więc i była okazja do spotkania się ze znajomymi, a i odległość nie była duża. Choć parafia w Wereszczynie miała prawo do organizowania odpustów aż dziesięć razy w roku, to jednak w dwudziestoleciu międzywojennym odbywały się już tylko dwa razy, w dniu św. Anny (odpust lipcowy) i w dniu św. Stanisława (odpust majowy). Specyfiką odpustu na św. Stanisława, jest to, iż nie ma charakteru ruchomego, czyli zawsze organizowany jest w dniu 8 maja, niezależnie od dnia tygodnia.
Kościół w Wereszczynie w okresie międzywojnia prowadzony był przez kilku kapłanów. W ostatnich miesiącach życia ks. Juliana Dąbrowskiego przez okres kilku miesięcy parafią kierował, będący zapewne wikariuszem, ksiądz Górniecki. Po śmierci księdza Dąbrowskiego w sierpniu 1918 roku probostwo objął ks. Seweryn Huskowski. Biskup Henryk Przeździecki pisał, iż w ciągu pięciomiesięcznego zarządu parafią zasłużył na ogólną nienawiść parafian, choć nie wskazał powodów tejże nienawiści. W raporcie z wizyty zarzucił księdzu Huskowskiemu jedynie, iż nie prowadził księgi rachunkowej i nie pozostawił po sobie żadnych dokumentów tego typu.
W 1919 roku proboszczem parafii w Wereszczynie został ks. Edward Kucierzyński, bardzo towarzyski, dowcipny i wesoły, nie odmawiał nawet, gdy parafianie zapraszali go na grę w karty. Pomimo generalnego remontu i rozbudowy świątyni przez ks. Juliana Dąbrowskiego ksiądz Kucierzyński borykał się ze znacznymi ubytkami, których nie mógł na bieżąco uzupełniać, gdyż poza datkami zubożałych po wojnie wiernych ksiądz utrzymywał się jedynie z uprawianego przez siebie sześciomorgowego gospodarstwa, ogrodzonego drewnianym płotem. Łącznie parafia miała prawo własności do 30 morgów gruntów ornych i 12 morgów łąk w samym Wereszczynie, ponadto po 150 morgów w Wytycznie i w Tarnowie. Jednakże po wojnie grunty te najczęściej leżały odłogiem, a za te, które były uprawiane przez miejscowych chłopów, nie był płacony czynsz dzierżawny.
Niedługo po przybyciu księdza Kucierzyńskiego z wizytą kanoniczną do Wereszczyna przybył w dniu 25 maja 1919 roku biskup podlaski ks. Henryk Przeździecki. Było to wielkie święto dla mieszkańców, co można wnioskować po dostojnym przyjęciu gościa. W opisie wizyty w „Wiadomościach Diecezjalnych Podlaskich” zapisano: Biedni wereszczyniacy! Oni pragnęli jak najuroczyściej przyjąć swego Pasterza: wybudowali łuk triumfalny, wyboistą drogę wynawozili piachem, przybrali się w najpiękniejsze szaty, jakie udało im się ukryć przed zachłannością pruską, aż nagła ulewa piasek zamieniła w błoto, sięgające po kostek, a przygotowany wspaniały pochód wiorstowy stał się po ulewnym deszczu niewymownie uciążliwym dla uczestników, mimo to ks. Biskup nie chcąc im robić przykrości brnął po błocie, a my wszyscy za nim. Wreszcie weszliśmy do ubożuchnego, ale nieuszkodzonego przez wojnę kościółka drewnianego (…). Proboszcz miejscowy ks. Edward Kucierzyński, który tu pracuje zaledwie od kilku tygodni, wszedł na ambonę, by powitać Pasterza. Opowiadając historię parafii próbował wydobyć z niej jakiś weselszy ton, ale to mu się nie udawało; akordy minorowe ustawicznie, wbrew jego woli powracały. I nic dziwnego, bo historia parafii wereszczyńskiej to morze łez wylanych, to jedna plama krwi, wytoczonej z pod polskiego serca tych dzielnych synów Kościoła Katolickiego. Szczuci przez Dobriańskich, katowani przez Bergów i Hurków, szpiegowani przez całe zastępy popów płacili ogromne kary, szli do kazamat i na wygnanie, ale nie wyrzekli się swej Matki – Kościoła Katolickiego i Polski. Narzuconym sobie przez Niemców szkołom ukraińskim odpowiedzieli potajemnym nauczaniem swych dzieci mowy polskiej i pacierza katolickiego, wyzuci ze wszystkiego przez Prusaków, choć ich gnębi głód i tyfus, choć często do ust włożyć co nie mają, nie zapominają o tworzeniu szkółek i chętnie do nich dzieci swe posyłają. Nie zapomniał ks. Proboszcz wspomnieć i o swoim poprzedniku zmarłym przed kilkoma miesiącami ks. Julianie Dąbrowskim. Biskup Przeździecki podczas swojej wizyty udzielił sakramentu bierzmowania aż 730 osobom, a gdy odjeżdżał pozostawił biednym 1.000 marek polskich.
Stan i wyposażenie kościoła nie prezentowały się po wojnie najlepiej. Organy w kościele były zepsute, natomiast na ścianach świątyni pozawieszane były terakotowe płaskorzeźby stacji Drogi Krzyżowej, które nie były ponumerowane, a przede wszystkim nie posiadały regulaminowych krzyży. Stąd też nie mogły być odprawiane nabożeństwa z odpustami Drogi Krzyżowej. Brakowało również szat liturgicznych. Podczas przeprowadzonej wizyty kanonicznej sporządzono spis przedmiotów liturgicznych. Na wyposażeniu znajdowała się jedna monstrancja, jedna puszka i cztery kielichy, wszystkie przedmioty wykonane były ze srebra. Tymczasowo w kościele znajdowała się monstrancja z pounickiego kościoła w Woli Wereszczyńskiej, ale po wyświęceniu tamtejszego kościoła została oddana. Dokonano ponadto przeliczenia wiernych, było 5.332 dusze, przy czym dwie osoby przeszły z prawosławia.
Również ksiądz Kucierzyński podjął się remontów, choć były mizerne w porównaniu z pracami poczynionymi przez ks. Juliana Dąbrowskiego. Odnowiono chociażby drewniane ogrodzenia cmentarza kościelnego, zniszczone przez czas i wojnę. Przylegający do cmentarza kościelnego znacznie większy cmentarz grzebalny był w dalszym ciągu ogrodzony drewnianymi sztachetami. Cmentarz grzebalny w zdecydowanej większości pokrywały drewniane krzyże, choć zaczęły pojawiać się już pomniki kamienne i murowane. Natomiast na malutkim cmentarzu kościelnym znajdowały się grobowce rodzin szlacheckich, w tym dwa z kaplicami. Ksiądz zwracał się do zamieszkałych w Lubelskiem Rulikowskich o podjęcie prac przy niszczejącym grobowcu tejże rodziny, jednakże nie uzyskał odpowiedzi.
Kościół i zabudowania przylegające przez pierwsze lata po wojnie nie zmieniały swojego wyglądu, na co zwracał uwagę wizytujący parafię w dniu 18 grudnia 1922 roku dziekan włodawski ks. Antoni Mioduszewski: Kościół drewniany, zewnątrz b. mizernie wygląda, dach na nim gonciany, zburzona wieżyczka przykryta od deszczu szpetnym daszkiem bez krzyża, ze szpicem, przypominającą niemiecką pikelkantę. (…) Cmentarz kościelny nieogrodzony, gdzie niegdzie widnieją drzewce, albo leżące rantki zgniłe dawnego ogrodzenia. Na cmentarzu opodal kościoła stoi stara dzwonnica, również drewniana, bez dzwonów, część jej dolna służy za skład rupieci. Po wizycie dziekańskiej ksiądz zakupił dzwony, a wyposażenie liturgiczne wzbogacił o aparaty. W kolejnych latach ujawniały się inne wady konstrukcyjne, poważnym problem stał się dach gontowy, który przepuszczał wodę w prawie trzydziestu miejscach. Dopiero w 1924 roku ksiądz Kucierzyński rozpoczął budowę organistówki przykościelnej.
Także obowiązki kapłańskie były zaniedbywane. Podczas drugiej wizyty kanonicznej w 1924 roku biskup Przeździecki zwracał uwagę na dalsze nieodprawianie Drogi Krzyżowej, na brak spisu odpustów oraz spisanego porządku nabożeństw i wiele innych uchybień o charakterze porządkowym. Biskup dostrzegł ponadto, iż wierni zaniedbują obowiązki religijne, choć przed pięcioma latami chwalił lud za pobożność. Te różnice wynikały zapewne z panującej wówczas sytuacji, gdyż na wschodnich rubieżach kraju toczona była wojna polsko-bolszewicka, a zawsze ciężkie czasy zbliżają lud do Kościoła. W swoim raporcie z 1924 roku biskup pisał: Parafianie na ogół dobrzy ludzie, lecz obojętni religijnie, bywają rzadko w kościele. Tłumaczą się brakiem ubrania, jedna trzecia część parafii przystępuje do sakramentów świętych kilka razy na rok, reszta raz na rok, około 20 osób zupełnie nie przystępuje do sakramentów pokuty, zderzają się sporadyczne przypadki pijaństwa i łamania 6-ge przykazania.
Już podczas drugiej wizyty kanonicznej biskupa ksiądz Kucierzyński wystąpił z prośbą o trans lokatę na cichszą i bliższą miasta placówkę, uzasadniając swoją prośbę wyczerpaniem ciężkimi warunkami terenowymi – donosiły „Wiadomości Diecezjalne Podlaskie”. W lipcu 1924 roku ks. Edwarda Kucierzyńskiego zastąpił ks. Jan Wustenberg. Pochodził z kresowej diecezji kamienieckiej, dlatego podczas wojny polsko-bolszewickiej został w 1921 roku aresztowany przez Rosjan. Po opuszczeniu aresztu udał się do najpierw do diecezji przemyskiej, a następnie siedleckiej, w której powierzono mu administrowanie parafią wereszczyńską. Poza obowiązkami w Wereszczynie kapłani Kucierzyński i Wustenberg obsługiwali również pounicką świątynię w pobliskim Świerszczowie. Organistą za czasów pierwszych duszpasterzy był Jan Rojecki. Biskup Przeździecki pisał o nim, iż jest to człowiek uczciwy, pobożny, pracowity, dobry katolik, żonaty i dzietny, prowadzi chór mieszany. Gospodynią na plebani były Leokadia Zalewska, a następnie siostra cioteczna księdza Kucierzyńskiego Eugenia Rościszewska. Przy pracach w gospodarstwie pomagał Józef Wołosiuk. Usługi kościelne pełnił Jan Sidoruk, a po nim Jan Kędzierski.
Na księdza Wustenberga czekało wiele prac remontowych. Jedną z pierwszych była naprawa nieużywanych już od wojny organów kościelnych. Doprowadził zaniedbany kościół do porządku, co podkreślono podczas wizyty dziekańskiej w Wereszczynie ze stycznia 1926 roku. Do kościoła zakupiono wiele nowych przedmiotów liturgicznych, jak i rzeźb oraz obrazów do wyposażenia wnętrza świątyni. Nie podejmowano większych prac konserwatorskich, gdyż ciągle noszono się z zamiarem wybudowania nowego kościoła murowanego. Za zebrane pieniądze zamówiono nawet u warszawskiego architekta projekt świątyni.
Za probostwa Wustenberga wprowadzono trzyosobową radę parafialną, która przede wszystkim akceptowała ponoszone przez parafię wydatki. Ksiądz Wustenberg uporządkował również swoje gospodarstwo, a w pracach na nim pomagała jego matka oraz Leon Tkaczuk i Leon Stachelski. Większa część gospodarstwa została wydzierżawiona miejscowym chłopom, głównie Stanisławowi Borysowi i Julianowi Wakule, którzy z jednej dzierżawionej morgi składali na plebani jeden metr czystego żyta. Gospodynią na plebani była Katarzyna Ostrowska, a następnie nastoletnia Ludwika Matusiak, zaś kucharką Marianna Kosacka. Pod koniec probostwa kościelnego Jana Kędzierskiego zastąpił Władysław Wach.
Ksiądz Wustenberg troszczył się o losy swoich parafian, zwłaszcza najmłodszych. Jego krewną była matka Jadwiga Józefa Kulesza, przełożona Zgromadzenia Sióstr Benedyktynek w Polsce. Podczas jej wizyty w Wereszczynie ksiądz zwrócił się z prośbą o pomoc w założeniu we wsi „ochronki”, czyli zakładu dla małych, ubogich dzieci, najczęściej pozbawionych opieki matek, jak również szkoły gospodarczej. Jako że przełożoną całego zakonu była założycielka zgromadzenia matka Kolumba Gabriel, prośba została skierowana właśnie do niej. W liście ksiądz pisał: Jako duszpasterz pracuję nad swoją owczarenką wedle sił i umiejętności, ale non sunt omittenda i inne sposoby, które pomóc mogą do podniesienia mego ludu, uświęcenia go i dlatego tak gorąco dziękuję Panu Jezusowi, że raczył mi posłać S. Jadwigę, która mając za sobą doświadczenie i umiejętność organizatorską, ufam, stworzy mi tu placówkę bożą. (…) Dlatego proszę najuprzejmiej Czcigodną Matkę, by raczyła łaskawie stosownie do prawa kanonicznego zwrócić się w tej sprawie do J. E. Biskupa, a że nam zależy na pośpiechu, niezbyt zwlekając ze swym listem. Biskup wyraził zgodę dla siostry Jadwigi Kuleszy na otwarcie domu zakonnego i sierocińca, ale niestety nie w Wereszczynie, lecz w Lublinie, a dalsze zabiegi spełzły na niczym, gdyż w następnym roku zmarła siostra Kolumba.
Kilka miesięcy przed odejściem proboszcz Wustenberg utworzył struktury Ligi Katolickiej oraz podjął starania utworzenia pierwszej w gminie Straży Ogniowej. Samo powstanie straży odbyło się już przy udziale nowego proboszcza Piotra Zarycha. Ksiądz Piotr Zarych przybył do parafii w październiku 1928 roku i pełnił funkcję proboszcza do maja 1934 roku. Zastał kościół w dość dobrym stanie, choć już w pierwszych miesiącach naprawił dach nad zakrystią. Stworzył teatr przykościelny, w którym młodzież i dorośli prezentowali jasełka, czy też przedstawiali inscenizację Męki Pańskiej. Z przedstawieniami jeździli po okolicznych parafiach, a nawet do Włodawy i Lublina, zarabiając przy okazji dość pokaźne kwoty. Za zarobione w ten sposób pieniądze ogrodzono plac kościelny oraz cmentarz. Wraz z księdzem Zarychem przybyły nowe osoby do służby na plebani, były nimi Maria Wąsowicz, Maria Marciniak oraz Stanisław Doluk. Organista i kościelny początkowo nie zmieniali się, dopiero od 1931 roku funkcję kościelnego pełnił Wacław Rejek. Od 1931 roku ksiądz Zarych miał pomocników duchowych, początkowo w postaci wikariusza ks. Juliana Borkowskiego, a następnie wikariuszy ks. Leonarda Czapskiego, księdza Wałachowskiego i ks. Józefa Wnuka. Na ich barki spadł ciężar prowadzenia katechez we wszystkich szkołach parafii, oprócz szkoły w Wereszczynie, w której katechezy prowadził sam proboszcz.
Podobnie jak za probostwa dwóch poprzedników, również ks. Piotr Zarych gościł w maju 1930 roku biskupa Henryka Przeździeckiego z wizytą kanoniczną. W kościele w Wereszczynie odprawiono kilka mszy, udzielono sakramentu bierzmowania, jak też dokonano przeglądu parafii, wizytując szkoły oraz niektórych gospodarzy. Biskup zwracał uwagę na brak większych prac przy kościele i jego otoczeniu, chwalił jednak księdza Zarycha za wyremontowanie budynków gospodarczych przy plebani (tj. obory i stajni), jak też dokończenie budowy organistówki. Był to budynek drewniany, wyróżniający się od innych tym, iż pokrycie dachowe było z eternitu. Na zakończenie swojego sprawozdania pisał, iż ksiądz Zarych jest bardzo gorliwy, znać jego tu pracę i pod względem duchowym i pod względem materialnym, martwi go to, że dla braku funduszów nie może odrestaurować kościoła, dziękujemy mu za jego pracę i zachęcamy, aby się nie zrażał trudnościami i opanowywał swoje nerwy w stosunku z parafianami. Większe prace nad kościołem rozpoczęte zostały już po wizycie biskupa. Ksiądz Zarych podjął się trudu powiększenia świątyni, jednakże, ze względu na brak funduszy, powstały w wyniku ogólnoświatowego kryzysu gospodarczego, prace utknęły w martwym punkcie.
Współpraca księdza Zarycha z parafianami nie układała się pomyślnie, a wizytujący parafię dziekani włodawscy wskazywali na słabą religijność mieszkańców. Podczas wizyty dziekańskiej w grudniu 1933 roku dziekan Józef Sobieszek, zaniepokojony relacjami księdza z wiernymi, zapisał w sprawozdaniu, iż proboszcz w tym roku w kościele nic nie zrobił i już nie zrobi, gdyż nie ma zaufania do parafian i całkowicie się zraził, opuścił ręce i oczekuje zmiany.
Po proboszczu Zarychu nastał ksiądz Mikołaj Filipowcz, który kierował parafią do czasu wybuchu wojny. W 1939 roku został powierzono mu dodatkowo funkcję wicedziekana włodawskiego. Już w pierwszych tygodniach pełnienia posług kapłańskich do Wereszczyna przybył w maju 1934 roku z wizytą kanoniczną biskup podlaski ks. Czesław Sokołomski, zalecając podjęcie inwestycji przy kościele i ogrodzeniu. W pierwszych latach prace takie zostały podjęte, ale były to remonty drobne, największe z nich to rozszerzenie ołtarza głównego i położenie podłogi oraz wybudowanie pieca w organistówce. Filipowicz przeprowadził także kilka prac nad zabudowaniami gospodarczymi, zwłaszcza wyremontował popadającą w coraz większą ruinę stodołę. Problemem stało się największe od odzyskania niepodległości zadłużenie parafii, którego ksiądz nie był w stanie spłacić z przychodów parafialnych. Z upływem kolejnych lat podjął się pracy nad frontonem świątyni, ale stale brakowało środków. Natychmiastowego remontu wymagał natomiast dach gontowy, który przeciekał w wielu miejscach.
Początkowo pomocą w wypełnianiu kapłańskich obowiązków służyli mu wikariusze ks. Michał Łukasiewicz i ks. Leonard Czapski, następnie w 1936 roku przyjechał ks. Kazimierz Szlędak, a po nim ks. Jan Berliński. W 1937 roku Berlińskiego zastąpił ks. Leon Ryder, a rok później do parafii po raz drugi przybył ks. Kazimierz Szlędak i przyjął funkcję rektora kaplicy w Wytycznie. Przed samym wybuchem wojny do Wereszczyna przybył ks. Czesław Wrzosek. Organistą za czasów księdza Filipowicza i jego następcy ks. Władysława Urbańczyka był Mieczysław Maderski. Miał swoje gospodarstwo rolne, toteż zdarzało się, że na chór przychodził w ubraniach roboczych. Szczególnie został zapamiętany przez dzieci, gdyż wyjątkowo dużo przeklinał, co było niejednokrotnie przedmiotem uwag proboszczów. Jak w polu robił, to było jego słychać na wsi, tak głośno przeklinał – wspominają mieszkańcy. Z nowym księdzem nastał również nowy kościelny, którym był do 1943 roku, czyli do dnia swojej śmierci, Aleksander Rozenkwist. Na plebani proboszczowi pomagały w codziennych obowiązkach Stanisława Rabczewska i Stanisława Rossa.
Już na początku swojej obecności w Wereszczynie ksiądz Filipowicz zebrał miejscową młodzież i rozpoczął z nią przygotowywać inscenizacje religijne. Z inscenizacją o ukrzyżowaniu Jezusa dzieci jeździły po okolicznych wsiach, występując nawet w teatrze lubelskim. Na każde przedstawienie sprzedawane były bilety, a pieniądze w ten sposób uzbierane zostały przeznaczone na rozbudowę kościoła. Pomimo, że za czasów księdza Filipowcza postawiono szkielet kruchty wraz z wieżą kościelną, to został przez niektórych parafian zapamiętany jako ten, który rozprzedał znaczną część majątku parafialnego, a za uzyskane w ten sposób pieniądze wykupił dla siebie pobliskie Jezioro Rotcze. Pomimo wyprzedaży powierzchnia gruntów parafialnych nie uszczuplała, gdyż w czerwcu 1938 roku, na mocy układu Stolicy Apostolskiej z rządem polskim, parafii wereszczyńskiej przyznano na własność prawie 58 hektarów. Czwartą część tych gruntów stanowiły pounicką własność skarbu państwa, które do tego czasu znajdowały się w zarządzie parafii. W dniu 9 lipca 1940 roku żołnierze niemieccy aresztowali księdza oraz dwóch mieszkańców Wereszczyna i umieścili ich na Zamku Lubelskim. Po kilku dniach przesłuchań zostali wypuszczeni, po czym, w dość krótkim czasie, ksiądz Filipowicz opuścił parafię.
Wydarzenia I wojny światowej spowodowały, że bez swojej świątyni i parafii pozostali liczni mieszkańcy prawosławni. W granicach parafii katolickiej mieszkało około 3 tysięcy prawosławnych, niewiele mniej, niż wiernych rzymskokatolickich. Po zabudowaniach parafialnych pozostał jedynie jeden budynek mieszkalny i dwa budynki gospodarcze oraz 30 morgów ziemi (17 mórg i 13 mórg lasu). Jako, że budynki i grunty stanowiły przed 1875 rokiem własność grekokatolików, zostały przejęte w zarząd przez miejscową parafię rzymskokatolicką.
Wobec braku swojej świątyni ludność prawosławna została przyporządkowana do parafii w odległym Syczynie, gdzie funkcję proboszcza pełnił najpierw Włodzimierz Ardecki, a od 1928 roku Maksym Łać. W pobliżu miejsca spalonej w 1915 roku cerkwi Ukraińcy wybudowali świetlicę, w której urządzili kaplicę, zwaną „domem parafialnym”. Był to wydłużony, choć parterowy budynek. Prawosławni zbierali się w nim na modlitwę, a co jakiś czas przyjeżdżał pop z Syczyna, by odprawiać nabożeństwa. Stąd też zmarłych chowano na miejscowym cmentarzu. Mieszkająca w pobliskiej Kalinówce Irena Ochal pamięta, jak na nagrobki niedawno pochowanych prawosławni przynosili żywność wierząc, że zmarli muszą jeść. A to zaraz po nich psy wszystko wyjadały. Jednak coś mnie tam nastraszyło i do dnia dzisiejszego nie mogę zapomnieć. Szłam wówczas wieczorem do Żyda, by w zamian za jajka coś u niego kupić. Przechodząc koło cmentarza coś nagle przede mną wyleciało i mocno zabrzęczało. Nie wiedziałam co to jest, jak jakiś potwór. Ze strachu wszystkie jajka potłukłam. Inni mieszkańcy wspominają o obyczaju rzucania podczas święta zmarłych cukierków na nagrobki.
Po wybuchu II wojny światowej w Wereszczynie ponownie utworzono parafię prawosławną, którą obsługiwał ks. Arszeni Myszkowski. Z domu parafialnego kaplicę przeniesiono do odebranego Polakom domu ludowego i stan ten trwał do końca 1944 roku.
3.4. Funkcjonowanie placówek publicznych i szkolnictwo
Choć Wereszczyn był tylko jednym z sołectw Gminy Wola Wereszczyńska, to w pierwszych latach do 1923 roku właśnie w Wereszczynie urzędował zarząd gminny. Wydział Powiatowy we Włodawie podjął ponadto decyzję budowy w Wereszczynie budynku urzędu gminnego. O siedzibę gminną Wereszczyn rywalizował z Urszulinem, zdecydowano się jednak na Wereszczyn, a to z tej racji, że Urszulin nie posiadał placu pod budowę, a takowy był w Wereszczynie. Z upływem czasu władze powiatowe zmieniły swoją decyzję i urząd gminny ostatecznie wybudowany został w Woli Wereszczyńskiej. W lipcu 1925 roku utworzono w Wereszczynie agencję pocztową, jednakże już pod koniec tegoż roku Rada Gminy w Woli Wereszczyńskiej podjęła uchwałę o przeniesieniu agencji pocztowej do Urszulina, co też w najbliższym czasie uczyniono. Po kilkuletnim okresie poczta powróciła do wsi, a kierowniczką została kobieta z Kopiny o nazwisku Mendel.
Poza placówką pocztową we wsi znajdował się posterunek policji. Był to przez kilka pierwszych lat jedyny posterunek w gminie, którego obszar rewiru przekraczał jej granice. W latach dwudziestych komendantem posterunku był Wacław Chyliński, a jako funkcjonariusze służyli chociażby Jan Pajurek, Pacek, Zalewski i Mietkowski. W lutym 1928 roku, w wyniku starań księdza Piotra Zarycha i mieszkańca Juliana Puchlerza, powstała we wsi Straż Ogniowa, pierwsza w gminie, a jedna z najstarszych w tej części Lubelszczyzny. Z początkiem września tego samego roku zebranie założycielskie mieszkańców Wereszczyna i okolicznych wsi powołało spółdzielnię Kasa Stefczyka w Wereszczynie. Podjęcie inicjatywy utworzenia kasy stanowiło odpowiedź polskich mieszkańców wsi i okolic na powszechne stosowanie praktyki lichwy. W zebraniu założycielskim uczestniczyło 30 rolników, spośród których wybrano zarząd w osobach Bronisława Bizowskiego i Stanisława Kozierackiego z Sękowa oraz Bolesława Wesołowskiego z Wielkopola. Pierwszą radę nadzorczą tworzyli Teofil i Jan Nurscy oraz Wincenty Jasiński z Sękowa, Antoni Flisiuk z Wielkopla, Maciej Żmuda i Józef Lewandowski z Zabrodzia, Jan Ochal i Stanisław Cielma z Kalinówki oraz Stanisław Czarnecki, Stanisław Borys, Stanisław Jarzębski i Mieczysław Klepacki z Wereszczyna. Funkcję głównego skarbnika kasy pełnił Ukrainiec Julian Stepaniuk, zamordowany podczas pacyfikacji wsi w 1942 roku. Kasa Stefczyka funkcjonowała na zasadzie udzielania kredytów z zebranych wcześniej składek członków kasy, którymi byli sami mieszkańcy.
We wsi już w 1919 roku została utworzona jedyna w Gminie Wola Wereszczyńska czteroklasowa szkoła powszechna, pozostałe szkoły były bowiem dwu- lub jednoklasowymi. Cytowany już biskup Henryk Przeździecki pisał w 1919 roku o ludności Wereszczyna, że był do wiary ojców przywiązały, ale dzięki Moskwie i Niemcom ciemny. Liczne szkółki starają się ciemnocie zaradzić, lecz przyjdzie jeszcze wiele czasu, zanim lud ten zbiedzony swobodniej odetchnie i jaśniej spojrzy na świat boży. Stąd też pierwsze lata po wojnie były wyjątkowo trudne zwłaszcza, że na wszystko brakowało pieniędzy. Ponadto rodzice szczególnie często zaganiali swoje dzieci do prac polowych, gdyż priorytetem dla mieszkańców było odbudowa gospodarstw i przywrócenie zachwaszczonych podczas wojny gruntów do użytku rolniczego. Sytuacja ta wpływała na bardzo niską frekwencję dzieci w szkole, często zdarzało się, przeprowadzenie lekcji były możliwe jedynie w okresie zimowym. Dużą rolę odgrywali wówczas nauczyciele ludowi, choć, jak pisał biskup na wizytowanej lekcji religii, dzieci z katechizmu odpowiadały dosyć dobrze: umiały przecież nieźle i recytowały gładko określenia katechizmowe, tylko że nie zawsze je rozumiały. Biskup odwiedził dziatwę szkolną także podczas drugiej swojej wizyty kanonicznej, która miała miejsce w maju 1924 roku.
Szkołę prowadził kierownik, jednak miał nad sobą dozorcę szkolnego, którą to funkcję w Wereszczynie na początku lat dwudziestych pełnił Edward Karpiński z folwarku Nowy Andrzejów. Wybierany przez radę gminy dozór pełnił nadzór nad szkołą, kreował politykę kadrową, czyli dokonywał doboru kadry nauczycielskiej, jak też prowadził finanse placówki. Edward Karpiński nie przykładał się do właściwego wykonywania swej funkcji, wchodząc tym samym w konflikt z kierownictwem i nauczycielami. Swoją obojętność wyrażał w absencji na uroczystościach szkolnych, takich jak zakończenie roku szkolnego. Szkoła dość szybko została przekształcona najpierw na sześcioklasową, a następnie na siedmioklasową i była to jedyna szkoła w gminie z taką liczbą klas. W 1928 roku w sześcioklasowej już szkole uczyło się 163 uczniów. Rejon szkolny obejmował oprócz Wereszczyna takie miejscowości, jak Józefin, Zastawie oraz kolonie Sęków, Wielkopole, Białki (dziś część Wereszczyna) i nieistniejące już Tadzin oraz Władzin. Do starszych klas uczęszczali ponadto dzieci z terenu całej gminy.
W latach dwudziestych w szkole nauczali Tadeusz Misiak wraz ze swoją żoną, Jan Ignaszewski, Józefa Baranowska, Gorgol, Nowosielski, Bieliński z żoną oraz matematyk Gogulski. Poza nauczycielami 8 godzin religii tygodniowo nauczał miejscowy proboszcz. Pierwszym powojennym kierownikiem szkoły został Bieliński, od 1925 roku funkcję kierownika pełnił Gogulski, a następnie Tadeusz Misiak. Przez długie jeszcze lata po odejściu nauczyciela Gogulskiego rodzice celem zmobilizowania swoich dzieci do nauki powtarzali: dać by tu Gogulskiego, to on by cię nauczył! – wspominała Stefania Arasimowicz. Powiedzenie to świadczyłoby o dużej dyscyplinie wprowadzanej na lekcjach przez tegoż nauczyciela.
Zawsze uroczystym dniem był wręczanie uczniom świadectw na zakończenie roku szkolnego. Przystrajano wówczas budynek, a dzieci raz na dłuższy czas ubrane były w odświętne stroje. Każdą taką uroczystość poprzedzała msza święta, tak też było latem (w lipcu) 1924 roku, o czym pisał samorządowy biuletyn „Ziemia Włodawska”: W jednej sali zebrana dziatwa popisywała się deklamacją i chóralnym śpiewem bardzo dobrze, zorganizowana przez kierownika szkoły p. Bielińskiego. Bardzo dobrze i z uczuciem deklamowały dzieci, np. Witek Wakuła wiersz „Śmierć Czarneckiego”, Michalinka Marcinkowska „O Ziemi Polskiej”, Helenka Mierzwa „O żebraku”. W drugiej Sali była urządzona wystawa robót ręcznych przez chłopców. Wiatraczki, młynki, pudełka, figurki ruchome i różne ozdobne wyroby z gliny, słomy, wszystko to dość zręcznie i wydatnie wyszywane na tekturze. Kilkanaście bardzo udatnie wyszywanych fartuszków, ręczników, wyroby ze słomy i choinkowe roboty ręczne dziewcząt były prowadzone przez p. Bielińską – nauczycielkę. Na zakończenie dzieci chóralnie na głosy zaśpiewały bardzo wdzięcznie rotę Konopnickiej. Podobny uroczysty charakter miało zakończenie roku szkolnego w następnym roku: Po nabożeństwie udano się do szkoły, gdzie w przepięknie udekorowanej zielenią i żywymi kwiatami sali dzieci popisywały się śpiewem i deklamacją. Tego dnia wiersz „Święta Kinga” recytowała Helenka Mierzwówna, zaś „Wąwóz Somosierry” Czesława Krasucka, śpiewały natomiast wszystkie dzieci pod dyrekcją nauczycielki Bielińskiej.
Prowadzenie szkoły nie ograniczało się jedynie do zajęć lekcyjnych, wymienieni nauczyciele doprowadzili do utworzenia we wsi młodzieżowej orkiestry, przeprowadzali także takie akcje, jak sadzenie drzew przy drodze. Tego rodzaju akcje miały duże znaczenie wychowawcze, na co wskazał w jednej z prasowej korespondencji sam inicjator Jan Ignaszewski: Widok kwitnącego wśród wielu innych własnoręcznie przez samego ucznia czy uczennicę zasadzonego drzewka obudzi w ich sercu prawdziwą radość i zadowolenie potęgujące ich miłość Ojczyzny, przez to piękniejszej i bogatszej, ożywi w młodych Polakach chęć i siły do pracy także w innych kierunkach. Przed pójściem do szkoły większość dzieci, zwłaszcza z biedniejszych rodzin, wysyłanych było do wyprowadzenia i pilnowania na pastwiskach bydła oraz koni. Tak więc dzień zaczynał się wczesnym rankiem, około godziny czwartej, dopiero przed godziną ósmą zapędzano bydło do obór, po czym dzieci mogły udać się do szkoły. W dniu Zielonych Świątek dzieci „majiły” krowy nakładając na rogi uplecione wcześniej wianki. W szkole lekcje zawsze rozpoczynały się modlitwą: Duchu Święty, który oświecasz serce i umysły nasze, dodaj nam ochoty i zdolności, aby nauka była dla nas pożytkiem doczesnym i wiecznym. Przez Chrystusa Pana naszego amen. Modlitwę odmawiać musiały wszystkie dzieci, niezależnie od wyznawanej religii.
W roku szkolnym 1938/39 do szkoły uczęszczało już 310 uczniów i była to największa pod względem liczebności szkoła w gminie. Uczniowie byli głównie wyznania katolickiego (230 dzieci), ponadto do szkoły uczęszczały dzieci prawosławne (63 osoby) i dzieci wyznania mojżeszowego (17 osób). W latach trzydziestych nauczycielami byli Kazimierz i Kazimiera Chmielewscy, którzy w 1935 roku przybyli z Urszulina, Jan Szydłowski, Antonina Kostanecka, Regina Nawrocka, Zofia Kowalska, Sidorowska, Ukrainiec Michał Klimiuk, polonistka Zofia Mrozińska, nauczyciel chemii i fizyki Lawenda, oraz matematyk Witold Grzybuła. Ten ostatni był kawalerem, dlatego przychodząc często po nocnych randkach zasypiał na lekcjach. W szkole nauczał ponadto Stanisław Kopyś, który przybył do Wereszczyna w 1931 roku w miejsce Tadeusza Misiaka, ten bowiem przeniósł się do szkoły we Włodawie. Kopyś przyjął jednocześnie funkcję dyrektora szkoły. Był wyjątkowo aktywny w życiu społecznym wsi, z jego inicjatywy podjęto akcję zbiórki pieniędzy na budowę domu ludowego, czynnie zabiegał o budowę szosy z Wereszczyna do Urszulina. W 1938 roku Kopyś wyjechał z Wereszczyna do Chełma, a powodem wyjazdu był jego syn. Ukończył on bowiem siedem klas w Wereszczynie i postanowił kontynuować naukę w Chełmie, dlatego też, celem stworzenia lepszych warunków do nauki, rodzina Kopysiów przeniosła się do miasta. Funkcję kierownika szkoły przejął Kazimierz Chmielewski, a następnie Józef Chibowski i pełnił ją do czasów wojennych. Wybuch wojny przyczynił się do wyjazdu innych nauczycieli. Wyjechała chociażby Mrozińska, która popadła w silną depresję, wobec czego jej brat zabrał ją ze wsi do rodzinnego Krakowa.
W okresie dwudziestolecia międzywojennego szkoła mieściła się w trzech budynkach. W byłej popówce, opuszczonej po spaleniu cerkwi w 1915 roku, znajdowały się dwie klasy i mieszkanie dla kierownika szkoły. Sale szkolne mieściły się również w prywatnym budynku Szawuły oraz w świetlicy z domem parafialnym, pozostałej po zlikwidowanej parafii prawosławnej. Budynek ten znajdował się w sadzie w pobliżu cmentarza prawosławnego, a wcześniej zamieszkiwał go kościelny cerkiewny. Często lekcje odbywały się w salach domu ludowego, zwłaszcza po spaleniu się popówki w 1942 roku. W pierwszych latach po odzyskaniu niepodległości szkoła borykała się z problemem wyposażenia, jak też niedostatecznego ogrzewania sal lekcyjnych w okresie zimowym. Z czasem braki w wyposażeniu zostały uzupełnione.
3.5. Handel, rzemiosło i rolnictwo
Z upływem pierwszych lat po wojnie mieszkańcy odbudowywali swoje gospodarstwa, życie we wsi rozwijało się. Zauważył to sam biskup Henryk Przeździecki, który będąc w Wereszczynie po raz trzeci w maju 1930 roku, podkreślał wielką poprawę, jaka nastąpiła od czasu pierwszej wizyty z 1919 roku: (…) wtedy zastaliśmy chwasty i zgliszcza, bezludne i spalone wioski, dziś na ich miejscu piękne łany zboża, nowe domy i pełno ludzi dobrze odżywionych i zdrowych.
Rozwijało się rzemiosło oraz handel, gdyż odbywały się regularnie targi na placu w pobliżu kościoła. Środowe targi początkowo organizowano co dwa tygodnie, jednakże w 1923 roku miejscowa rada gminy postanowiła ograniczyć liczbę targów z 24 w ciągu roku na 12. Od tego czasu odbywały się raz na miesiąc, w co drugą środę. Powód ograniczenia liczby targów był prozaiczny, na sesji stwierdzono, że ludność na jarmarkach za bardzo się rozpija. Jarmarki trwały z krótkimi przerwami do wybuchu II wojny światowej, gdyż już w 1927 roku wójt gminy zwrócił się do Sejmiku Powiatowego we Włodawie, a nawet do władz wojewódzkich, o przeniesienie jarmarków do Urszulina. Oficjalnym powodem tych przenosin było nieodpowiednie urządzenie targowicy, dlatego też starosta przychylił się do wniosku i wydając zarządzenie zamknął na krótko targowisko. Pomimo wydania zarządzenia jarmarki po roku wróciły do Wereszczyna i już regularnie odbywały się do wybuchu wojny. Powrót jarmarków nastąpił po licznych odwołaniach gromady od decyzji starostwa. Wobec notorycznego odrzucania skarg od decyzji starosty, motywowanego względami formalnymi, mieszkańcy zwrócili się do Najwyższego Trybunału Administracyjnego, który w tej sprawie wszczął postępowanie sądowo-administracyjne. Trybunał uznał za niesłuszne odmówienie gromadzie wsi Wereszczyn legitymacji do kwestionowania decyzji władz powiatowych, zaś zabranie jarmarków uznano za czyn krzywdzący ekonomicznie mieszkańców wsi.
Cały ten spór zmobilizował mieszkańców do zabezpieczenia odpowiedniego gruntu na targowisko. Na jednym z zebrań wioskowych postanowiono przeznaczyć grunty o powierzchni jednej morgi na urządzenie placu. Postanowiono również znieść obowiązek kolejności warty mieszkańców na placach publicznych i wynająć w tym celu stałego wartownika. Na nowe miejsce organizowanych jarmarków wyznaczono plac przed wsią od strony Urszulina. Wcześniej w miejscu tym znajdowała się siedziba i plac kółka rolnego. Nowe targowisko mieszkańcy ogrodzili, wybudowali też mały budynek zwany „kozą”. Był to tymczasowy areszt dla zatrzymanych, najczęściej drobnych złodziei jarmarcznych. Wykopano ponadto studnię oraz wydzielono plac pod wypas dla koni z dużym korytem. W przerwie pomiędzy odbywającymi się jarmarkami plac wydzierżawiał Stanisław Arasimowicz, który wykorzystywał go na pastwisko.
Na jarmarki przybywała ludność z całej okolicy, a kupcy przyjeżdżali z Łęcznej, Włodawy, Parczewa, czy też z Ostrowa. Miejscowi gospodarze rolni handlowali na nim głównie zwierzętami hodowlanymi i płodami rolnymi. Kobity przynosiły na jarmark kury, koguty, jaja, wszystko tam można było kupić – wspomina Weronika Łopong z Przymiarek. Przyjeżdżali okoliczni rolnicy, w tym licznie koloniści niemieccy, którzy handlowali warzywami, owocami, wędlinami, drobiem, jajami, nabiałem i zbożem. Przyjezdni kupcy handlowali natomiast odzieżą, materiałami i narzędziami rolniczymi. Ówczesny mieszkaniec Starego Załucza Stanisław Ośko wspomina, jak Żydzi z Ostrowa na każdy jarmark już dzień wcześniej kilkoma furmankami przewozili przez jego wieś kożuchy i inne towary: Przy furmankach mieli takie światła zrobione z wiadra, do którego sypano węgiel i nim palono, a zimą służyło to do ogrzewania. Każdy z nich miał swój stół, który rozstawiał po przybyciu. Mieli głównie kożuchy, ale handlowali także innymi materiałami. Mieszkańcy sąsiedniego Świerszczowa dodają: Zawsze na jarmarku był jeden Żyd z beczką solonych śledzi. Jedni odwracali jego uwagę, a my w tym czasie krasiliśmy suchy chleb w tym oleju śledziowym. Żydowscy kupcy nie stronili od handlu drobnymi artykułami rolnymi. Przed jarmarkiem chodzili po wsiach i co się dało skupywali od chłopów, a później te pierze, kury, jaja i inne wyroby sprzedawali. Wychodziło im to b dotąd się z chłopem targował, aż wytargował, a później na jarmarku sprzedawali drożej – wspomina Zofia Dadacz z Przymiarek.
Rozpiętość cen na wereszczyńskim jarmarku była wysoka. Przykładowo para dobrych butów kosztowała 20 złotych, kamasze można było kupić za 5 złotych, zaś wynagrodzenie za całodzienną pracę w polu, czy przy wydobywaniu torfu, wynosiło 2 – 3 złote. Tak więc na jedną parę butów mieszkańcy musieli cały tydzień ciężko pracować. Kilogram masła kosztował 1 – 2 złote, kilogram wieprzowiny również 1 złoty. Niskie ceny płodów rolnych podtrzymywane były przez pośredników żydowskich, którzy w zdecydowanej większości byli właścicielami miejscowych przetwórni rolnych.
Duże utrudnienia w organizowaniu jarmarków występowały wczesną wiosną i jesienią, gdyż nadciągające wozy tonęły w glinie i błocie, wszystkie drogi miały bowiem charakter gruntowy. Henryk Arasimowicz wspomina: Jak zmarła Radomska, to jej trumnę musiały cztery konie ciągnąć, takie błoto było. Pamiętam też przypadki, że jesienią grzęzły wozy i je na zimę zostawiano, dopiero wiosną dało się wyciągnąć. Najgorzej mieli mieszkańcy Sękowa. Z tych powodów jednym z priorytetów dla mieszkańców było położenie na drodze, prowadzącej ze wsi do Urszulina, utwardzonej nawierzchni. W czynie społecznym mieszkańcy zebrali nawet część kamienia na jej budowę, jednak drogi przed wojną nie doczekali się. Przed wybuchem wojny za pieniądze wspólnotowe utworzono zakład produkujący płyty chodnikowe, jednak sam chodnik powstał już w pierwszych latach po wojnie.
Samorząd wiejski pobierał opłaty od jarmarcznych handlarzy, które wynosiły 2 złote od straganu z obuwiem, odzieżą, zaprzęgami oraz wędlinami i po 50 groszy od pozostałych straganów. Pobierane opłaty w znacznej mierze pozwoliły na wybudowanie we wsi domu ludowego, wykorzystującego elementy konstrukcyjne „muru pruskiego”. Brakującą kwotę na materiały budowlane zebrali sami mieszkańcy w formie dobrowolnych składek, a sama budowa dokonana została w ramach czynu społecznego. Pod koniec lat trzydziestych, niedaleko domu ludowego, również za pieniądze uzyskane z jarmarków, mieszkańcy dokonali usypania strzelnicy. W rok przed wojną na głównym skrzyżowaniu w Wereszczynie, również za pieniądze z opłat targowych, zakupiono i postawiono pierwszą, a zrazem jedyną w gminie lampę gazową. Obsługę lampy powierzono Władysławowi Wachowi, który każdego wieczoru musiał ją zapalać i wciągać na słup, zaś każdego ranka gasić. Lampa często zawodziła, stąd też w okresie wojennym przeniesiono ją do domu ludowego.
Centrum handlowe Wereszczyna znajdowało się na przestrzeni od skrzyżowania do kościoła. W tym miejscu funkcjonował młyn, będący własnością Jakowa Zinczuka, piekarnia Marii Mierzwy, w której pieczywo wypiekał Aleksander Wiak, polska mleczarnia spółdzielcza, której przed i w czasie wojny prezesował Piotr Kubik, jajczarnia, dwie restauracje, choć jeszcze w latach dwudziestych bez prawa do wyszynku (tj. prawa do spożywania alkoholu na miejscu), a także apteka Józefa Aksamitowskiego. Było kilka sklepów spożywczych, w tym jeden spółdzielni spożywców, w którym sprzedawał Stanisław Arasimowicz. Spółdzielnia została założona w 1929 roku i w 1940 roku jej członkami było aż 120 osób, przede wszystkim rolnicy (113 osób). Poza sklepem spółdzielczym znajdowały się dwa żydowskie N. Berkowicza i H. Perlmana. Jak wspominają mieszkańcy w sklepach tych można było kupić „mydło i powidło”, czyli mieściły się w nich obok siebie i nafta, i śledzie, i masło. Wobec dużej ilości sklepów powołano w Wereszczynie Stowarzyszenie Spożywców, by lepiej chronić swoje interesy. We wsi rozwijał się również handel artykułami innymi niż spożywcze. Zajmowali się nim głównie Żydzi (Rotbin, Szabron, Zonsztajn i Sender) oraz Polacy, Leon Andrzejewski i Franciszek Klepacki. Na skrzyżowaniu (w obecnym domu Bielawskich) sklep z tkaninami miało małżeństwo Altera i Heni Zonsztajnów, a sklep metalowy małżeństwo Senderów. Po zawarciu transakcji handlowych większość mieszkańców udawało się najczęściej do jednej z dwóch karczm, będących własnością Czupryńskich z Dębowca. W latach trzydziestych koncesję na prowadzenie karczmy uzyskał Kowalczyk, żołnierz legionów Piłsudskiego, jednakże sam tej karczmy nie prowadził, lecz jedynie wydzierżawiał koncesję. Drugą karczmę prowadziła ukraińska rodzina Kalichów.
Wereszczyn, poza handlem, był również najsilniejszym w okolicy ośrodkiem rzemiosła. Wieś stała się znana z powodu wyrobu serwet szydełkowych, sprzedawanych nie tylko na miejscowym jarmarku, ale także wysyłanych na cały kraj. Przy wyrobie owych serwet w gminie pracowało około 600 kobiet, a za surowiec używały głównie bawełny. We wsi swoje usługi świadczył między innymi dekarz, szewcy Franciszek Tymiński, Wakuła, Wertman, Sowiński oraz kowale Mierzwa, Józef Czeberak i Leon Andrzejewski. Czwarta kuźnia znajdowała się naprzeciwko zabudowań Wrzaszczów. Olejarnię prowadził Ukrainiec S. Hajdaczuk, zaś stolarstwem zajmowali się J. Bańkowski, Jan Józefczuk i wspomniany Stanisław Arasimowicz. W pobliskiej Białkach znajdowała się cegielnia, będąca własnością gospodarza ukraińskiego Józefa Cepa. Był to jednak niewielki zakład, produkujący cegły o niskiej jakości, dlatego też mieszkańcy zaopatrywali się w cegłę głównie w Świerszczowie.
Choć Wereszczyn był największym w gminie ośrodkiem rzemieślniczym i handlowym, to zdecydowana większość mieszkańców trudniła się pracą na roli oraz hodowlą. Z tej racji powstało Koło Rolnicze „Rolnik” w Wereszczynie, jedno z prężniejszych w powiecie, choć jako jedyne z nich należało do okręgu chełmskiego, a nie włodawskiego. Założono je w lutym 1928 roku i po niespełna roku działania miało już 50 członków i cztery sekcje maszynowe: w Wereszczynie, Sękowie, Kozubacie i Zabrodziu. Instruktorem rolnym kółka został Cyganek, ponadto członków koła wspierali w formie porad i szkoleń doradcy Lubelskiej Izby Rolniczej. Oprócz wsparcia w zakresie wiedzy koło otrzymywało materiał siewny. Rok po założeniu koła ze środków Związku Okręgowego Kółek Rolniczych we Włodawie utworzone ośmioarowe poletko doświadczalne uprawy żyta różnych odmian z zastosowaniem pełnego nawożenia nawozów sztucznych. W 1937 roku 10 rolników otrzymało materiał siewny w postaci żyta na zasianie powierzchni 5,5 ha. Koło „Rolnik” było posiadaczem sprzętu rolniczego, który służył członkom pomocą w utrzymaniu gruntów w dobrej kulturze rolnej. Uprawiano na nich głównie zboża i ziemniaki.
Spośród zwierząt gospodarskich najbardziej rozpowszechniony był chów trzody chlewnej, gdyż w połowie lat trzydziestych w Wereszczynie powstało jedno z dwóch w powiecie koło hodowli świń. Do tej akcji Lubelskiej Izby Rolniczej przystąpiło 21 gospodarzy, którzy prowadzili 13 chlewni wzorcowych, a w nich hodowano 24 maciory rasowe i 1 knura stacyjnego. Chłopów uczono zasad dobrego żywienia, warunków przetrzymywania, czy nawet łagodnego obchodzenia się z inwentarzem. Tak wyhodowana trzoda była kontraktowana i przeznaczana nie tylko na rynek krajowy, ale i na eksport, głównie do Anglii. W 1935 roku 21 gospodarzy z Koła Rolniczego „Rolnik” w Wereszczynie zostało objętych kilkuletnim programem organizacji gospodarstw przodowniczych, polegającym na przebudowie ustroju rolnego i organizacji prac w gospodarstwie. Zostało nim objętych łącznie ponad 200 wsi Województwa Lubelskiego. Działania programu miały na celu obniżenie kosztów produkcji i podniesienie ceny poprzez ulepszenie produkowanego towaru. Do akcji wybrano gospodarzy największych, gdyż 10 spośród nich posiadało powyżej 15 hektarów, a tylko jedno gospodarstwo było poniżej 5 hektarów. Poza opieką indywidualną programem objęto 113 gospodarstw opieką zespołową.
Poza hodowlą świń bardzo dużo gospodarzy utrzymywało bydło, zwłaszcza mleczne, stąd też skłoniło to rolników do utworzenia w Wereszczynie mleczarni. Spółdzielcza mleczarnia została uroczyście otwarta w kwietniu 1929 roku i jak na każdą uroczystość przystało rozpoczęła się od odprawienia w tej intencji mszy świętej. Przebieg uroczystości zrelacjonował dwutygodnik „Ziemia Włodawska”: O godzinie 11.30 zebrała się ludność obojga płci w liczbie około 300 osób przed lokalem mleczarni. Po wstąpieniu przedstawiciela starostwa powiatowego ksiądz Zarych poświęcił budynek mleczarni, a następnie do zebranych przemówił przedstawiciel Okręgowego Związku Kółek Rolniczych Stanisław Antoniak. Kolejnym mówcą został reprezentant mieszkańców Stanisław Kozieradzki z Sękowa, który charakteryzując dotychczasową pracę organizacyjną, nawoływał chwiejnych do wytrwania i nie dawania posłuchu „rozbijaczom”. Po tem nastąpiła pierwsza przeróbka mleka dostarczonego w ilości 160 litrów, z czego 40 litrów dostarczyła p. Karpińska z Andrzejowa. Po uroczystości odbył się wspólny obiad w pokojach miejscowego probostwa. Poza Kozieradzkim do najaktywniejszych inicjatorów uruchomienia mleczarni należeli Czarnecki, Wakuła i Wesołowski.
Oprócz uprawy roli i hodowli niektórzy gospodarze zajmowali się sadownictwem oraz pszczelarstwem. W sąsiedztwie zabudowań Wrzaszczów znajdowała się pasieka, w której, ze względu na kradzieże, chowano na noc ule w szopie. Razu pewnego kilku młodzieńców podejrzało właściciela gdzie schował klucz i postanowili zasmakować smaku tegoż miodu. Zakradli się nocą i wzięli się za objadanie uli. Będąc w środku nagle zobaczyli psa jak baran duży, któremu oczy na czerwono się świeciły. Pies wstał, wstrząsnął się, a z niego iskry poleciały. Młodzieńcy rzucili się do ucieczki i nie zajrzeli już nigdy do owej szopy – wspomina Mieczysław Zabłuda. Nie był to jedyny przypadek spotkania z zagadkową marą, o diable w pasiece wie niemal każdy najstarszy mieszkaniec.
Do największych gospodarzy we wsi należały rodziny Rentflejszów, Jarzębskich, Czarneckich, czy też dziedzic Biernacki, który pomimo szlacheckiego pochodzenia prowadził gospodarstwo jak każdy inny gospodarz. Postępującej mechanizacji często towarzyszyły tradycyjne jeszcze formy hodowli i upraw. Domy ogrzewano przede wszystkim torfem i drewnem. Większość prac polowych wykonywano ręcznie przy użyciu najprostszych narzędzi, jak kosa, sierp, zdarzały się gdzieniegdzie drewniane jeszcze brony. Powszechna była praca dzieci, także w okresie szkolnym. Dzieciom przed i po zajęciach lekcyjnych powierzano zajęcia mniej uciążliwe, jak pilnowanie bydła, udział w wykopkach, czy obrządek przy zwierzętach. W pracach polowych uczestniczyły powszechnie kobiety. Warunki pracy były uciążliwie, nie zachowywano także zasad bezpieczeństwa, stąd też częste były wypadki w trakcie pracy. Samorządowy lokalny dwutygodnik „Ziemia Włodawska” opisuje kilka z nich.
Jeden wydarzył się podczas święta Przemienienia Pańskiego, czyli w sierpniu 1924 roku u gospodarza Wincentego Połajdowicza. Żona Emilia chciała tego dnia pójść do kościoła, mąż jednak uparł się, aby wyjechać w pole, gdyż chciał wykorzystać pożyczone konie. Gospodarz wyjechał z żoną Emilią w pole do koszenia zboża. Na wozie umieścił kosę. W drodze kosisko wpadło pomiędzy drabiny wozu, a ostrze kosy tak nieszczęśliwie trafiło Emilię, iż przecięło tejże pierś i żołądek. Wobec braku samochodu Emilię wieziono do Lublina furmanką, gdy dowieziono do szpitala im. Jana Bożego, zmarła. Mieszkańcy uznali wypadek za przestrogę i do dnia dzisiejszego nikt w Wereszczynie i okolicy nie wychodzi podczas tego święta do prac polowych. Już w okresie Polski Ludowej raz złamano zasadę, wysyłając kombajn w pole. Gdy przejeżdżał przed kościołem uległ wypadkowi, co jeszcze bardziej utwierdziło mieszkańców w przeświadczeniu, że święto Przemienienia Pańskiego jest dniem „wypadkowym”.
Inny wypadek miał miejsce w gospodarstwie Bazylego Rabczewskiego, który podczas młócenia został za kurtkę wciągnięty w młockarnię. Dzięki refleksowi sąsiadów młockarnię udało się zatrzymać, a sam poszkodowany doznał jedynie połamania ręki. Wypadki miały miejsce również w domu, a ich ofiarami były przede wszystkim dzieci, nad którymi rodzice, ze względu na prace polowe, nie mieli czasu roztaczać opieki. Do tragicznego wypadku doszło w 1926 roku u gospodarza Jakuba Gawlińskiego. Pozostawiona bez opieki dwuletnia córka Janka wpadła do naczynia z wrzącą wodą. Poparzeniu uległo całe ciało, więc po sześciu dniach dziecko zmarło.
Z racji bardzo dużej liczby wypadków mieszkańcy usilnie starali się o lekarza, gdyż najbliższy lekarz przyjmował dopiero w odległym o kilkanaście kilometrów Cycowie. W Wereszczynie działała jedynie wspomniana apteka Józefa Aksamitowskiego, jako jedna z sześciu w powiecie. Natomiast jeszcze przed wojną przyjmował we wsi miejscowy lekarz. Po jednym z wypadków mieszkańcy skierowali do rady gminy wniosek, w którym pisali: Obecne temu podobne wypadki i inne gwałtowniejsze choroby zniewalają nieszczęśliwych do straszliwych cierpień, a często i śmierci, gdyż pomimo najusilniejszych zabiegów, na kilkanaście godzin zaledwie zdoła się przywieść lekarza. W połowie lat dwudziestych rada gminy wyszukała w tym celu mieszkanie i zobowiązała się opłacać wynagrodzenie, nie udało znaleźć samego lekarza.
Dużym niebezpieczeństwem dla mieszkańców wsi były częste pożary. Występowanie w przeważającej części zabudowy konstrukcji drewnianej, dachy pokryte strzechą, jak i bardzo gęsta zabudowa powodowały, że początkowo mały pożar przeradzał się w żywioł, który trawił budynki sąsiadów. Wraz z pożarem budynków spaleniu ulegało wszystko to, co w nim się znajdowało, a najczęściej był to inwentarz żywy. Jeden z nich miał miejsce w grudniu 1926 roku w zabudowaniach Andrzeja Gajewskiego. Wraz ze stodołą żywcem spłonęły 2 konie, krowa, 4 cielaki i 2 świnie. Celem zrekompensowania strat finansowych władze państwowe wprowadziły obowiązkowe ubezpieczenia od ognia. Ponadto władze gminne zaczęły przy wydawaniu koncesji budowlanych stosować zasadę tzw. „szachownicy”, czyli starano się, aby działki zabudowane i niezabudowane występowały na przemian, asymetrycznie w stosunku do kolejności działek po drugiej stronie drogi.
3.6. Życie społeczne, kulturalne i polityczne
Wereszczyn dwudziestolecia międzywojennego tętnił życiem nie tylko w zakresie handlu, ale również w sferze społeczno-rozrywkowej. Jedyną organizacją społeczną, jaka funkcjonowała zaraz po wojnie było kółko muzyczne, nie istniały natomiast żadne stowarzyszenia oświatowe, czy religijne. Wynikało to, rzecz jasna, z bardzo rygorystycznej polityki rosyjskiej i niemieckiej, która we wszelkich postaciach organizowania się mieszkańców polskiej narodowości upatrywała zagrożenie polityczne. Jednak po kilku pierwszych latach od odzyskania niepodległości życie społeczno-kulturalne dość szybko rozwinęło się. Początkowo były to spotkania i zrzeszenia niesformalizowane, w postaci kursów wieczorowych, czy też kółek różańcowych dla mieszkańców różnych pod względem wieku, choć już w połowie lat dwudziestych przy kościele utworzono Ligę Katolicką.
Rozkwit życia społeczno-kulturalnego nastąpił w ostatnich latach przed wojną. Miejscowe kółko rolnicze zorganizowało w Wereszczynie dożynki powiatowe. Dom ludowy był ubrany na ludowo, przyjechali przedstawiciele władz gminnych i powiatowych, a na uroczystościach grała nasza kapela. Ludzi było bardzo dużo, coś wspaniałego. Krowa mojego ojca wygrała w konkursie dożynkowym na najlepszą w powiecie – powraca pamięcią Stanisława Sidorowska. W 1938 roku na miejscowej strzelnicy odbyły się międzypowiatowe zawody sportowe w lekkiej atletyce, a także w strzelectwie. Właśnie ta konkurencja cieszyła się dużą popularnością wśród młodzieży, o czym świadczyć by mogły występujące w Wereszczynie prorządowe organizacje dziecięce i młodzieżowe. Dzieci w liczbie około 30 osób uczęszczały na zajęcia o charakterze harcerskim, organizowane przez „Orlęta”. Na komendanta „Orląt” został wyznaczony Witold Wierzejski. Młodzież, również spoza Wereszczyna, gromadziła się natomiast w Młodzieżowej Drużynie Strzeleckiej „Strzelec”. Dla tych grup wiekowych opiekun Kazimierz Chmielewski organizował przeróżne gry zespołowe, z czego najbardziej popularne było „zdobywanie flagi”. Dzielono wówczas młodzież na dwie drużyny, z czego jedna miała zdobyć flagę z obozu drugiej – wspomina uczestnik takiej gry Henryk Arasimowicz. Dorośli mieli „Rezerwę”, której również przewodniczył nauczyciel Kazimierz Chmielewski, sam posiadający wojskowy stopień porucznika. W pełni umundurowani spotykali się co tydzień na ćwiczeniach sprawnościowych i strzeleckich. Ludowcy organizowali ćwiczenia w ramach przysposobienia rolniczo-wojskowego, którego ukończenie uprawniało do skrócenia okresu rekruckiego do wojska. W marcu i sierpniu 1939 roku organizacje te, pod okiem wojskowych inspektorów, przeprowadziły powszechną mobilizację mieszkańców na wypadek wojny.
Oprócz tychże organizacji funkcjonowała we wsi wspomniana Straż Ogniowa, mająca swój budynek tuż za domem ludowym, a także prężnie działające koło Związku Młodzieży Wiejskiej (ZMW). Ksiądz Piotr Zarych podjął próbę utworzenia konkurencyjnego Stowarzyszenia Młodzieży Polskiej, jednak wobec silnej pozycji ZMW zakończyła się ona niepowodzeniem. Dopiero jego następcy ks. Mikołajowi Filipowiczowi udało się założyć kilkunastoosobowe Stowarzyszenie Młodzieży Katolickiej. Kobiety aktywnie działały w Kole Gospodyń Wiejskich. Zajęcia przed wojną prowadziła instruktorka Kukiełkówna, głównie z haftu i szycia. Warsztatom rękodzielniczym i kulinarnym odbywały się zajęcia z wychowania patriotycznego. W 1935 roku powstał oddział Ligi Morskiej i Kolonialnej, propagującej zagadnienia morskie i akcję kolonizującą. Poza organizacjami społecznymi i politycznymi funkcjonowały prężnie w Wereszczynie opisane powyżej organizacja rolnicze.
Pomimo wielości organizacji społecznych mieszkańcy nie przejawiali zbytniej aktywności politycznej, choć przed wyborami do Sejmu z 1928 roku w Wereszczynie zorganizowano dwa wiece wyborcze. W lutym na wiec wyborczy z byłym posłem Stefanem Łobaczem oraz z Józefem Bąkiem z Kopiny przybyło około 300 osób. Tak duże publiczne zgromadzenia nie umykały uwagi władzy publicznej, stąd też w tajnym raporcie włodawskiego starosty Adlofa do Wydziału Bezpieczeństwa Publicznego Urzędu Wojewódzkiego w Lublinie przeczytać można o nastroju wśród przybyłych mieszkańców: Nastrój zebranych był przychylny do mówców, lecz wywody ich nie wywarły większego wrażenia, gdyż żaden z nich nie wypowiedział się na jaką listę mają głosować. Stefan Łobacz był przedstawicielem Związku Ludowo – Narodowego, lecz na wiecu nawoływał głównie by nie głosować na drobne partie, gdyż te – jego zdaniem – nie były w stanie realnie pracować w Sejmie. Józef Bąk jeszcze w tym samym miesiącu zorganizował drugi wiec, na który przybyło już tylko 80 osób, jednak tym razem nawoływał, aby w wyborach głosować na Polskie Stronnictwo Ludowe „Wyzwolenie”. Wybory rozczarowały działaczy, gdyż w Wereszczynie zanotowano jedną z najniższych w powiecie frekwencji wyborców. Mogła być spowodowana silnym poparciem we wsi Komunistycznej Partii Polski, która jako partia zdelegalizowana nawoływała do bojkotu wyborów. Partia komunistyczna cieszyła się dużym poparciem, zwłaszcza wśród ludności ukraińskiej, ale jej członkami bywali także mieszkańcy polscy, chociażby Franciszek Tymiński.
Życie kulturalne i towarzyskie koncentrowało się w domu ludowym. W nim znajdowała się sala teatralna ze sceną, miały miejsce spotkania i zbiórki organizacji społecznych, odbywały się zabawy. Co jakiś czas przyjeżdżał z projektorem filmów Maciej Żmuda z sąsiedniego Zabrodzia. W domu ludowym zabawą kończyły się także wszystkie odpusty z dnia św. Anny i św. Stanisława. Po mszy parafianie odwiedzali stragany, gdzie często grali kataryniarze, a po zakupach ruszali za orkiestrą do domu ludowego. Na każdym odpuście zbierała się orkiestra, najczęściej w składzie: Jan Jaroszuk z Andrzejowa, grający na trąbce, Mareczka z Wincencina z klarnetem, Stanisław Chruścik z Sękowa z puzonem, Józef Sadowski z Sękowa z barytonem oraz Czesław Ciekierda z Sękowa z bębnem i talerzami. W przypadku ładnej pogody miejscowi mieszkańcy układali na zewnątrz scenę na legarach z dwóch połówek dużych drzwi od stodoły i obsadzali brzózkami. Gdy pogoda była gorsza zabawy odbywały się wewnątrz domu ludowego i trwały do rana – wspominali razem Stefania i Henryk Arasimowiczowie. Wszyscy się bawili, a samorząd wiejski zarabiał na kolejne inwestycje, gdyż z każdej zabawy pobierano opłaty.
3.7. Mniejszości narodowe
Pomimo, że większość mieszkańców wsi stanowili Polacy, to jednak w całym okresie dwudziestolecia międzywojennego coraz większe wpływy uzyskiwali Ukraińcy. W przeddzień wybuchu wojny światowej ich liczebność dorównywała liczbie ludności polskiej. W pierwszych latach po wojnie stanowili najbiedniejszą grupę we wsi, gdyż podczas przymusowych wysiedleń do Rosji ich gospodarstwa popadały w ruinę. Z czasem zostały odbudowane, choć pod względem zamożności już do czasu wybuchu kolejnej wojny ustępowały gospodarstwom Polaków. Wśród Ukraińców znajdowali się przedsiębiorcy, chociażby wspomniany Józef Cepa, będący właścicielem cegielni, właściciel olejarni Hajdaczuk czy Kalisze posiadający swoją karczmę. Były to jednak zakłady niewielkie i przegrywające konkurencyjnie z zakładami w okolicy. Ukraińcy byli aktywni w życiu społeczno-politycznym wsi. Jeden z nich Władysław Szawuła był w czasie okupacji niemieckiej sołtysem wsi, drugi zaś Władysław Szawuła uznawany był za głównego, nieformalnego lidera młodzieżowego, zwłaszcza w zakresie sportowym i politycznym. Działał w Związku Młodzieży Wiejskiej, ale również w partii komunistycznej i tuż przed wybuchem wojny wyjechał do Rosji. Podobnie postąpiło też część innych mieszkańców ukraińskich, witając owacyjnie przybywającą na początku wojny armię radziecką.
Raz w roku Ukraińcy organizowali w Wereszczynie odpust prawosławny, w tym też dniu przez wieś przechodził pochód mieszkańców ukraińskich z przygrywającymi muzykę zaproszonymi orkiestrami. W okresie świątecznym do domu Adama Szawuły przyjeżdżał z Syczyna pop, by razem z wiernymi modlić się i śpiewać bożonarodzeniowe szczodrywki. Na wspólne kolędowanie przychodzili polscy katolicy, gdyż dwa tygodnie wcześniej u rodzin polskich wspólnie śpiewano kolędy katolickie. Z katolikami Zabłudami przyjaźnili się prawosławni Denise. Na każde święta zapraszali się wzajemnie – powraca pamięcią Henryk Arasimowicz. Jego siostra Stanisława dodaje, że Cepy często przychodzili do nas po choinkę, by nowej nie wycinać. Katolicy szanowali święta prawosławne, a prawosławni święta katolickie.
Niektóre święta i związane z nimi obrzędy religijne obchodzono razem, jak chociażby w okresie wielkopostnym. Anonimowe rozmówczyni, na łamach prawosławnego przeglądu „Ortodoxia”, ostatnie dni we wsi, poprzedzające Wielki Post, opisały następująco: Baby wtedy zapijały maślnicę, a mężatki zbierały się w karczmie u Żyda, podsuszany ser i tłuszcz podjadały po raz ostatni przed Wielkim Postem. Dziewczyny – panienki raczyły się najwyżej podpiwkiem albo kwasem chlebowym, ale w domu. Nie w karczmie. Bo jak która poszła do karczmy, to wiadomo… Tam mogły tylko baby. Łatwiej wtedy przychodziło na seropuscie winy przebaczać i serce skruszać. I było potem za co przepraszać. Tam, gdzie nie było karczmy, albo gdzie chłopy dyscyplinę trzymały, to zbierały się kobiety po chałupkach. Jak której młodzieniec postawił kielicha, czy piwo na seropust, to ona mu na Wielkanoc pisankę szykowała. Jak się chciała go pozbyć, to tylko byczka (tj. jajko bez wzorków) na odczepnego dawała. Ot i całe wstępne dni. Do dzisiaj macie tłusty czwartek i kusy wtorek u katolików. Przed wojną to nikt nie robił różnicy, rzymski katolik, czy prawosławny.
Stosunku polsko-ukraińskie znacznie pogorszyły się w ostatnich latach przed wybuchem wojny światowej. Do poważnego zgrzytu doszło podczas budowy domu ludowego, gdyż na plac inwestycji wybrano dawne cerkwisko. Podczas usypywania strzelnicy w ziemi pojawiały się nader często szczątki ludzkie z dawnego cmentarza. Wszystkie kości zostały zebrane i pochowane w jednej mogile na pobliskim cmentarzu prawosławnym. W 1938 roku na obszarze Chełmszczyzny przeprowadzono akcję burzenia cerkwi i choć w Wereszczynie nie było prawosławnego budynku sakralnego, to jednak tutejsza straż ogniowa wzięła czynny udział w rozbiórce wytyckiej cerkwi. Powstałe przed wojną antagonizmy narodowościowo-religijne przybrały na sile po rozpoczęciu działań wojennych w 1939 roku.
Wereszczyn nadal pozostawał ośrodkiem dużej koncentracji ludności żydowskiej. Po odzyskaniu niepodległości w Wereszczynie było tylko 52 mieszkańców tej narodowości, w 1925 roku w całej wereszczyńskiej parafii Żydów było około 75, ale przed wybuchem kolejnej wojny światowej stanowili około szóstą część mieszkańców wsi. Nie wiem skąd tak licznie u nas byli, ale najprawdopodobniej z powodu organizowanych jarmarków. One przyciągały okolicznych mieszkańców, a na nich Żydzi zarabiali – uzasadnia tak liczny udział Żydów w strukturze mieszkańców Wereszczyna Henryk Arasimowicz. Między sobą mówili w języku jidysz, jednak w rozmowach z Polakami używali języka polskiego, choć „okraszonego” żydowskim akcentem. Początkowo na posesji Sendra, a następnie za kaszarnią Manacha znajdował się drewniany budynek bożnicy. Żydzi zbierali się w niej na modlitwę, prowadzoną przez gospodarza domu, a zarazem głównego seniora miejscowego kahału Dawida Gryfa. Dawid pochodził z dużej rodziny i był jednym z najstarszych oraz najbardziej poważanych wśród wereszczyńskich Żydów, stąd też uważano go za duchowego lidera tejże mniejszości narodowej. Ci bogatsi często w celu religijnym udawali się do synagogi we Włodawie lub w Parczewie, tam też chowano zmarłych. Jak któryś z nich umarł, to zaraz w nocy wywozili do miasta tak, że mało kto o tym wiedział – wspomina Maria Szaruga. Chowano ich na siedząco, bo gdy sądny dzień miał przyjść, to wówczas pierwsi mogliby przed boskie oblicze się udać – dodaje Henryk Arasimowicz.
Świętym dniem była szabasowa sobota. Tego dnia pobożni Żydzi nie wykonywali żadnych prac, nawet do podłożenia ognia zatrudniali polskich i ukraińskich sąsiadów. Henryk Arasimowicz wspomina, że przygotowywali się do szabasu już w piątek. Tego dnia u Sendra na podwórzu dokonywali rytualny ubój. Tam na drągu przy stodole wieszano lekko nacięte gęsi i kury, po to by się wykrwawiły. Nie zabijano od razu, bo wówczas nie byłoby to koszerne. Polacy i Ukraińcy nie lubili na to patrzeć. Tak męczyli te zwierzęta. Oprócz szabasu uroczyście obchodzono jesienne kuczki, zwane „świętem namiotów”, gdyż potrawy świąteczne spożywano wtenczas w stawianych specjalnie na ten cel szałasach. Żydzi świętowali także w okresie katolickiej Wielkanocy. Stanisława Sidorowska wspomina, że wówczas oni wynajmowali za pieniądze takiego Ukraińca Pawło Hrula, który był chamamem. Wtedy w bożnicy nakładali na niego worek i tak popychali jeden do drugiego, pluli, kopali i wyzywali. Ale raz się zdenerwował i tak nimi rzucał, że przez okna wylatywali. Stanisława Sidorowska zapamiętała ponadto, że każdy z nich na drzwiach przed wejściem do domu miał wiszącą chustę z dziesięcioma przykazaniami. Gdy wchodzili to całowali tą chustę ustami.
Żydzi zajmowali się pracami typowo miejskimi, a więc handlem (np. wspominane sklepy N. Berkowicza i H. Perlmana, a później sklepy prowadzone przez Ajzyka Szpirę, Dawida i Szmarię) i rzemiosłem. Bławaty, czyli materiały jedwabne, sprzedawali Lejba Rotbin i E. Szabron. Syn Lejby uczył się w szkole talmudycznej (tj. w jesziwie) w Lublinie. Przyjeżdżał do Wereszczyna tylko w odwiedziny rodziców, ale zawsze był ubrany po żydowsku i jako jedyny pejsy długie nosił – wspomina Henryk Arasimowicz. Sklep z artykułami metalowymi w jedynym we wsi domu murowanym (obecnie dom rodziny Bielawskich) miał Sender, zaś swoje manufaktury (tj. drobne zakłady przemysłowe) posiadali Cukiermani, A. Gryf oraz E. Zonsztajn. Usługi szewskie pełnili Mordka i Jankiel. Mordka specjalizował się w wykonywaniu rolniczego obuwia, a Jankiel bardziej ekskluzywnego. Najstarsi mieszkańcy pamiętają jeszcze do dnia dzisiejszego reklamy Mordki o wykonywanym przez siebie obuwiu: ręce, nogi połamiecie, a tych butów nie zedrzecie! Czy: jak na ścianie buty powiesicie, to przechodzicie w nich całe życie – wspominają Stefania i Henryk Arasimowicze.
Będąc właścicielami kaszarni, mleczarni, czy też olejarni, Żydzi zajmowali się również przetwarzaniem płodów rolnych. Największymi przetwórcami byli Manach i Symcha. Gdy przyjeżdżał chłop na skargę i żalił się będącemu na dyżurze Manachowi, że podbierano mu u nich kaszę, to Manach odpowiadał: Janie, ten Symcha to jest taki złodziej i ja jego tak nie lubię, ale muszę z nim żyć. Natomiast, gdy chłop na dyżurze spotykał Symchę, to ten skarżył się na Manacha cofa się w pamięci Arasimowicz. Kilka rodzin handlowało zbożem i innymi płodami rolnymi, natomiast właścicielem młyna był wspomniany Jakow Zinczuk. Latem wydzierżawiali sad należący do prawosławnej parafii, który rósł na obecnym placu szkolnym. Henryk Arasimowicz wspomina, że nie zawsze ten sad dzierżawili, wcześniej sprawdzali pąki, czy będzie w danym roku owocować. Gdy zapowiadał się dobry rok to na całe lato jeden z Żydów stawiał szałas i przez cały czas pilnował. Gdy tylko coś usłyszał, to zawsze krzyczał: Ty! Ja cię widzę! Jesienią jabłkami handlowali na jarmarkach.
Nie wszyscy wereszczyńscy Żydzi mieli swoje sklepy, zakłady usługowe, czy monofaktury, wielu należało do biedoty, handlując czym się da. Mieszkańcy Wereszczyna i okolicznych wsi wspominają szklarza, czy też handlującego mięsem wołowym Ałtę. Żył z żoną, synem i córką Jachą. Kupował raz w tygodniu od chłopa cielę, ubijał, sprzedawał skórę i część mięsa, a resztkami się żywił z rodziną. Tylko z tego się utrzymywał – rozpamiętuje Henryk Arasimowicz. Mieszkająca u Arasimowiczów Cyrla roznosiła sacharynę i inne drobne rzeczy, otrzymując w zamian produkty rolne.
Obraz wereszczyńskich Żydów i wzajemne relacje z polskimi i ukraińskimi sąsiadami poznajemy również dzięki wspomnieniom najstarszych mieszkańców. Stanisława Sidorowska wspomina, jak jeden z nich, z pobożnej rodziny Szmari, nigdy nie zdejmował czapki, nawet w szkole na lekcjach ją nosił. Ale od tego straszne rany porobiły się mu na głowie. Ubiór Żydów przywołuje na pamięć Zofia Dadacz z Przymiarek: Na co dzień nie różnili się, natomiast na święta nosili chałaty i jarmułki. Niektórzy pejsy nosili. Do charakterystyki zewnętrznej dodaje: Oni nie jedli wieprzowiny, a jedynie wołowinę i to tylko z przednich części zwierzęcia. Bo z tylnich mięso jest tryfne, a przednie części jedli, bo mówili, że oni to przodkowie. Bolesław Dadacz uzupełnia wspomnienia żony: Ale gdy starzy nie widzieli to młodzi często jedli wieprzowinę. W stodole przy kamienicy Sendera pracował żydowski rzeźnik. On zawsze oceniał, czy mięso jest tryfne, czy nie, tzn. czy nadaje się do spożycia. Nacinał je w specjalny sposób, zawsze mnie to ciekawiło. Jeżeli na płucach pojawiały się plamy, to mięso nie nadawało się dla nich do spożycia. Stanisława Sidorowska przypomina sobie, że raz, jak te nadrżnięte kurczaki na wpół żywe po podwórkach latały, to Polacy wzięli i je podobijali, żeby się nie męczyły. Ale wtedy Żydzi ruszyć tego mięsa nie chcieli, bo było już tryfne.
O relacjach między młodymi Żydami i Polakami wspomina nastoletnia wówczas Stanisława Sidorowska: Znaliśmy dzieci żydowskie dość dobrze, bo chodziliśmy z nimi do szkoły. Było między nami różnie, ale dzieci zawsze trzymały się tak więcej osobno, z daleka od nas. Żydowskie dziewczyny schodziły się osobno, tak że wielkiej przyjaźni między nami nie było, ale żyliśmy z Żydami w zgodzie. Anonimowa mieszkanka wspomina jednak o częstych przypadkach dokuczania młodzieży żydowskiej: Kiedyś moi bracia namawiali na ognisku żydowskiego chłopaka, aby zjadł kawałek słoniny. Ten nie chciał, mówiąc, że to tryfne. Wtedy go złapali i wysmarowali słoniną całą buzię. Darł się wtedy i pluł tą słoniną, a następnego dnia przyszedł jego ojciec do moich rodziców na skargi. Henryk Arasimowicz powraca pamięcią do psot, jakie jego rówieśnicy czynili w trakcie trwania kuczek: Stawiali wówczas obok domu szałasy i w nich wieczorem przez siedem dni się modlili. Tam spożywali wspólnie posiłki. Było to w październiku, więc gdy my wieczorem wracaliśmy z różańca, to wtedy świeciliśmy im latarkami, a czasami to rzucaliśmy grudami, czy kamykami. Jak się jakiś Żyd rodzicom poskarżył, to każdy z nas się wypierał, że to nie on rzucał. Większość żydowskich dzieci, gdy dorastali, wyjeżdżali do miasta kontynuować naukę i na stałe do Wereszczyna najczęściej już nie wracali.
Pod koniec lat trzydziestych wzrosło napięcie między dorosłymi, a powodem była handlowa konkurencja. Po otwarciu sklepu spółdzielczego Polacy rozpoczęli wśród mieszkańców akcję pod hasłem: „nie kupuj u Żyda”, czyli namawiania na kupno tylko w polskich sklepach. Różnice religijne i kulturowe były często powodem bezpodstawnego oskarżania i rozpowszechniania stereotypowych informacji. Po wyzwoleniu byłam w kamienicy Senderów i tam w piwnicy znajdowała się studnia. Ludzie mówili, że zamykali w niej polskie dzieci, by ich krew dodawać do mac – wspomina Zofia Dadacz. Pomimo utrzymujących się stereotypów dorośli Polacy i Ukraińcy generalnie szanowali zwyczaje oraz obrzędy żydowskie i wzajemnie. Wyraz szacunku dla ludności polskiej i religii rzymskokatolickiej stanowiło wysyłanie delegacji mieszkańców żydowskich z kahałem na czele, gdy wieś odwiedzał duchowny ważniejszy w hierarchii kościelnej. Tak było chociażby podczas wizyt kanonicznych biskupa podlaskiego ks. Henryka Przeździeckiego w 1919, 1924, 1930 roku i biskupa Czesława Sokołomskiego w 1934 roku.
4. II wojna światowa
4.1. Mieszkańcy w pierwszych latach okupacji
Wybuch wojny wpłynął diametralnie na zmianę stosunków międzysąsiedzkich we wsi. Niektórzy Ukraińcy i Żydzi, po wkroczeniu wojsk radzieckich, zakładali czerwone opaski i deklarowali poparcie dla idei komunistycznej. Ówczesna mieszkanka Stanisława Sidorowska przypuszcza, że gdyby Rosjanie byli tu jeszcze kilka dni dłużej pewnie doszłoby do rzezi Polaków. Miejscowi Ukraińcy stworzyli już listę polskich kułaków, których trzeba było zlikwidować. Gdy wojska radzieckie opuściły Wereszczyn, kilku mieszkańców podążyło za nimi, a było wśród nich dwóch synów Sendera, którzy dzięki ucieczce przeżyli wojnę.
Zaraz po opuszczeniu okolicy przez sowietów miejscowi pozbierali ciała zabitych żołnierzy i pochowali na miejscowym cmentarzu. Wśród zamordowanych byli przede wszystkim uciekinierzy z rozproszonych pod Wytycznem oddziałów Korpusu Ochrony Pogranicza. Na cmentarzu pochowano zabitego w Borysiku kpt. Stanisława Solarskiego, kpr. Jana Borowczyka i siedmiu nieznanych żołnierzy. Pochówku kapitana dokonał miejscowy Czesław Gąsior, który sprawdził i zanotował nazwisko zamordowanego. Jednego zamordowanego kopistę przywieźli mieszkańcy Zabrodzia Stefan Chlebowicz i Adam Dębicki.
Niedługo po wkroczeniu Niemców w dworze Kukawskich utworzono posterunek niemieckiej policji, której komendantem został Ferdynand Fruk z Michelsdorfu, a jednym z funkcjonariuszy jego sąsiad Wygiera. Po nastaniu okupacji niemieckiej najbardziej faworyzowani byli mieszkańcy narodowości ukraińskiej. Niemcy postanowili przeciwstawić Ukraińców Polakom, by tym sposobem lepiej kontrolować obydwa narody. Sam Generalny Gubernator Hans Frank na początku okupacji przyznawał, że należy w zamian za lojalność wobec Fuhrera i Rzeszy utrzymać Ukraińców w jakimś nastroju zadowolenia pod względem politycznym. Wobec tego otoczono ograniczoną opieką ukraińską kulturę, cerkiew i oświatę. Realizując założenia takiej polityki wybrano na sołtysa wsi Ukraińca Władysława Szawułę, a w niedługim czasie utworzono szkołę ukraińską. Natomiast część domu ludowego zaadaptowano na prawosławną kaplicę. Polskim mieszkańcom władze okupacyjne zezwoliły na prowadzenie sklepu spółdzielczego, którego gospodarzem był Gąsior z Białek, a sprzedawał w nim Julian Szaruga. Jednakże część towaru, zwłaszcza przetworzone płody rolne, podlegały okupacyjnym kontyngentom.
Znacząco pogorszyła się zaś sytuacja mieszkańców żydowskich, dla których okupanci często robili zbiórki, by zbierać od nich różne okupy. Paradoksalnie liczba ludności żydowskiej w Wereszczynie znacząco wzrosła, gdyż przyjeżdżali Żydzi z okolicznych miast. Coraz bardziej restrykcyjne zarządzenia władz okupacyjnych (np. ograniczenia w prowadzeniu działalności gospodarczej) nie pozwalały Żydom na normalne funkcjonowanie w mieście, a w konsekwencji powodowały ubóstwo i głód. Stad większość Żydów, którzy mieli rodziny we wsiach, udawali się do nich, gdyż tutaj łatwiej było pozyskać żywność.
Po rocznej okupacji niemieckiej w dniu 22 czerwca 1940 roku aresztowano komendanta tutejszej placówki konspiracyjnej nauczyciela Kazimierza Chmielewskiego. Wraz z kilkudziesięcioma osobami, aresztowanymi w tym czasie w Powiecie Włodawskim, został wywieziony do więzienia w Chełmie, a stamtąd do lubelskiego więzienia na Zamku. Kilka tygodni później dokonano aresztowania trzech kolejnych osób, ks. Mikołaja Filipowicza, kierownika szkoły Józefa Chibowskiego oraz krawca Stanisława Soleckiego. Zatrzymania dokonano w wyniku przeprowadzonego przez Ferdynanda Fruka wywiadu. Po tych aresztowaniach kościół na okres dwóch miesięcy został zamknięty, a po jego otwarciu zabroniono wiernym śpiewania pieśni religijnej „Serdeczna Matko”. Całą zatrzymaną trójkę osadzono w Michelsdorfie w stodole niemieckiego sołtysa Rudolfa Bloha, gdzie byli przesłuchiwani i bici. Następnie przewieziono ich do więzienia na Zamku w Lublinie. Po kilku dniach przetrzymywania, wobec nie uzyskania dowodów wskazujących na działalność w strukturach podziemia, wszyscy zostali wypuszczeni. Po tym wydarzeniu ks. Mikołaj Filipowicz wyjechał z Wereszczyna, podobnie uczynił nauczyciel Józef Chibowski z rodziną. Pozostały we wsi Stanisław Solecki, w obawie przed kolejnymi aresztowaniami, unikał natomiast wszelkich kontaktów z mieszkańcami.
Aresztowania te były podyktowane obawą okupanta o podejmowanie przez mieszkańców działań zmierzających do budowy struktur partyzanckich. Faktycznie, w okresie pierwszego półrocza tegoż roku, na bazie struktur przedwojennych organizacji „Orlęta” i „Strzelec”, powstały w Wereszczynie struktury Służby Zwycięstwu Polsce, a następnie oddział Związku Walki Zbrojnej (ZWZ), którego komendantem został najpierw Kazimierz Chmielewski ps. „Chmiel”, a następnie Witold Wierzejski. Oprócz Wereszczyna oddział obejmował swoim działaniem miejscowości: Andrzejów, Sęków i Zastawie, a liczył około 30 partyzantów (w tym żona komendanta Kazimiera Chmielewska). Przed wojną we wsi rozbudowane były struktury Związku Młodzieży Wiejskiej, prowadzone były zajęcia w ramach wspomnianego Przysposobienia Rolniczo-Wojskowego, dlatego też w okolicach Wereszczyna, Sękowa i Wielkopola powstał duży oddział Batalionów Chłopskich, i którym dowodził Bolesław Flisiuk ps. „Wit”, „Jarema” z pobliskich Czemernik (Sęków). Oddział liczył około 40 ludzi. Z tych dwóch organizacji w 1942 roku stworzono struktury Armii Krajowej, unifikującej podziemie prolondyńskie.
Pierwszym dowódcą miejscowego oddziału AK został Witold Wierzejski ps. „Mauser”. Oddział liczył wówczas kilkanaście zaprzysiężonych osób (Jan Józefczuk ps. „Bystry”, Stanisław Zabłuda, Henryk Zabłuda ps. „Bagnet”, Mieczysław Kasprzak, Hieronim Jaremczuk, Wacław Łepecki ps. „Czołg”, Czesław Radomski, Antoni Maryńczak, Józef Trubaj ps. „Jelonek”, Władysław Misztalski ps. „Tońko”, Witold Bolesta ps. „Strzelec” Mieczysław Lisiecki ps. „Ryś”, Franciszek Struski ps. „Kruk”, Jadwiga Struska ps. „Lalka”, Stanisław Walasek ps. „Orzech”, Wiktor Bucior, radiotelegrafista Witold Wakuła, Bronisława Zabłuda ps. „Brzoza”, Stefan Szawuła, Stanisław Oleszczuk ps. „Wolny” od spraw wyszkolenia wojskowego, Kazimiera Kowalczyk i Jadwiga Trubaj), a wielu mieszkańców udzielało mu wsparcia (np. Wacław Lisiecki z Białkek). Z partyzantami współpracował nowoprzybyły ksiądz Władysław Urbańczyk, który otrzymał ps. „Bończa”.
Władysław Misztalski, Witold Bolesta i Witold Wierzejski uczestniczyli w nieudanych zamachach na ukraińskiego wójta w Hańsku, który był wyjątkowo gorliwym i wysługującym się okupantowi niemieckiemu urzędnikiem. Na pierwszą wyprawę do Hańska, celem zabicia wójta, Misztalski wybrał się z Czesławem Ostaszem z Urszulina. Była to decyzja samorzutna, nieskonsultowana z dowództwem. Kilka tygodni wcześniej nawiązali kontakt z jednym pracownikiem gminy, który miał ich zawiadomić o sprzyjających okolicznościach na dokonanie zamachu. Akcja miała miejsce pod koniec czerwca 1943 roku. Zamach się nie powiódł, a Ostasz został ranny w nogę, jednakże obydwaj zdołali uciec. W drugim nieudanych zamachu z września tego roku uczestniczyli, razem ze swoimi współtowarzyszami z oddziału AK w Hańsku, Bolesta i Wierzejski.
Oprócz chłopskich i akowskich struktur partyzanckich w Wereszczynie zorganizowano także placówkę partyzantki ludowej. Jej komendantem został Zwierzański. Na początku 1944 roku kolaborujący z okupantem Ukraińcy ze Spiczyna rozpoczęli przygotowania, mające na celu jego morderstwo. Akcja została zdemaskowana przypadkowo, przez partyzantów Armii Ludowej z oddziałów Jana Bulwickiego. Gdy przejeżdżali przez Spiczyn spotkali dwóch Ukraińców, którzy się przedstawili jako partyzanci „Czornego” (tj. Iwana Banowa). Dopiero w następnej wsi wyszły na jaw prawdziwe zamiary Ukraińców, ale powrocie partyzantów Bulwickiego do Spiczyna, zastano jedynie ojca jednego z nich, który potwierdził związki syna z Niemcami.
W latach okupacji niemieckiej zdarzały się co pewien czas pojedyncze aresztowania i egzekucje. Do więzienia na zamku w Lublinie trafił Józef Marcyniuk, również oskarżony za organizowanie struktur podziemnych. Na wskutek tortur, towarzyszących przesłuchaniom, Józef Marcyniuk zmarł w celi więziennej w lutym 1942 roku. Powtarzające się aresztowania nie były jedynym utrapieniem mieszkańców. Na pogorszenie się warunków bytowych mieszkańców duży wpływ miała konieczność dostarczania przez rolników przymusowych kontyngentów rolnych. Zaraz po wojnie jeden z nich w swoich wspomnieniach zapisał: Za czasów okupacji niemieckiej zauważyłem następująco na początku, że wszelkie wymiary co do powinności rolnika były do wytrzymania, ale z biegiem czasu wyłonili się ludzie czołowi, którzy potrafili prowadzić niemiecką gospodarkę w ten sposób, że z każdym rokiem następującym było gorzej drobnym rolnikom, bo kontyngent się powiększał z 4 metrów
(tj. zboża) z 4 ha na 12 metrów i tak było z mięsem. Kontyngenty mieszkańcy składali w dzisiejszym budynku Bielawskich, w którym znajdowała się na czas wojny mleczarnia. Mieszkańcy mogli posiadać krowy mleczne, przy czym uzyskane mleko przekazywane było w ramach kontyngentów. Gdy wydajność mleka była niska, bydło zabierano celem przetworzenia na mięso. Obowiązek dostarczania kontyngentów i restrykcje w handlu mięsem powodowały, że wielu z nich decydowało się na ukrywanie płodów rolnych, inwentarza żywego, jak również skłaniało się do utajniania obrotu tymi towarami. Efektem były aresztowania. Chociażby Stanisław Wakuła za nielegalny handel mięsem przebywał 5 miesięcy na Majdanku i 7 miesięcy w wiezieniu w Chełmie. Ucierpiał również dorodny drzewostan lasów dworskich, który okupant eksploatował bez ograniczeń.
Wobec braku żywności wielu mieszkańców miast przeprowadziło się do rodzin na wsi, co skutkowało przeludnieniem i bezrobociem, a przede wszystkim pogorszeniem się warunków higienicznych. Epidemia duru brzusznego i tyfusu z 1942 roku „zabrała na zawsze” kilku mieszkańców Wereszczyna (w tym Bronisława i Juliannę Marcyniuków). Na domach, w których choć jedna osoba była chora na tyfus, zawieszano tabliczki informujące o epidemii. To skutecznie odstraszało niemieckich żandarmów, stąd też po pewnym czasie wielu, bez względu na to czy był ktoś chory w domu, czy nie, zawieszało tabliczki z napisem „tyfus”, a domownikom, tak jak by byli chorzy, golono głowy.
Każdy obcy, który przybywał do wsi, musiał mieć zaświadczenie o zatrudnieniu, w przeciwnym razie wywożono taką osobę na roboty do III Rzeszy. Kilku osobom pomógł volksdeutche Kolańczyk, osiadły w dworze po Kukawskich, wydając tego typu zaświadczenia. Kolańczyk, dzięki swoim znajomościom z funkcjonariuszami niemieckimi, pomagał również w inny sposób. Gdy jednego razu Niemcy w wyniku łapanki zebrali na placu przy skrzyżowaniu grupę mieszkańców, wówczas Kolańczyk celowo zagadał żołnierzy, a w tym czasie kilka osób (np. Stanisława Sidorowska i Mederska) schowało się w pobliskim sklepie, w którym sprzedawał mój ojciec – wspomina Henryk Arasimowicz. Siostra Henryka, Stanisława Sidorowska dodaje, że we wsi mieliśmy Stanisława Ostasza, który, jak tylko Niemcy przyjeżdżali, by brać naszych na roboty, to uruchamiał syrenę strażacką lub w okna stukał. Tym sposobem kilka razy udało mi się na ten czas uciec ze wsi.
Przez cały okres okupacji funkcjonowała szkoła polska, do której w 1940 roku uczęszczało 218 dzieci. Naukę prowadziło kilku nauczycieli, Józef Chibowski, pełniący funkcję kierownika szkoły, Kazimierz i Kazimiera Chmielewscy, Michał Klimiuk oraz Zofia Mrozińska. Po ich wyjeździe w 1940 roku nauczanie prowadziło małżeństwo Zofia i Jan Szydłowscy. Często zajęcia lekcyjne były inspekcjonowane przez funkcjonariuszy niemieckich. Nauczania zaprzestano po spaleniu wsi w maju 1942 roku. W 1940 roku utworzono w domu ludowym szkołę ukraińską, w której lekcje prowadził nauczyciel Józef Kardynał, a uczęszczało na nie 46 dzieci. W późniejszym czasie wojny kierownikiem został nauczyciel Jurij Moroz, a poza nim uczył Mychajło Ostapiuk. Obydwaj zostali zamordowani przez polskich partyzantów.
Już po wkroczeniu Niemców, za „cichym” ich pozwoleniem, uaktywniły się wśród mieszkańców ukraińskich postawy nacjonalistyczne. Umieszczenie w domu ludowym ukraińskiej szkoły i prawosławnej kaplicy parafialnej ukraińską bardzo zaogniło stosunki z Polakami. Stosunki narodowościowe uległy zmianie po agresji Niemiec na Związek Radziecki w dniu 22 czerwca 1941 roku. Wówczas okupujące te tereny władze niemieckie podjęły działania skierowane przeciwko ludności ukraińskiej i żydowskiej. Sam Generalny Gubernator Hans Frank podkreślał, że Ukraińcy są przyjaciółmi, lecz nie jego zaufanymi. Niemcom bardzo zależało, aby na zachód od rzeki Bug nie rozwinęła się działalność nacjonalistycznych organizacji ukraińskich, takich jak OUN (Organizacja Ukraińskich Nacjonalistów) i jej militarnych przybudówek Podjęcie działań, mających na celu rozbicie struktur partyzanckich, podyktowane było utworzeniem we Lwowie przez banderowców ukraińskiego rządu Jarosława Stećki. Była to inicjatywa nieuzgodniona z władzami okupacyjnymi, stąd też po kilku dniach funkcjonowania rząd został rozpędzony, a jego inicjatorzy aresztowani.
Z upływem miesięcy partyzantka ukraińska w Wereszczynie coraz bardziej rozbudowywała swoją strukturę, co bardzo utrudniało życie Polakom, gdyż na porządku dziennym były dokonywane rabunki. Wybuch wojny niemiecko-radzieckiej Ukraińcy przyjęli jako zapowiedź niepodległości, stąd też ich działania partyzanckie uległy intensyfikacji. Już wcześniej w domu sołtysa Władysława Szawuły spotykali się nacjonaliści ukraińscy z okolic Górek i Zienek z miejscowymi Ukraińcami, tworząc struktury partyzanckie. W odpowiedzi na te spotkania Polacy z Wereszczyna powybijali sołtysowi szyby w oknach.
4.2. Pacyfikacja wsi – 1942
Niemieckie władze okupacyjne podjęły wówczas działania skierowane na wczesnym wykryciu rozbudowujących się struktur tych organizacji. Działania owe polegały na tym, iż żołnierze wywiadu niemieckiego, bądź też kolaborujący z nimi Ukraińcy, w przebraniu sowieckich dezerterów z niemiecko-radzieckiego frontu, chodzili po okolicznych miejscowościach, prosząc o strawę czy schronienie. Ich celem było przeniknięcie do struktur tworzących się nacjonalistycznych organizacji ukraińskich oraz wyłapanie tych mieszkańców, którzy byli najbardziej skorzy do niesienia pomocy. Zadanie o tyle było ułatwione, gdyż od wybuchu wojny niemiecko-radzieckiej co jakiś czas we wsi pojawiali się radzieccy dezerterzy, zwani „plennymi”. Otrzymywali nie tylko strawę, ale i schronienie, w zamian za pomoc w gospodarstwie.
Duża część okolicznych mieszkańców z nieufnością odnosiła się do przebranych „plennych”. Zdradzały ich bowiem drobne szczegóły. Często pod starymi łachmanami plenni mieli czyste koszule, byli ogoleni i ładnie ostrzyżeni, zdarzało się, że mieli złote zęby, a niektórzy mieszkańcy twierdzą nawet, że spod przebrania widać było czasami niemiecki mundur. Byli to „dezerterzy” zdecydowanie lepiej się prezentujący od tych, którzy pojawiali się wcześniej, czyli zapchlonych, wychudzonych i brudnych. Bardzo szybko w okolicach Wereszczyna powstało obozowisko tychże „dezerterów” i miejscowych nacjonalistów ukraińskich. Przy śpiewach i lejącym się bimbrze obozowisko istniało kilka dni, do dziś mieszkańcy pamiętają krzyki o treści Germańców ubijom!, Polaków ubijom! Przez tydzień czasu przebranych kolaborujących Ukraińców gościł u siebie Piotr Kalich. Podobne zbiorowiska miały miejsce w innych miejscowościach, również na Zastawiu (u Panasiuków na Józefinie) i w Andrzejowie. Zapraszano ich na różne uroczystości, chociażby na wesele w rodzinie Demczuków. Jedna z uczestniczek Stanisława Sidorowska wspomina, jak było kilku nieznajomych partyzantów, jeden do nas się zalecał, ale żadna z nas nie chciała się z nim tańczyć. Podczas majowej masakry ja z Zosią Trubaj rozpoznałyśmy ich wśród Niemców. Przy tego typu zabawach zostali spisani, a nawet sfotografowani wszyscy najbardziej aktywni okoliczni Ukraińcy. Te działania wywiadu niemieckiego doprowadziły do przeprowadzenia wielkiej pacyfikacji aktywnej ludności ukraińskiej, jednakże postanowiono, iż przy okazji zostanie zlikwidowany „problem” miejscowej ludności żydowskiej. Jan Józefczuk wspominał, iż Żydzi wereszczyńscy niepokojeni byli już od kilku dni. Jeszcze w piątek (tj. w dniu 22 maja 1942 roku) Żydzi otrzymali od Niemców nakaz, by na szabas wstawić się w Dubecznie. Danina złota pomogła. Przez sobotę i klika kolejnych dni nikt ich niepokoił. Jednak we wtorek spotkało ich najgorsze.
Ten tragiczny dzień miał miejsce właśnie we wtorek w Zielone Świątki, czyli w dniu 26 maja 1942 roku. Pacyfikacją objętych zostało kilka miejscowości w gminie, zaczynając od Andrzejowa, później Zastawia, a najtragiczniejszy koniec miał miejsce w Wereszczynie. Tego dnia spacyfikowano również pobliską wieś Widły, znajdującą się w sąsiedztwie Świerszczowa, mordując tam kilkudziesięciu mieszkańców. W dwa dni później wymordowano ludność żydowską w Urszulinie i Kozubacie. Sposób działania był we wszystkich miejscowościach bardzo podobny. Tak, jak w przypadku Andrzejowa i Zastawia również Wereszczyn został otoczony ze wszystkich stron. Nastoletni wówczas Henryk Arasimowicz początek pacyfikacji zapamiętał następująco: Tego dnia od rana pasłem pod Zabrodziem z chłopakami krowy. Patrzymy, a tu od Zabrodzia, Borysika, Andrzejowa i Zastawia idą tyraliery Niemców. Potem okazało się, że większość z nich to byli własowcy (właściwie Ukraińska Policja Pomocnicza). Nagle zorientowaliśmy się, że niemieckie wojska otaczają naszą wieś Wereszczyn. Około godziny 10 Niemcy zajechali do sołtysa wsi, Władysława Szawuły. Nakazali sołtysowi, aby powiadomił mieszkańców, iż winni się jak najszybciej zebrać pod miejscowym kościołem. Celem zebrania miała być rzekomo wymiana dowodów. Akcję zganiania mieszkańców nadzorowali ukraińscy policjanci. Oni byli jeszcze gorsi. Chodzili po domach, dzieci zostawiali, ale wszystkich dorosłych popędzali pod plebanię – wspomina Stanisława Sidorowska, siostra Henryka Arasimowicza. Po jakimś czasie do sołtysa przyjechał dowódca niemiecki. Naocznym świadkiem był wówczas dziewięcioletni Ryszard Wołosiuk: Bawiłem się wówczas z synem sołtysa naprzeciw ich domu. Dowódca niemiecki przyjechał bryczką. Wyszedł do niego sołtys i wręczył Niemcom dwa kosze jaj kurzych.
Po przybyciu mieszkańców pod kościół nakazano zorganizować zbiórkę w rzędzie po cztery osoby, przy czym starsze dzieci i kobiety ustawiano osobno. Jedynie proboszcz ks. Władysław Urbańczyk i wikariusz ks. Władysław Filipek stali osobno, w pobliżu kobiet i dzieci. Po zorganizowaniu zbiórki, spośród ustawionych mężczyzn, zaczęto wybierać osoby, głównie tych, którzy „uciekali wzrokiem” od spojrzenia żołnierzy niemieckich. Wywnioskowano, iż mogą to być potencjalni „bandyci”. Wybranych mężczyzn ustawiano przy budynku organistówki. W wyniku pierwszej selekcji wybrano około 10 mężczyzn, jednak przeprowadzono drugą i trzecią selekcję, pozostawiając już tylko kilkanaście osób. W tym czasie na motocyklu przyjechał żołnierz niemiecki z rozkazami. Po przekazaniu dokumentu na nowo zegnano wszystkich mężczyzn pod parafialny płot. Do tłumaczenia rozkazów żołnierzy niemieckich wyciągnięto przebywającego w Wereszczynie lekarza z Grabniaka Eugeniusza Żukowskiego. Wówczas z listy wyczytano trzynaście nazwisk, pośród których znaleźli się prawie sami Ukraińcy i jeden Polak. Polak Stefan Niewiadomski znalazł się w tej grupie przypadkowo. Niemcom chodziło o innego Niewiadomskiego, który był narodowości ukraińskiej, natomiast po wyczytaniu nazwiska wystąpił Stefan, nie czekając na wyczytanie imienia. Ukrainiec Niewiadomski przebywał wśród zebranych pod kościołem mieszkańców, jednak po wystąpieniu Stefana Niewiadomskiego w między czasie przedostał się na cmentarz i w zakrzaczeniach przeczekał dzień.
Po wybraniu z szeregu Stefana Niewiadomskiego zostały wyczytane następujące osoby:
· Władysław Szawuła – sołtys wsi Wereszczyn;
· Józef Szawuła;
· Jan Wołczyk;
· Ulijan (Julian) Szawuła;
· Piotr Kalich;
· Jan Łuc;
· Władysław Pawlak;
· Władysław Podstawski;
· Julian Stepaniuk;
· Antoni Trupacz;
· Leon Mielniczuk;
· Stanisław Wołosiuk.
Czternastą osobą dołączoną do tej grupy był młody chłopak o nazwisku Trupacz, syn Antoniego, który nie miał przy sobie dowodu tożsamości. Pasł we wsi krowy i w wyniku próśb mieszkańców byłby puszczony, jednak spośród wybranych trzynastu osób znajdował się jego ojciec. Antoni Trupacz oznajmił, iż chłopak ten jest jego synem. To wyznanie nie pomogło, gdyż został dołączony do grupy przeznaczonej do egzekucji. Wybrano również drugą grupę, składającą się z około dwudziestu osób, głównie Ukraińców. Obydwie grupy przegoniono pod organistówkę.
Z czternastu wyczytanych Niemcy wybrali Stefana Niewiadomskiego i Ukraińca Jana Łuca, a spośród pozostałych mieszkańców Edwarda Drzazgowskiego. Tych trzech zaprowadzono do pobliskiej stodoły Jungów, w której nakazano Drzazgowskiemu, aby pobił Łuca i Niewiadomskigo wiśniowymi kołkami. Drzazgowski bił lekko, starając się nie zrobić krzywdy swoim sąsiadom, dlatego też nadzorujący bicie Niemiec wyrwał mu kołek i sam zaczął ich „okładać”. Ze stodoły obu wyprowadzono ledwo żywych, tak że nie dawali rady iść o własnych siłach. Cytowana już Stanisława Sidorowska zobrazowała te chwile: Na własne oczy widziałam pobitych. Stefan, cichy chłopak, był cały we krwi. Łuc też był cały zakrwawiony. Łuca i Niewiadomskiego dołączono do grupy wybranych na rozstrzelanie. Niemcy po dokonaniu selekcji przedstawili motyw, będący powodem wykonania kary. Wybrani mieli być rozstrzelani właśnie za przetrzymywanie bandytów oraz ich żywienie, jak również za rabunki miejscowej mleczarni. Bardzo wielu wówczas zgonionych mieszkańców rozpoznało spośród niemieckich żołnierzy i ukraińskich policjantów tych, którzy chodzili po wsi prosić o posiłek i schronienie. Żołnierz niemiecki, stojący na przyniesionym stołku, oznajmił, iż jeżeli w trakcie egzekucji będą pojawiały się jakieś krzyki lub płacz, wówczas rozstrzelani zostaną wszyscy mieszkańcy – wraca pamięcią Henryk Zabłuda. Przestrzegli nas, że następnym razem, jak będziemy pomagać bandzie, to spalą całą wieś i wszyscy zginą. A gdy bandyci by się pojawili to mieliśmy brać widły i kołki. Każdy na drzewie przed domem miał zawiesić jakieś żelazo i na widok plennych czy partyzantów jak najgłośniej w nie walić – dodaje Stanisława Sidorowska.
Na zatrzymanym wozie Tomaszewskiego z Borysika Niemcy przywieźli trzy karabiny, które ustawiono na krzyżowy ogień, kierując lufy w stronę stojących mieszkańców. Wówczas na komendę jednego z oficerów większość żołnierzy przemieściło się w okolicę organistówki, gdzie stało czternastu wyselekcjonowanych mieszkańców. Na komendę „luz” czternastu wybranych zaczęło uciekać, jednak ich ucieczka nie była długa, niektórzy zdążyli zrobić kilka kroków, zanim kule dosięgły ich ciał. Jedynie Józef Szawuła zdołał uciec kilkaset metrów, ale i jego trafiły kule ukraińskich policjantów ubezpieczających wieś – dodaje Zabłuda. Znalezienie się Józefa Szawuły w gronie czternastu rozstrzelanych wynikało z jego ciekawości, gdyż w momencie otoczenia wsi, przebywał na pastwisku wraz z sąsiadem Jerzym Wakułą. Wakuła pozostał na pastwisku, zaś Szawuła, zainteresowany wydarzeniem, udał się na wieś. Kazimiera, córka Jerzego Wakuły wspomina, jak jej ojciec próbował zatrzymać Szawułę, ale on odpowiedział: Nie. Ja pójdę zobaczyć co się tam dzieje. Zatrzymany został już po dotarciu do drogi, a później dołączono go do grupy zgonionych mieszkańców.
Następnie grupie około dwudziestu mieszkańców nakazano wykopać dół i wrzucić zwłoki zabitych. Młody Trupacz był żywy, jednak kilku esesmanów dla pewności dobijało wszystkich leżących. Osoby z grupy kopiącej grób zostały później zagnane do Urszulina, a następnie samochodem wywiezione na Majdanek. Wśród nich byli Polacy (np. Józef Trubaj, Edward Marcyniuk, Stanisław i Tadeusz Borysowie, Stefan Zyziuk, Roman Olszewski, Feliks Grzesiuk, Zygmunt Szczepański), także kobiety (np. Zofia Trubaj), które umieszczono w lubelskim Zamku. Jedna grupa mężczyzn została zwolniona do domów po trzech tygodniach pobytu na Majdanku. Pozostali zaś zostali wypuszczeni po upływie około dwóch miesięcy, w wyniku próśb składanych przez rodziny uwięzionych. Głównym warunkiem zwolnienia było zaprzestanie rabunków miejscowej mleczarni. Jak wrócili to wyglądali strasznie. Byli wychudzeni, a nie ciele mieli od wesz wiele ran. Z wyczerpania nie mili sił je zabijać – wraca pamięcią Stanisława Sidorowska.
Dla mieszkańców żydowskich zorganizowano natomiast zbiórkę w innym miejscu, przy budynku spółdzielni, znajdującym się w pobliżu skrzyżowania dróg. Nie zabierano chorych i starych, gdyż ich mordowano na miejscu, co potwierdził partyzant z placówki AK w Urszulinie Henryk Kozłowski: Chorych mordowali w ich domach, na łóżkach. Rodzina Gałmanów mieszkała przed kościołem. To chorego Gałmana w łóżku zastrzelili. Niemcy oszczędzili życie najstarszemu seniorowi tutejszego kahału Dawidowi Gryfowi. Gdy go zobaczyli w łóżku, to powiedzieli, że on i tak zaraz zdechnie, więc go zostawili – wspomina Halina Lisiecka, zamieszkująca ówcześnie w kolonii Białki.
Żydów zgoniono pod pretekstem sprawdzenia pozwoleń na pracę. Następnie dano im łopaty wmawiając, iż mają wykopać dół na ciała zabijanych Polaków. W trakcie selekcji ludności polskiej i ukraińskiej przegoniono zebranych na skrzyżowaniu Żydów za cmentarz do stodoły Wakułów, bijąc ich w drodze kijami i pałkami. Oni chyba pogodzili się ze swoją zagładą, że tak zostało zapisane, więc nawet się nie bronili. Szli posłusznie na śmierć – powraca pamięcią Henryk Arasimowicz. Żydów zegnano w okolicę istniejącej tam zasypanej i tak szerokiej studni dworskiej, że pobierała wodę na dwa wiadra. Miejsce zbrodni nie było przypadkowe, gdyż pamiętający te wydarzenia mieszkańcy widzieli, jak hitlerowcy już od kilku dni oglądali tutejsze pole. Niemcy musieli mieć chyba jakieś plany sztabowe z czasów pierwszej wojny światowej, bo o tej studni nikt we wsi nie wiedział. A oni szli na pewniaka – przypuszcza Arasimowicz i dodaje – przyjechali, odsunęli wierzchnią warstwę ziemi i odkryli studnię. Odkopywali ją niczego nieświadomi Żydzi i dokopali się do poziomu, na którym przykryta była deskami.
Dziś studnia ta również jest zasypana, dlatego też jej dokładne miejsce jest trudne do zlokalizowania, jednak w pobliżu stoi pomnik, na którym widnieje w języku polskim i hebrajskim napis tej treści: Miejsce to jest grobem moich rodaków Żydów Wereszczyna zamordowanych przez hitlerowców 14 maja 1942. Ocalona Miriam Zonsztajn. Miriam Zonsztajn, jako pięcioletnie dziecko, została wywieziona przez „granatowego” komendanta polskiej policji o nazwisku Grajek do domu Kozłowskich w Urszulinie. Z żydowskimi mieszkańcami wsi zginęli jej ojciec Ałta (Alter) z żoną Henią oraz z dwoma braćmi Dawidem i Józefem. Pracownikom Instytutu Yad Vashem udało się ustalić personalia jeszcze kilku zamordowanych, byli to: Gitlla i Izak Pachulscy, Pasza Rojzman, Aizik, Sara i Jita Szpiry, Cerel Holfand oraz Nekhemia i Jakow Zinczuki.
Żydów wyprowadzano nagich ze stodoły po dwie osoby i przy samej studni strzelano do nich, po czym zwłoki, a często się zdarzało, że jeszcze żyjących, wrzucano do wykopanego dołu. Nie strzelano do dzieci, wrzucając do studni żywcem. Ludzie zebrani przy zabudowaniach plebani skupieni byli na wydarzeniach, które działy się przed nimi, dlatego też nikt nie koncentrował się na tym, co się działo kilkaset metrów dalej. Niektórzy jednak pamiętają, jak w trakcie wydarzeń przy organistówce zza cmentarza dochodziły odgłosy strzałów na przemian z przeraźliwym płaczem, zwłaszcza dzieci. Z drugiej strony drogi znajdowały się czworaki dworskie własności rodziny Rabczewskich, na strychu których ukrył się młody chłopak, fornal Bolesław Witkowski. Przez dziurę w goncie obserwował przebieg zbrodni jednak, gdy przypadkowa kula przebiła mu policzek, uciekł w bardziej bezpieczne miejsce. Był świadkiem, jak Niemcy, słysząc przeraźliwe jęki dochodzące z dołu, co jakiś czas wrzucali granat. Przebywający w tym czasie na kościelnej wieży Jan Józefczuk widział, jak wojsko wyprowadzało ich ze stodoły i zabijało. Na początku przeraźliwie krzyczeli, a potem umierali bez słowa. Na koniec jeden z esesmanów przyniósł ze wsi jednego żydowskiego chłopca, który w wyniku przeoczenia nie został wcześniej zabrany. Nieświadomy wyszedł z domu na drogę zobaczyć co się dzieje. Jego polski rówieśnik Alfred Marcyniuk widział i do dnia dzisiejszego wspomina tę chwilę: Idzie mały Żydziak, nie zapomnę tego do śmierci. Nazywał się chyba Ałta, miał kręcone loczki, może miał pięć lub sześć lat. Idzie i mówi: mamy, mamy! Nagle Niemiec podchodzi i krzyknął: Jude!? Wziął go na ręce, zaniósł do studni i żywcem wrzucił.
Po wyjeździe Niemców z Wereszczyna, niektórzy mieszkańcy przybiegli zobaczyć co się stało z ich sąsiadami. Zabitych było tak dużo, że studnia i wykopany dół nie mieściły wszystkich, dlatego też odjeżdżający po egzekucji Niemcy wzięli grupę zatrzymanych Ukraińców i Polaków w Andrzejowie do przyspania ciał ziemią. Już po odjeździe Niemców deski w studni pod naporem ciężaru ciał pomordowanych nie wytrzymały, stąd też w miejscu wcześniejszego kopca wytworzył się lej, który mieszkańcy zasypali ziemią. Usypany kopiec był pełen zwłok, ale też i Żydów na wpół żywych. Z obawy o własne życie nikt nie odważył się udzielić pomocy, choć jeszcze następnego dnia ponoć ruszała się ziemia w tym miejscu.
Trudno też ustalić, ilu Żydów w Wereszczynie zginęło. Zdaniem ocalonej Miriam Zonsztajn zgładzonych Żydów było około 300. Jest to niewątpliwie liczba przesadzona, gdyż w samym Wereszczynie w tych latach mieszkało do 130 mieszkańców pochodzenia żydowskiego, a tego tragicznego dnia (błędnie podanym przez Miriam jako 14 maja) żaden konwój Żydów z innych miejscowości nie został przyprowadzony. W tym dniu, kilka godzin wcześniej, wymordowani zostali Żydzi andrzejowscy i zastawscy, jednakże egzekucje odbyły się na miejscu. Szacuje się, że zginąć mogło od 90 do 120 Żydów, według historyków z Głównej Komisji Badania Zbrodni Hitlerowskich w Polsce Instytutu Pamięci Narodowej, zginęło 94 osoby. Trzeba pamiętać, iż kilku mieszkańców żydowskich mogło w dniu pacyfikacji nie być we wsi. Instytut Yad Vashem jako miejsce śmierci chociażby miejscowego Zeldy Zinczuka podaje miejscowość Turec na Białorusi. Natomiast Fajwel i Lejba Gryfowie oraz Szpryca Blumensztok jeszcze w kwietniu 1942 roku znajdowali się na liście osób przebywających w lubelskim getcie.
Żyją jeszcze świadkowie, którzy widzieli egzekucje osób w miejscach innych, niż przy studni. Na przykład śmierć chłopaka żydowskiego, który nieświadomy całej tragedii wracał do domu z Kulczyna. Każda pacyfikowana wieś była otoczona kordonem żołnierzy i wówczas, gdy chłopiec ten natknął się w Zastawiu na takich żołnierzy, został rozstrzelany na miejscu. Pozostały relacje mieszkańców o udanej ucieczce niektórych z nich, chociażby dwóch Żydów spod samej studni. Jeden z nich Elek, mieszkaniec Zastawia, uciekł w ostatniej chwili przed egzekucją i szybkim biegiem udał się w kierunki swojej miejscowości. W pościgu za nim brał udział nawet samolot niemiecki. Pomimo tak silnego ostrzału, z ziemi i z powietrza, udało się mu schować w trzcinie pod jednym z grzybieni w okolicznym jeziorze. Tam przeczekał wydarzenie, jakie miało miejsce w Wereszczynie i dopiero wieczorem wyszedł – relacjonuje ówczesna sąsiadka Elka Regina Woźnica. Elek oddał się jednak w ręce niemieckie, udając się do Żydów zamieszkałych w Wytycznie, po czym słuch po nim zaginął. Jeden z mieszkańców Zastawia Tadeusz Garach zeznał, iż widział jeszcze jednego Żyda, uciekającego przed dwoma mundurowymi: Pomimo odniesionych ran udało mu się schować w dolinie rzeki Włodawka. Ścigający go żołnierze, po utracie z pola widzenia, zaniechali pościgu. Jego dalszy los również nie jest znany.
Anonimowy mieszkaniec wspomina, jak jedna osoba po wyjeździe Niemców poszła do stodoły, by wziąć trochę ubrań po Żydach. Gdy sięgała po ubrania wychylił się z nich chłopiec. Tak się ojciec przestraszył, że sam uciekł. Nie wiem co się z tym chłopcem stało. Eksterminacji uniknęli wypasający wówczas bydło dwaj braci, dwunastolatek i osiemnastolatek. Po kilku dniach ukrywania się w lesie pod Wielkopolem zostali zabici przez Niemców, a w miejscu ich śmierci mieszkańcy postawili krzyż. Również nie jest znany los Senderowej, właścicielki kamienicy i sklepu znajdującego się przy głównym skrzyżowaniu. W dniu pacyfikacji skryła się w pobliskim rowie, następnie w obawie o swoje życie uciekła poza wieś i więcej nikt z miejscowych jej nie widział. Henryk Arasimowicz przywołuje na pamięć los żydowskiej współlokatorki: z domu uciec zdążyła Cyrla z dzieckiem. Błąkała się kilka dni, aż w końcu poszła na posterunek w Urszulinie. Tam za stodołą Kozłowskich ją i dziecko zamordowano.
Więcej szczęścia miała ocalona Miriam, która te wydarzenia przetrwała w ukryciu. Ukrywała się z młodszym bratem Dawidem w pobliskich krzakach. Stanisława Sidorowska wspomina: Jej braciszek zaczął płakać. Wdzieliśmy, jak niedługo potem Niemiec zabrał go do grupy rozstrzeliwanych Żydów. Mały zginął, ale Maszce udało się uciec. Następnie Miriam udała się do komendanta granatowej policji w Urszulinie Grajka, będącego dobrym znajomym jej ojca. Grajek przeniósł ją na przechowanie do Marianny Kozłowskiej w Urszulinie, mieszkającej na przeciwko. Nakazał zaopiekować się Miriam i zadbać o jej nową tożsamość. Pomimo, że w domu Kozłowskich znajdował się posterunek policji, Miriam przeżyła wojnę, a po jej zakończeniu udała się do Izraela.
Żydzi, którzy uniknęli tego dnia egzekucji, uciekali z Wereszczyna, gdyż w swojej rodzinnej miejscowości nie mogli liczyć na pomoc. Stanisława Sidorowska zachowanie swoich rodziców i sąsiadów tłumaczy: Wszyscy się baliśmy, byliśmy tak zastraszeni, że nie słyszałam o sobie w Wereszczynie by kogoś przechowywała. Obok nas żyli Ukraińcy, którzy zaraz by donieśli Niemcom o tym fakcie. A gdy ktoś pomagał, to przecież mordowali całą rodzinę.
Egzekucje przy organistówce i w studni to nie jedyne kary, jakie spotkały tego dnia mieszkańców Wereszczyna. Przestrogą dla Polaków za liczne rabunki miejscowego kontyngentowego sklepu spółdzielczego i mleczarni miało być spalenie części wsi. Wszystkim zebranym przy ogrodzeniu parafialnym nakazano przemaszerować pod dom sołtysa i orzeczono, iż ten budynek również zostanie spalony. W połowie drogi mieszkańcy zauważyli, jak zabudowania sołtysa zaczęły płonąć. Jeden z Niemców powybijał szyby i zaczął wrzucać snopki słomy, a następnie podpalił wszystko. W środku była Szawułowa, ledwo co zdążyła wybiec – wspomina Stanisława Sidorowska. Ogień rozprzestrzeniał się bardzo szybko, gdyż były to budynki drewniane z pokrywą strzechową lub gontową. Niemcy nie pozwolili, aby się spaliły sąsiadujące z sołtysem budynki Czarneckich, gdyż jako jedni z nielicznych odmówili pomocy dla przebranych „plennych”.
W międzyczasie żołnierze otaczający wieś zaczęli się schodzić, podpalając w inne zabudowania. Budynki zaczęły się palić także od zrzucanych z samolotów pocisków ogniowych. Wtenczas, jak wspomina Henryk Zabłuda, ludzie zaczęli prosić, aby pozwolono im ratować swój dorobek życia. Pomimo uzyskania zgody od oficera niemieckiego, rzucających się do ratowania budynków mieszkańców spotkała przykra niespodzianka, gdyż zostali ostrzelani „pod nogi”, jednak nikt w wyniku tego ostrzału nie ucierpiał. To wywołało uśmiech na twarzach żołnierzy niemieckich. Po kilku minutach oficer nakazał zebranym mieszkańcom ratować swoje zabudowania. Mało kto ratował swój dobytek, ludzie byli już tak zastraszeni, iż rzucili się do ucieczki. Ucieczkę bardzo ułatwił wszędzie roznoszący się dym ze słomianych dachów, który przemieszczał się w stronę prawosławnego cmentarza. W wyniku pożaru spaleniu uległo około połowa zabudowań z północnej części wsi, od budynków sołtysa, aż do kościoła (w sumie około 150 budynków w ponad 30 gospodarstwach). Z części tej ocalały jedynie dwa budynki mieszkalne. Oprócz zabudowań mieszkalnych i gospodarskich spłonęły dwa budynki, w których znajdowała się szkoła, a wraz z nimi cała szkolna dokumentacja.
W czasie, gdy Niemcy dokonywali pacyfikacji wsi, wszystkich mieszkańców zmierzających do niej od strony Urszulina zatrzymywali i zamykali w oddalonej od wsi stodole. Wśród nich był Konstanty Wołosiuk, który tamten dzień opisuje w sposób następujący: Nie bardzo wiedziałem, o co chodzi, niczego przecież nie zrobiłem. Po kilku godzinach jeden z pilnujących nas policjantów wyprowadził wszystkich na zewnątrz. Myślałem, że to już koniec, ale on pokazał palący się w oddali Wereszczyn. Słyszałem, jak jeden z hitlerowskich oprawców opowiadał, że chcieli spalić tylko naszego sołtysa (…). Nawet przez myśl mi wówczas nie przyszło, że moje budynki też mogły spłonąć. Około czternastej wszystkich nas zwolniono. Zwrócono mi też wcześniej zabrany rower. Ponad polowa domostw już się spaliła. Gdzieniegdzie jeszcze tliły się resztki budynków. Z mojej zagrody została tylko kupka popiołów (…). Podobny los spotkał prawie trzydziestu gospodarzy.
4.3. Życie mieszkańców po pacyfikacji wsi
Wiele rodzin, które utraciły swoje gospodarstwa w pożarze, przez wiele lat mieszkało „kątem” u swoich sąsiadów. Część poszkodowanych rodzin za niewielką cenę zakupiło ocalałe w pożarze domy żydowskie. Tym, którzy nie zdążyli z zakupem, przenieśli się do swoich sąsiadów lub do budynku organistówki (np. Wakułowie). Zabudowania parafialne najszybciej odzyskały swój splendor. Na plebani wymieniono dach i domurowano ganek, a w miejsce spalonych budynków gospodarczych wybudowano nową drewnianą stodołę oraz oborę z cegły i pustaków.
Przestraszeni mieszkańcy, po otrzęsieniu się z tragedii, podjęli decyzję o zorganizowaniu warty przed mleczarnią, która była głównym powodem spalenia wsi. Rabunków nie było do końca niemieckiej okupacji, gdyż warty podjęli się partyzanci z miejscowej placówki AK. Taka decyzja spowodowała wiele kontrowersji, zwłaszcza w gronie dowództwa AK, gdyż z jednej strony mleczarnia była mieniem okupanta, co mogło być uznane za kolaborację, z drugiej strony zaś rabunki przynosiły wiele dochodów, z których dowództwo podziemia bezpośrednio czerpało korzyści. W obawie o swoje mienie zdecydowana większość mieszkańców postanowiła jednak utrzymywać wartę przez cały okres okupacyjny.
We wsi od czasu do czasu pojawiali się niemieccy funkcjonariusze. Pierwszy raz przyjechali już drugiego dnia po pacyfikacji, aresztując kilkanaście osób, głównie młodych, kierując ich na roboty publiczne do III Rzeszy lub umieszczając w więzieniu w lubelskim Zamku i w obozie na Majdanku. Zatrzymano chociażby Ukraińca Niewiadomskiego, ojca Władysława Szawuły i Józefa Cepę. Wszystkich umieszczono w obozie koncentracyjnym w Oświęcimiu. Zatrzymanie Niewiadomskiego potwierdzałoby omyłkową egzekucję w dniu poprzednim Polaka Stefana Niewiadomskiego zwłaszcza, że sami Niemcy przyznali się jego matce do popełnienia błędu. Ukrainiec Niewiadomski przeżył pobyt w Oświęcimiu i wrócił do Wereszczyna, gdzie został pomocnikiem w gospodarstwie Wołosiuków. Polscy partyzanci w akcie zemsty próbowali dokonać jego zabójstwa, jednakże od czynu tego odwiódł proboszcz Władysław Urbańczyk.
W ciągu kilku pierwszych najazdów hitlerowcy zabili kilka osób, uciekających na widok nadjeżdżających ciężarówek (np. Rozwadowskiego). Z archiwów, jakie pozostawili po sobie wyczytać można, iż egzekucje występowały i w późniejszych latach, oczywiście nie na taką już skalę. W dniu 26 i 28 października 1943 roku funkcjonariusze niemieccy zamordowali w okolicach Wereszczyna w sumie pięciu Żydów. Byli to uciekinierzy z Sobiboru, którzy w dniu 14 października wywołali powstanie, skierowane przeciwko pilnującym ich strażnikom. W sumie z obozu uciekło wtenczas 320 przetrzymywanych w nim Żydów. W wyszukiwaniu zbiegłych udział brało kilkuset żołnierzy, którym wsparcia udzielali funkcjonariusze z miejscowych posterunków, a także, choć najczęściej pod przymusem, ludność miejscowa. Zdarzało się, że niektórzy z miejscowych wywiązywali się z tego zadania bardzo gorliwie, łapiąc i wydając Niemcom ukrywających się Żydów.
Poza organizowanymi obławami na ludność żydowską, co raz częściej Niemcy pojawiali się we wsi celem rozbicia struktur organizacji podziemnych, których siła z upływem czasu szybko rosła. Oprócz podziemia prolondyńskiego rozwijały się struktury partyzantki prosowieckiej. Były zasilane głównie przez Ukraińców, którzy wraz z przejęciem inicjatywy przez Armię Czerwoną na froncie zachodnim, zmieniali coraz częściej nastawienie z filoniemieckiego na prokomunistyczne. W dniu 22 kwietnia 1944 roku władze niemieckie aresztowały jednego członka AK, a pod koniec kwietnia tego roku między Wereszczynem, Wielkopolem a Kalinówką wybuchła rakieta V1, wystrzelona z poligonu w Nowej Dębie koło Rzeszowa. Pierwszego z mieszkańców wsi Wacława Gawlińskiego i dwóch członków jego rodziny z Chełmskiego, chcących zobaczyć co się wydarzyło, zastrzelili żołnierze niemieccy, którzy przybyli, aby zabezpieczyć miejsce wybuchu rakiety. Pomimo, iż rakieta wybuchła w okolicach Wereszczyna, szkody powstały w samej wsi. Z kościoła i z pobliskich domostw wyleciały wszystkie szyby, poważnemu zniszczeniu uległa również kościelna dachówka.
Były to ostatnie zbrodnie dokonane przez okupanta niemieckiego, we wsi coraz częściej faktyczną kontrolę przejmowali partyzanci, zarówno orientacji prolondyńskiej, jak i proradzieckiej. Już w marcu 1944 roku do Wereszczyna przybyli dobrze uzbrojeni i licznie radzieccy partyzanci Sidora Kowpaka. Pojawienie się radzieckiego oddziału partyzanckiego miało wpływ na wewnętrzne rozgrywki w AK, w tym na śmierć komendanta tutejszej placówki Witolda Wierzejskiego. Zginął z rąk swoich towarzyszy z podziemia w dniu 25 kwietnia 1944 roku. Pretekstem do zabójstwa Wierzejskiego był pozorowany rabunek miejscowego sklepu spółdzielczego. Przybyli do wsi kowpakowcy kilkakrotnie ograbili mleczarnię, stąd też postanowiono upozorować grabież sklepu, by uchronić pozostające w nim towary. Czynu tego dokonali sprzedawca Julian Szaruga, Władysław Walaszek oraz Witold Wierzejski. W trakcie akcji Szaruga częściowo zniszczył dokumentację tam przechowywaną, by tym sposobem zatuszować wcześniejsze braki w kasie. Zabrane ze sklepu towary, pieniądze i dokumentację zaniesiono gospodarzowi sklepu Czesławowi Gąsiorowi, natomiast nie poinformowano wcześniej o planowanej akcji członków zarządu spółdzielni. Stąd też opinie na ten temat były podzielone, a całej trójce przypisano też inne występki, jakie miały miejsce w okolicy. Narada dowództwa AK nad działaniem ojca odbyła się na Glinach, ale ojciec tam nie pojechał, o decyzji powiedzieli mu koledzy – opowiada syn Witolda, Henryk Wierzejski. Walasek i Szaruga zostali ukarani batami, natomiast Wierzejskiemu dowództwo tutejszego rejonu AK zakazało opuszczania terenu i noszenia broni.
Kilka dni później w Wiązowcu, w ścisłym gronie dowództwa AK, zakaz zamieniono na karę śmierci. Miała być przestrogą przed podobną działalnością partyzantów AK, choć faktycznie była efektem wewnątrz-organizacyjnych porachunków zwłaszcza, że równo dwa miesiące wcześniej w niewyjaśnionych okolicznościach w Starym Załuczu zamordowano Komendanta Obwodu AK na Powiat Włodawski Józefa Milerta, ps. „Sęp”. Pretekstem zabicia mojego ojca mogły być wydarzenia z 26 maja 1942 roku, kiedy to Niemcy, za wielokrotne rabunki mleczarni, spalili połowę wsi. Aby uchronić wieś przed kolejną pacyfikacją partyzanci AK, z moim ojcem na czele, na prośbę mieszkańców pełnili od tego czasu wartę. Nie podobało się to tym, którzy dopuszczali się wcześniej tych rabunków i przez których wieś została ukarana spaleniem. Ta postawa nie spodobała się również dowództwu akowskiemu – ujawnia powody zbrodni Henryk Wierzejski. Na takie same przesłanki zbrodni wskazują towarzysze Witolda Wierzejskiego z podziemia. Józef Trubaj w spisanej relacji wydarzeń pisał: Powszechna opinia mieszkańców wskazywała na dokonanie tej zbrodni przez partyzantów z ugrupowania „Jaremy” – Bolesława Flisiuka. Przyczyny śmierci nie są mi bliżej znane. Stawianie wart przy mleczarni było dość kontrowersyjne. Stwarzało jakieś zabezpieczenie mieszkańców Wereszczyna przed następną zemstą ze strony Niemców, ale nie podobało się dowództwu akowskiej partyzantki, bo ograniczało możliwość zaboru produktów mleczarskich.
Do tak surowego wyroku wobec swojego towarzysza przyczynić się mogła chęć „ocieplenia” stosunków z partyzantką radziecką, co było najbardziej prawdopodobną przyczyną morderstwa wspomnianego Józefa Milerta. W tym czasie przez wieś przemaszerowali liczni i silnie uzbrojeni partyzanci Sidora Kowpaka. Szli przez wieś ze dwie, trzy godziny. Niedługo po tym znowu pojawili się w Wereszczynie i przyszli do naszego domu. Gdy mama nie otwierała drzwi to je wyważyli i dotkliwie pobili ojca. Zabrali wszelką odzież i obuwie, pozostały gołe wieszaki – wspomina Wierzejski. Dość szybko doszło do współpracy kowpakowców z AK, której komendantem Obwodu Włodawskiego po śmierci „Sępa” został Bolesław Flisiuk, ps. „Wit”, „Jarema”. Zabicie mojego ojca miało służyć pokazaniu radzieckim towarzyszom, że ludzie, którzy pilnują mienia niemieckiego, zostaną surowo ukarani przez samych akowców – dodaje Wierzejski.
Po wydaniu wyroku śmierci na Witoldzie Wierzejskim kierownictwo nad miejscową placówką przejął Jan Józefczuk. Koledzy próbowali nakłonić Wierzejskiego do wyjechania z Wereszczyna, ale mój ojciec postanowił zostać, przecież miał zakaz opuszczania terenu i noszenia broni. Gdyby wyjechał, to uznaliby go za dezertera, a wtedy to na pewno za złamanie zakazu ukarano by go śmiercią – uzasadnia decyzje ojca Henryk Wierzejski. Wyrok wykonano, a podjęło się tego pięciu okolicznych partyzantów. Witold Wierzejski pozostawił wdowę i osierocił trójkę małych dzieci. Zarówno zakup trumny, jak i koszty całego pogrzebu sfinansowali jego towarzysze, a nad w kościele nad ciałem przemówił Józef Klauda z Wytyczna. Jeszcze przez kilka lat towarzysze Witolda Wierzejskiego z podziemia, przede wszystkim Jan Józefczuk, pomagali osieroconej rodzinie, czego przykładem było chociażby przywezienie kilku furmanek torfu na opał.
W dniu 12 maja 1944 roku właśnie w Wereszczynie miało miejsce objęcie dowództwa przez Romualda Kompfa ps. „Rokicz” nad unifikującym tutejsze oddziały partyzanckie III-im Batalionem 7 Pułku Piechoty Leg. Gdy „Rokicz” przybył do Wereszczyna był pod wrażeniem liczebności partyzantów, co opisał w swoich pamiętnikach: Gdy przybyłem do wsi Wereszczyn roiło się tam od partyzantów w żołnierskich mundurach Wojska Polskiego i w cywilnych ubraniach oraz partyzantów ubranych w zdobyczne mundury niemieckiej żandarmerii lub granatowej policji polskiej z biało-czerwonymi opaskami na lewym przedramieniu. Pełno było starszych żołnierzy i zupełnie młodych wiarusów, uzbrojonych w różnorodną broń (…) Nastrój wiary był bardzo dobry i dość ożywiony panował tam ruch, gdyż ze wszystkich stron ściągały do wsi większe i mniejsze grupy i oddziały leśne, wśród których spotykali się ze sobą starzy znajomi, przyjaciele i koledzy, ci co już wąchali proch w różnych akcjach dywersyjno-sabotażowy oraz co marzyli, by jak najprędzej stać się pełnowartościowy „starym wiarusem” mimo bardzo młodego swego wieku, toteż mieli co do opowiadania między sobą. (…) Zaszedłem do wiejskiej chałupy w środku wsi, gdzie oczekiwał już na mnie Komendant Obwodu AK „Wrzos” kapitan „Jarema” Bolesław Flisiuk, który zwołał do siebie wszystkich dowódców kampanii i grup specjalnych na krotką odprawę. Komendant wydał również rozkaz swemu kwatermistrzowi, by przydzielił dla mnie wierzchowca oraz oficerski automat radziecki, gdyż pistolet i lornetkę polową wojskową posiadałem własne. Do oficerskiej swej torby włożyłem dwa granaty obronne i paczkę z opatrunkiem na wszelki wypadek. Tak dozbrojony i wyposażony dosiadłem „Sroczkę”, to jest przydzieloną do mej dyspozycji klacz maści kasztanowej i dość obfitych dużych białych łatach, dzięki którym tak ją pospolicie nazywano, oraz wyjechałem na wieś, gdzie wzdłuż drogi ustawione były w szyku rozwiniętym w dwuszeregu oddziały partyzanckie, które oczekiwały na swojego dowódcę. Batalion wyruszył wieczorem z Wereszczyna w kierunku na Dębowiec.
Jak opisał Kompf w Wereszczynie tego dnia była niezliczona liczba partyzantów, zarówno tych dobrze uzbrojonych, jak i ochotników, ale niemalże nikogo z dotychczasowej placówki AK w Wereszczynie. Absencja miejscowych partyzantów była formą protestu wobec dowództwa AK za zamordowanie komendanta placówki Witolda Wierzejskiego. Część z nich zaniechało dalszej działalności, a ci, którzy chcieli walczyć dalej, przystąpili do prosowieckiego oddziału „Jeszcze Polska nie Zginęła” Roberta Satanowskiego. Wybór Wereszczyna, w celu dokonania powyżej opisanej odprawy, nie był przypadkowy, miała to być deklaracja siły nie tylko przed okupantem i oddziałami partyzanckimi innych orientacji politycznych, ale również przed miejscowymi członkami AK.
Słabnące siły okupacyjne i coraz liczniejsze oddziały partyzanckie powodowały wytworzenie się w 1944 roku stanu anarchii, który był wykorzystywany do eskalacji konfliktu polsko-ukraińskiego. Tworzące się licznie bandy nie przestrzegały żadnych świętości, z kościoła skradziono pozłacaną sukienkę z obrazu Matki Boskiej. Najbardziej doskwierającą dla polskich mieszkańców była działalność rabunkowa ukraińskiej partyzantki. Mieszkająca w pobliskiej Białce Halina Lisiecka wspomina: przyjechało do nas dziesięciu Ruskich. Ja syna zdążyłam wynieść, ale dom doszczętnie zrabowali z żywności i załadowali na nasz wóz. Zabrali też konia i wszystko wywieźli. Na szczęście z nimi pojechała sąsiadka Gąsiorowa i następnego dnia wróciła do nas z naszym koniem i wozem.
Aktów bandytyzmu na tle narodowościowym nie ustrzegli się również Polacy, mordując chociażby miejscowych ukraińskich nauczycieli, którzy uznawani byli za liderów nacjonalistycznych struktur partyzanckich, podejmujących się działalności antypolskiej. Już w dniu 21 lutego 1941 roku zamordowano Mychajłę Ostapiuka, w ostatnich miesiącach wojny zginął również kierownik szkoły Jurij Moroz. O przykładach bandytyzmu Polaków dowiadujemy się ze zdawanych władzom prawosławnego konsystorza w Chełmie i włodawskiego dekanatu sprawozdaniach miejscowego popa Arseniego Myszkowskiego. W raporcie wysłanym do Włodawy pisał: W dniu 29 VII o godzinie drugiej po południu weszło do mojej chaty znanych mi 6 Polaków, z żądaniem dania wódki i zagryzki twierdząc, że są głodni. W tym czasie ja spisywałem akt ślubny Wasyla Pawluka i Zofii Czugaj, mieszkańców wsi Kulczyn. Patrząc, że są to ludzie niepewni, wziąłem w pośpiechu księgę ślubów i usiadłem na niej na łóżku, zostawiłem jednak na stole otwartą księgę zapowiedzi. Jeden z bandy wziął tą księgę i zauważywszy, że jest pisana po ukraińsku, zaczął mówić, że w Polsce nie pisze się po ukraińsku, drugi natomiast nie mogąc znaleźć wódki wziął księgę i ją zaczął rwać. Na moje słowo: „Proszę oddać książki” jeden z nich odpowiedział: „Milczeć! Nie odzywać się! Bo zaraz będzie kapota, słyszysz popie?” Po tych słowach pogrozili i wyzwali, a następnie wszyli, zabierając księgę zapowiedzi przedmałżeńskich. W raporcie z listopada Myszkowski pisze już o dokonanych we wsi i okolicy zbrodniach:
1. W nocy szóstego września b.r. o godzinie dwudziestej trzeciej został zabity strzałem z pistoletu Dmitro Jowik. Zostawił po sobie żonę i 6 dzieci, w. Wereszczyn.
2. 1 XI b.r. O godzinie 14 we wsi Wereszczyn w chacie Iwana Demczuka został zabity strzałem z pistoletu Jurij Moroz – były nauczyciel szkoły w Wereszczynie, zostawiając żonę Zinowię. Został pochowany w Chełmie na cmentarzu.
3. We wsi Andrzejów – parafia Wereszczyn w nocy 12 XI banda polskich terrorystów napadła na wieś i powybijała 12 gospodarzom okna z ramami oraz zabiła strzałem Józefa Stelmaszuka lat 35, a o drugiej w nocy 13 XI ograbiła biedną wdowę Eugenię Postawowkę, mieszkankę Kolonii Wereszczyn, a we wsi Wereszczyn wykradli Józefowi Cepie i Wasalowi Wołczukowi świniaki. W nocy z 18 na 19 XI banda polskich złodziejów ograbiła we wsi Zastawie 10 gospodarzy i zabrali całą odzież, obuwie i mąkę. Tej nocy drugi raz w Wereszczynie był napad złodziei na Józefa Cepę i Wasyla Wołczuka i cerkiewnego starosty Adama Szawuły u którego rabusie wzięli konia z wozem i kazali wieść się do drugiej wsi. Wszystkie wymienione napady na Ukraińców zmuszają ich wszystkich do przesiedlenia się z rodzinnej Chełmszczyzny na Wielką Ukrainę w Zaporożu, jak i mnie trzeba będzie wyruszyć z nimi w te trudy życia. Relacje Myszkowskiego potwierdzają także polscy mieszkańcy, którzy o niektórych swoich towarzyszach z partyzantki anonimowo mówią, że byli też tacy, co nie mogli się doczekać, aż noc przyjdzie, by ruszyć na ukraińskie gospodarstwa. Rabowali co się tylko dało.
W raporcie Myszkowskiego z końca września 1944 roku dowiedzieć się możemy o ogólnej sytuacji prawosławnych i innych przyczynach skłaniania się ku przesiedleniom. Myszkowski pisał, iż w parafii było 4 ukraińskie szkoły, które zostały w 1943 roku zamknięte w wyniku gróźb śmiertelnych wobec nauczycieli, wysuwane przez wrogie bandy. Teraz ja organizuję w cerkwi nauczania modlitwy i Praw Bożych w służbie Bogu, ale rodzice wyrażają zgodę wysyłania dzieci jedynie w niedziele i święta. W dalszej części raportu pop uskarżał się na brak opieki chełmsko-podlaskiej diecezji prawosławnej, co negatywnie wpływało na postawę wiernych. Co raz więcej młodych przystępowało do Kościoła katolickiego, a w okolicy zaczęły działać sekty ukraińskie, czego przykładem była sekta badająca Pismo Św. w Kulczynie, kierowana przez Antoniego Szawułę.
W dniu 22 lipca 1944 roku do Wereszczyna wkroczyły wojska radzieckie, a właściwie Pierwszy Front Białoruski. W tym czasie we wsi zamordowano 7 niemieckich żołnierzy, którzy nie zdążyli się ewakuować. Świadkiem zbrodni był Henryk Arasimowicz: Oni uciekali z frontu i w Wereszczynie piechota jeden z oddziałów został rozkwaterowany. Po godzinie przyjechał rowerem Niemiec i kazał wyjeżdżać. Wyjechali przez Borysik w kierunku Cycowa, ale mniej liczebne grupki Niemców przebijały się przez Wereszczyna jeszcze cały dzień. Nad ranem nasi partyzanci złapali grupę siedmiu Niemców i zamknęli ich w bożnicy. Gdy wkroczyli sowieci zostali im przekazani. Udała się do nich radziecka oficer i wszystkich rozstrzelała. Pytaliśmy się dlaczego, a ona odpowiedziała, że z całej rodziny pozostała sama, wszystkich Niemcy wymordowali. Jeszcze podczas krótkiego pobytu niemieckiego oddziału grożono mieszkańcom spaleniem wsi, być może pośpiech uniemożliwił realizację planów. Gdy tylko mama się o tym dowiedziała to zaczęliśmy szybko wszystko wynosić do pobliskiego sadku. Zuzaniukowa zabrała mnie na sękowskie bagna. Tam przenocowałyśmy noc i gdy wróciłyśmy do domu, to już we wsi byli Sowieci – wspomina Stanisława Sidorowska.
Po wkroczeniu wojsk sowieckich rozpoczął się kilkumiesięczny proces przesiedleń Ukraińców do Związku Socjalistycznych Republik Radzieckich (ZSRR). Jeszcze w 1943 roku w Wereszczynie zamieszkiwało 643 osoby, w marcu 1945 liczba ta wzrosła 664 osób. Byli to w większości Polacy (137 rodzin, łącznie 523 osoby), ale też licznie Ukraińcy (42 rodziny, łącznie 141 osób). W niedługim czasie wyjechały prawie wszystkie rodziny ukraińskie, pozostało jedynie 5 osób.
Zdecydowana większość Ukraińców wyjechała dobrowolnie. Już od dłuższego czasu przed ich wyjazdem rozpowszechniana była wizja opływającego w dostatek utopijnego państwa. Część wyrażało chęć pozostania, wówczas zostawali odwiedzani przez miejscowych „partyzantów”, którzy groźbami, nawet śmiertelnymi, zmuszali do wyjazdu. Oni pozabierali ze sobą cały majątek, zboża, mąkę, co się tylko dało, ale wszystko im już we Włodawie zabrali. Mieli tam straszną nędzę. Dobrze, że latem wyjechali, bo pisali, iż przynajmniej trochę zieleniny mogli do garnków włożyć. Wielu tej drogi nie przeżyło – wspomina Stanisława Sidorowska. Pozostali w Wereszczynie głównie ci, którzy byli potomkami rodzin mieszanych. Sprzeciw obowiązkowemu wyjazdowi wyrażali głównie młodzi, dlatego też celem uniknięcia wywozu wstępowali do oddziałów partyzanckich, bądź też do państwowych służb, takich jak Urząd Bezpieczeństwa Publicznego. Pozostawione przez Ukraińców chałupy w części zostały zasiedlone, a majątki upaństwowiono. Kilka poukraińskich budynków zostało wcześniej przehandlowanych przez miejscowych „partyzantów”.
5. Wereszczyn w Polsce Ludowej
5.1. Losy powojennej partyzantki antykomunistycznej
Po wkroczeniu wojsk radzieckich partyzanci powracali do codziennych prac, choć niektórzy postanowili dalej walczyć bądź w szeregach Ludowego Wojska Polskiego (LWP) lub też w szeregach nowo otworzonych struktur organizacji WiN („Wolność i Niezawisłość”). W tajnym raporcie Powiatowego Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego (PUBP) we Włodawie z grudnia 1944 roku wymieniano Wereszczyn wśród kilkunastu miejscowości w powiecie, opanowanych przez konspiracyjne organizacje. Jednakże wobec represji władzy komunistycznych poszczególni działacze zaczęli się ujawniać, chociażby Władysław Misztalski ps. „Tońko”. Innych aresztowano pod najmniejszym pretekstem, jak Henryka Zabłudę za posiadanie broni. Został wywieziony do obozu w Borowiczach w ZSRR w listopadzie 1944 roku, powrócił w lutym 1946 roku. Taki sam los spotkał Henryka Zabłockiego, Stanisława Zabłudę (więziony w Riazaniu i Diagiliewie) oraz Stefana Szawułę (więziony w Borowiczach).
Aresztowania mobilizowały do oporu i wstępowania młodych do oddziałów partyzanckich. Najbardziej intensywnie w okolicy działała przez kilka lat grupa Józefa Struga o pseudonimie „Ordon”. Wśród okolicznych mieszkańców miał swoje „meliny”, w tym u rodziny Wawrzyckich, Stanisława Wakuły, pierwszego powojennego przewodniczącego Gminnej Rady Narodowej w Woli Wereszczyńskiej i członka Powiatowej Rady Narodowej we Włodawie, Juliana Szarugi i Władysława Kameli w Wereszczynie, czy też u gospodarzy Stanisława Wesołowskiego i Lucjana Flisiuka z pobliskiego Sękowa. „Ordon” został zabity w 1947 roku w lesie pod Wielkopolem. Wydał go ujęty pod koniec lipca 1947 roku partyzant Ludwik Szmydke ps. „Czarny Jurek”. Tego dnia, gdy zginął Strug, jego towarzysze Tadeusz Paluch, ps. „Dąb” i Zygmunt Pękała, ps. „Śmiały” (ranny w nogę) przeżyli, chowając się w krzakach pomiędzy Karczunkiem a Sękowem. Za ukrywanie partyzantów „Ordona” Stanisław Wakuła został skazany na 10 lat więzienia. Bałem się Struga, wszyscy się go bali. My tam ponieśli przez jego bandę taką klęskę, jakiej nikt nie poniósł. Wojsko bywało u nas, ale zaraz po odjeździe wojska następowały mordy i rabunki – zeznawał w procesie puchaczowskim Wakuła.
Na torfowiskach pobliskiego Bagna Bubnów kryjówkę swoją miała również inna grupa żołnierzy Narodowych Sił Zbrojnych, dowodzona przez Stefana Brzuszka ps. „Boruta”, jednak w dniu 17 sierpnia 1946 roku została zlikwidowana przez Korpus Bezpieczeństwa Wewnętrznego (KBW) i milicję w miejscowości Kulik. We wsi schronienie znajdował Klemens Panasiuk, ps. „Orlis” i „Żytosław”, komendant struktur powiatowych WiN. Oprócz kwater u zaufanych ludzi, partyzanci skrywali się w okolicznych bagnach w stogach siana, czy też na cmentarzu rzymsko-katolickim, chociażby w grobowcu rodziny Czarnieckich.
Poza grupą „Ordona” i „Boruty” w okolicy Wereszczyna działało jeszcze kilka mniejszych grup partyzanckich, których członkami byli także miejscowi. Komendantem tutejszej placówki (działającej pod kryptonimem „Przedszkole”) został Antoni Maryńczak ps. „Motylewski”, utrzymując najściślejsze kontakty z oddziałem „Boruty”. Z oddziałem Leona Taraszkiewicza ps. „Jastrząb” łączność utrzymywał Józef Wrzaszcz, który wcześniej zdezerterował z LWP. Już w dniu 23 lutego 1945 roku w godzinach nocnych Wrzaszcz oraz inny mieszkaniec wsi Misztal zostali porwani i pobici przez około dwudziestoosobowy odział partyzancki, dowodzony przez por. Woładyjowskiego. Pobicie stanowić miało karę za dokonywane przez porwanych napady rabunkowe. To zdarzenie najprawdopodobniej wpłynęło na zmianę stosunku Wrzaszcza do władzy ludowej, a w konsekwencji do jego dezercji z wojska. Przystąpił do partyzantów, choć jego brat Bolesław został wcześniej zamordowany przez oddział Józefa Struga na Bagnie Bubnów za przynależność do Polskiej Partii Robotniczej (PPR). Również „partyzanci” Struga są odpowiedzialni za śmierć wcześniej pobitego Misztala.
Z wojska polskiego zdezerterował i przystąpił do partyzantów również Hieronim Jażembski. W oddziałach WiN-u, spośród mieszkańców Wereszczyna, walczyli ponadto Aleksander Marecki ps. „Niks”, walczący w oddziale Antoniego Chomy ps. „Batory”, Leszek Marciniak, Władysław Walaszek, Henryk Kurzeja, Kazimierz Pajurek, Wacław Sołoniuk, czy też Tadeusz Semeniuk ps. „Dąb”. Marecki i Marciniuk byli oskarżani przez władze komunistyczne za udział w walce z funkcjonariuszami bezpieczeństwa, a Władysław Walaszek za współudział w zamordowaniu sowieckich żołnierzy w Sękowie. Informacje o rozlokowaniu wojsk i funkcjonariuszy bezpieki partyzantom „Jastrzębia” przekazywał Bronisław Rentflejsz, dając im również żywność.
Powszechnie działały również pospolite bandy, zajmujące się głównie grabieżą. Niby partyzantka, ale w większości to złodzieje byli. Kto miał broń, to rabował. Zbierali się, wsiadali na furę i jeździli po okolicy. A to świnię wyciągnęli, a to krowę, a to zboże. Tak było, jeden drugiego rabował. Ojca mojego siedem razy obrabowali. Zabierali co było, konie, wóz, świnie, zboże. Znało się wszystkich, ale co można było zrobić? – wspomina jedna z ówczesnych mieszkanek. Jedną z takich band była grupa Marciszy. Marcisza został zamordowany w Kulczynie przez swoich kolegów z bandy, gdyż chciał się uznać samozwańczym, despotycznym jej przywódcą. Złość towarzyszy, a przede wszystkim wódka, której się wszyscy napili w nocy dokonania zabójstwa, doprowadziły do awantury, a w konsekwencji do morderstwa.
Do walki z miejscowymi partyzantami i pospolitymi bandami skierowano Ukraińców z Wólki Tarnowskiej, zwanych potocznie „wolańcami”, którzy nie zostali wywiezieniu do Związku Radzieckiego. Nowa władza ludowa wyposażyła ich w broń, tworząc miejscowy oddział Ochotniczej Rezerwy Milicji Obywatelskiej (ORMO). W wyniku aresztowań i zasadzek zginęło kilku okolicznych partyzantów skrywających się w Wereszczynie, w tym dezerter LWP Antoni Panek, Witold Bolesta, Bolesław Chwaluk ps. „Grab” z Małkowa, zastrzeleni podczas zorganizowanej w dniu 13 września 1945 roku obławy w gospodarstwie Majewskich. Bolka wolańcy przywieźli ze sobą, zaś Antek i Witek spali w brogu z sianem koło stodoły. Gdy ich znaleźli to rozebrali i zastrzelili, Bolek zaś zaczął uciekać, ale i jego zabili – wspomina tamte chwile kolega z partyzantki Zygmunt Pękała.
Ginęły również osoby przypadkowe, jak chociażby Władysław Mierzwa, zastrzelony od „ślepej” kuli przy starym prawosławnym cmentarzu. Powoził furmanką, gdy „wolańcy” z Tarnowa przeprowadzali akcję, skierowaną przeciw miejscowym partyzantom. Zginęło wówczas kilku mieszkańców, wśród nich żołnierz LWP Zdzisław Jarosiewicz. Podczas tej akcji przebywał w Wereszczynie na przepustce. Ukraińcy ze wspomnianego oddziału ORMO uznali go za bandytę, po czym na miejscu wykonali na nim egzekucję. Po ogłoszeniu amnestii w styczniu 1947 roku większość partyzantów ujawniła się, wobec czego placówka WiN w Wereszczynie przestała faktycznie istnieć.
Z Wereszczyna wywodził się jeden z pierwszych powojennych wójtów – Kazimierz Pajurek. Był członkiem PPR, jednakże wcześniej działał w partyzantce, utrzymując z nimi kontakty także w okresie pełnienia funkcji wójtowskiej. Prawdopodobnie do włodawskich władz doszły informacje, iż wójt Kazimierz Pajurek działa na „dwa fronty”. Wówczas we wrześniu 1949 roku przyjechali z Włodawy przedstawiciele partyjni na inspekcję do gminy. Następnie wybrali się na polowanie kaczek nad Jezioro Wytyckie. Kazimierz Pajurek miał naganiać automatem kaczki i prawdopodobnie został zabity z lądu. Morderstwo upozorowano na nieszczęśliwy wypadek.
Podobny los mógł spotkać komendanta tutejszej placówki – Antoniego Maryńczaka, który został aresztowany w lutym 1952 roku. W procesie, który miał miejsce w grudniu tego samego roku, zarzucono mu czynny udział w antypaństwowej formacji zbrojnej oraz udzielanie pomocy dla ukrywających się przed aresztowaniem przez służby bezpieczeństwa. Skazano go na karę śmierci, wyrok jednak później zamieniono na karę dożywotniego więzienia.
5.2. Ludność i organizacja życia publicznego wsi
Po wojnie zanikły praktycznie ślady po dworkach i folwarkach szlacheckich, a także po żydowskich i ukraińskich mieszkańcach. Ocaleni bracia Senderowie co prawda wrócili po wojnie do Wereszczyna, ale tylko by sprzedać rodzinie Okupnych swoją kamienice i zabudowania gospodarcze. Folwarczne budynki gospodarcze zostały przez mieszkańców rozebrane, zaś budynki mieszkalne zakupili miejscowi chłopi. W miejscu majątku Dmowskich klasztor wybudowały siostry Zakonu Zgromadzenia Córek Najczystszego Serca Najświętszej Maryi Panny, zwane potocznie „sercankami”. Otrzymały one grunty w 1956 roku od samej dziedziczki Apolonii, w zamian za dożywotnie utrzymanie. Była osobą bardzo tęgą, około 170 cm w biodrach, a potrafiła za jednym razem zjeść cała kurę – wspomina Regina Woźnica. Na starość wyjechała do Nowego Miasta i tam zmarła. Dworek rozebrano, gdyż chylił się ku upadkowi i w tym samym miejscu przełożona zakonnic siostra Sabatowska postawiła nowy budynek.
Przetrwał natomiast dwór po rodzinie Kukawskich, wybudowany pod koniec XIX wieku. Formalnie stanowił własność żydowskiego kupca z Lublina Abrama Jozefa Opatowskiego, jednakże ten, by nie zostać uznanym za obszarnika, nie podejmował działań w celu odzyskania majątku. Już w 1944 roku przekazano budynek wraz z gruntami o powierzchni 286 hektarów dla dyrekcji Lasów Państwowych, choć nadal pełnił funkcję mieszkalną dla mieszkańców wsi, którym w 1942 roku spalono gospodarstwa (m.in. Wakułom). Ganek dworku przerobiono na werandę, zaś gontowe pokrycie zamieniono dachówką. Grunty pozostałych majątków rozparcelowano na podstawie przepisów Dekretu o reformie rolnej z 1944 roku.
Okres tworzenia władzy ludowej był dla Wereszczyna okresem niesprzyjającym. Nie udało się utworzyć siedziby gminy, która ostatecznie ulokowana została w znacznie mniejszym Urszulinie. Jeszcze w latach czterdziestych Wereszczyn i Urszulin uznawane były za dwa główne gminne ośrodki administracyjne. Pochody pierwszomajowe organizowano najpierw w Urszulinie, a następnie wszyscy maszerowali do Wereszczyna. Na cerkwisku ustawiano trybuny z delegatami władz gminnych i powiatowych. Pochody ściągały do Wereszczyna więcej ludzi niż w Urszulinie – wraca pamięcią Henryk Wierzejski. O ostatecznym ulokowaniu siedziby gminny zadecydowało zebranie sołtysów, które odbyło się w Wereszczynie. Zwyciężyła koncepcja Urszulina, przede wszystkim ze względu na centralne położenie. Z tego powodu już w 1950 roku przeniesiono do Urszulina siedzibę Kasy Stefczyka.
We wsi postawiono jednak kilka nowych budynków, w których ulokowano instytucje, takie jak: szkoła, poczta, sklep państwowy i kino wiejskie. Placówkę pocztową ulokowano przy głównym skrzyżowaniu, a plac pod nią wydzielono decyzją Gminnej Rady Narodowej Wola Wereszczyńska z siedzibą w Urszulinie w 1948 roku. Pierwszą kierowniczką została Danuta Olszewska, zaś na przełomie lat czterdziestych i pięćdziesiątych pocztę obsługiwał Henryk Arasimowicz. W największym drewnianym budynku od strony Urszulina mieściła się do 1950 roku Kasa Stefczyka, karczma i mieszkanie Kowalczyków, mieszkanie Bąków, sklep spółdzielczy, świetlica oraz mleczarnia.
Powojenne przemiany, a przede wszystkim masowe przesiedlenia, wpłynęły na znaczny spadek liczby ludności. W kwietniu 1947 roku w Wereszczynie mieszkało już 377 osób, a zgodnie z mapą topograficzną z 1965 roku w samej wsi znajdowało się 69 gospodarstw, w Kolonii Białki przynależnej do Wereszczyna 7, a w Kolonii Wereszczyn 26 gospodarstw. Gospodarstwa te były zamieszkane łącznie przez 381 osób. W kolejnych latach przybyły dwa nowe. W okresie tym w Gminie Urszulin, pod względem liczebności, Wereszczyn ustępował jedynie wsi Wytyczno. Funkcję sołtysa pełnił wówczas przez wiele lat Jan Józefczuk.
W latach osiemdziesiątych nastąpił spadek ludności, gdyż na mapie z tego okresu dla wsi i jej kolonii wykazano łącznie już około 310 mieszkańców. Młodzi wyjeżdżali masowo do miasta, w poszukiwaniu lepszego życia. Zostawali rodzice, utrzymujący się przede wszystkim z rolnictwa (zwłaszcza z użytkowania łąk na Dudku i na Białkach). Nawozów sztucznych jeszcze przez lata nie stosowano, więc plony były na mizernym poziomie, co powodowało nieopłacalność produkcji roślinnej. Z powodu zarobkowej emigracji młodych najstarsi gospodarze nie mieli komu przekazać gospodarki. Stąd też wielu starszych, mniejszych gospodarzy przekazywało swoje gospodarstwa na rzecz państwa, byle by tylko uzyskać dożywotnią rentę.
Gmina w Woli Wereszczyńskiej z siedzibą w Urszulinie funkcjonowała do 1954 roku, kiedy to zniesiono administracyjny podział na gminy. Wereszczyn reprezentował w niej Stefan Kędzierski. Po likwidacji gminy utworzono gromady, a z racji wielkości taki status został przyznany Wereszczynowi. Gromadzka Rada Narodowa (GRN) w Wereszczynie funkcjonowała do dnia 1 stycznia 1960 roku. Jej pierwszym przewodniczących był Czesław Dąbrowski z Sękowa, po nim Kot z Przymiarek. Rada stanowiła terenowy oddział władzy państwowej, który odpowiedzialny był za utrzymywanie porządku publicznego, a jednocześnie zobowiązany został do działania na rzecz polepszenia warunków gospodarczych, społecznych, oświatowych, komunalnych i kulturalnych. Po likwidacji wereszczyńskiej gromady lokalny poziom decyzyjny został przeniesiony do Gromadzkiej Rady Narodowej w Urszulinie. W pierwszym roku jej funkcjonowania Wereszczyn reprezentowali Bronisław Zabłuda i Janina Zuzaniuk. Kolejna reforma administracyjna z 1973 roku całkowicie zlikwidowała gromady, uznając za podstawową jednostkę administracyjną gminę. Siedzibę gminy w nowym kształcie terytorialnym ulokowano także w Urszulinie. Jednym z Przewodniczących Gminnej Rady Narodowej był przez okres sześciu lat Henryk Wierzejski.
We wsi rozwinęły się szybko struktury partyjne, które wspierały władze publiczne w „budowaniu” ustroju państwa socjalistycznego. Członkami Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej (PZPR) zostawali przede wszystkim nauczyciele. W latach siedemdziesiątych Henryk Wierzejski zastał członkiem Komitetu Gminnego (KG) PZPR, a następnie społecznym Zastępcą I Sekretarza KG PZPR. Relacje z władzami gminnymi partii uległy znacznemu pogorszeniu, gdy te podjęły próbę „rozliczenia” miejscowych nauczycieli z praktykowania swej wiary, zwłaszcza z obecności na mszach świętych. Niemalże wszyscy byli wierzącymi i praktykującymi, co nie uszło uwagi komitetu gminnego. Mi grozili dymisją z funkcji dyrektora szkoły, a nauczycielom szkoły zwolnieniami, ale jak się okazało, że niektórzy członkowie KG PZPR z Urszulina też chodzą do Kościoła, to sprawę zamknięto – opowiada Henryk Wierzejski. W 1981 roku w szkole utworzono jedyne w gminie nauczycielskie koło Niezależnego Samorządnego Związku Zawodowego (NSZZ) „Solidarność” z dyrektorem Wierzejskim jako przewodniczącym. Wywołało to falę niezadowolenia pośród pozostałych członków KG PZPR, ponownie grożono zwolnieniami, jednak obyło się bez konsekwencji.
5.3. Warunki gospodarcze i aktywność społeczna mieszkańców
Zaraz po wojnie na chłopów nałożono obowiązek dostarczania kontyngentów żywnościowych, a pierwszym pełnomocnikiem do spraw kontyngentów został komunistyczny weteran Tomasz Maśluch, zamieszkały w sąsiednich Przymiarkach. Był uczestnikiem rewolucji październikowej w Rosji, dlatego też szybko awansował w hierarchii partyjnej. Innym, poza przymusowymi kontyngentami, narzędziem zmierzającym do upaństwowienia własności rolnej była założona zaraz po wojnie Rolna Spółdzielnia Produkcyjna w Wereszczynie. Do Wereszczyna pod koniec lat czterdziestych przyjechał partyjny agitator, który starał się nakłonić mieszkańców do przekazywania gospodarstw na rzecz spółdzielni. Henryk Wierzejski wspomina jak starano się mieszkańców zachęcić na różne sposoby, nawet groźbami. Do spółdzielni zapisywali się jednak nieliczni i w dodatku posiadający niewielkie gospodarstwa. Mieszkańców nie przekonały nawet sprowadzone do wsi dwa traktory rolnicze. W końcu Józef Marczak spoił tego agitatora i pijanego woził po Urszulinie oraz Wereszczynie, aby wszystkim go pokazać w tym stanie. Ta kompromitacja doprowadziła do upadku pomysłu utworzenia spółdzielni w Wereszczynie, ale Marczakowi z tego powodu wytyczono proces sądowy, a nawet pozbawiono wolności.
W latach sześćdziesiątych na terenie, gdzie przed wojną odbywał się wereszczyńskie jarmarki, wybudowano budynki dla utworzonego Kółka Rolniczego. W kolejnych latach kółko przekształcono w Międzyszkółkową Bazę Maszynową, która odpłatnie świadczyła usługi na rzecz mieszkańców. Taka baza skupiała okoliczne kółka rolnicze, by zgromadzić dysponowany przez nie sprzęt w jednym miejscu. Naprzeciwko szkoły znajdowała się jedna z pierwszych w Województwie Chełmskim spółdzielni mleczarskich, gdyż swoją działalność odtworzyła zaraz po wojnie.
Podobnie jak przed wojną mieszkańcy utrzymywali się głównie z rolnictwa, natomiast nowa władza nie pozwoliła na odtworzenie życia handlowego i rzemieślniczego. Co prawda powstawały we wsi pojedyncze prywatne zakłady, jak chociażby kuźnia Dionizego Mierzwy, Wawrzyckich i Wrzaszczów, czy gospoda Władysława Misztalskiego, a później Kowalczyka, ale do poziomu handlu i świadczonych przed wojną usług było daleko. Były członek rozwiązanych struktur AK Władysław Misztalski otworzył karczmę zaraz po wojnie, w zabudowaniach Stanisława Arasimowicza. Jednakże każdej nocy musiał ukrywać się u sąsiadów z obawy o własne życie, gdyż „wolańcy” niejednokrotnie próbowali jego zlikwidować. Po pół roku prowadzenia karczmy przeprowadził się do bardziej bezpiecznego Urszulina. Nie udało się odtworzyć popularnych przed wojną jarmarków, choć na ich organizację sołectwo pozwolenie uzyskało. Kupcy z obawy przed grasującymi bandami nie chcieli do Wereszczyna przyjechać, więc zaniechano podejmowania prób jego organizowania.
Najbardziej prężną instytucją pozostawała Ochotnicza Straż Pożarna (OSP), w której funkcję naczelnika po wojnie pełnił Julian Puchlerz. Jego zastępcą został Stefan Szawuła, prezesem Henryk Arasimowicz, skarbnikiem Hieronim Jarzębski, sekretarzem Stanisław Borys, a gospodarzem Czesław Niewiadomski. W 1945 roku poza nimi do straży należało jeszcze pięciu mieszkańców. Początkowo wyposażenie jednostki stanowiła sikawka ręczna, wóz pod sikawkę, 2 beczkowozy, 12 kasków, 4 topory, syrena alarmowa, sygnałówka i 4 beczki. Wyposażenie strażacy przetrzymywali w pokrytej papą drewnianej remizie strażackiej.
Organizując w domu ludowym zabawy wiejskie i uroczystości rodzinne OSP posiadało znaczne środki finansowe. Pozwoliły chociażby na zakup w 1959 roku pierwszego w gminie samochodu strażackiego. Po siedmiu latach użytkowania został sprzedany, gdyż strażacy uzyskali nowsze auto z Powiatowej Komendy Straży Pożarnej we Włodawie. Pod koniec lat sześćdziesiątych OSP przekazało kwotę 10.000 złotych na budowę drogi Urszulin – Wereszczyn o nawierzchni asfaltowej. Murowanej, jednopiętrowej remizy strażacy z Wereszczyna doczekali się w połowie lat osiemdziesiątych, prace budowlane rozpoczęły się w 1984 roku. Zbudowano ją w ramach czynu społecznego, a składali się nie tylko mieszkańcy Wereszczyna, lecz także sąsiednich wsi. Duża liczba wpłat była poniekąd odwdzięczeniem się za wsparcie budowy drogi. Zakup materiałów w znacznej mierze sfinansowano z budżetu gminnego i Wojewódzkiej Komendy Straży Pożarnej w Chełmie. Kwotę 9.500 złotych przekazało miejscowe OSP, a każdy strażak zobowiązany był do przekazania 500 złotych. Podczas uroczystego oddania remizy do użytku poświęcono sztandar, a wielu strażaków otrzymało odznaczenie.
W końcu lat sześćdziesiątych ziściło się marzenie wielu mieszkańców, o realizację którego starali się już od kilkudziesięciu lat. Choć w 1949 roku w czynie społecznym wyłożono we wsi chodnik, to każdej wiosny droga z powodu podłoża glinianego była w tak złym stanie, że często furmanki nie mogły po niej jechać. Jesienią 1965 roku odbyło się zebranie mieszkańców wsi Wereszczyn, Zastawie, Sęków, Przymiarki i Wielkopole, na którym podjęta została decyzja o budowie drogi z twardą nawierzchnią od Urszulina do Wereszczyna. Na zebraniu nie było jednomyślności, gdyż mieszkańcy Zastawia i Sękowa postulowali, by drogę przeprowadzono przez wieś Zastawie, Kolonię Wereszczyn, aż do Wielkopola. W głosowaniu wygrała jednak koncepcja później zrealizowana, czyli droga z Urszulina, przez środek wsi Wereszczyn, do Wielkopola. Prace nad drogą ruszyły wiosną 1966 roku, choć stabilizację wykonano jedynie na odcinku 300 metrów od strony Urszulina. Rok później inwestycję wspomogła cukrowania z Rejowca, która na ten cel przekazała po 1 złotówce od tony odstawionych przez rolników buraków. W budowę czynnie zaangażowali się miejscowi, przejmując na siebie zadanie wykopania poboczy oraz wożenia piachu, jak i świadczeń pieniężnych. W kolejnych latach zapał mieszkańców znacznie zmalał, wobec czego inwestycję zakończono głównie z środków państwowych.
Atmosfera wokół budowy drogi podniosła się, gdy inwestycja sięgnęła kapliczki w Starym Andrzejowie. Wówczas mieszkańcy Zastawia i Sękowa podjęli próbę zmiany przebiegu drogi, jednak wobec oporu mieszkańców pozostałych wsi koncepcja nie została zmieniona. Przyszła do mnie delegacja mieszkańców z prośbą o pomoc, gdyż dowiedzieli się, że koncepcja drogi przebiegającej przez środek Wereszczyna jest zagrożona – wspomina Henryk Wierzejski i dodaje – Byłem wtedy członkiem komitetu gminnego PZPR, więc mieszkańcy uznali, że mogę coś w tej sprawie zrobić. Zgodziłem się być przewodniczącym wiejskiego komitetu budowy drogi, ale pod warunkiem świadczeń pieniężnych na ten cel. To wiejskie zebranie zmobilizowało mieszkańców do świadczeń finansowych. Ponadto mieszkańcy zwrócili się o pomoc do koła poselskiego w Lublinie, w wyniku czego do Wereszczyna przyjechała wojewódzka komisja drogowa. Po przekazaniu pieniędzy na bankowe konto Powiatowego Zarządu Dróg Lokalnych we Włodawie do Wereszczyna przyjechała delegacja przedstawicieli władz wojewódzkich, gminnych i powiatowych z Przewodniczącym Powiatowej Rady Narodowej we Włodawie Leonem Mazurkiewiczem na czele. Podtrzymali dotychczasowe plany, jednakże zobowiązali mieszkańców Wereszczyna, Wielkopola i Przymiarek do świadczenia w robociźnie. Postanowiono ponadto poszerzyć koncepcję o budowę drogi z Wereszczyna do Sękowa, pod warunkiem takich samych świadczeń przez mieszkańców tejże wsi. W przypadku, gdy wystarczyłyby środki finansowe, droga asfaltowa poprowadzona miała być przez Zastawie.
Na drogę asfaltową od głównego skrzyżowania w stronę Świerszczowa mieszkańcy czekali do początkowych lat osiemdziesiątych. Do budowy tego odcinka drogi przyczyniły się plany inwestycyjne Gminy Cyców, a właściwie starania mieszkańca Świerszczowa Jana Dyszewskiego, który pełnił funkcję przewodniczącego Gminnej Rady Narodowej w Cycowie. W ramach tych planów miano wybudować drogę do Zagórza, lecz podjęto starania by drogę dociągnąć do skrzyżowania w Wereszczynie. Sprawie ułatwiał fakt przewodnictwa Henryka Wierzejskiego w Gminnej Radzie Narodowej w Urszulinie. Zorganizowaliśmy wspólne spotkanie radnych z Urszulina i Cycowa, na które zaproszeni zostali sołtysi zainteresowanych miejscowości. Wystarczyło przekonać naszego naczelnika Romana Marciniuka, by wygospodarował na ten cel środki finansowe. W planach gminnych znajdowała się droga z Zawadówki do Starego Załucza, jednak postanowiliśmy, aby na budowę tej drogi przeznaczyć pieniądze, które miały być przekazane na drogi dojazdowe do pół, w prowadzonej wówczas komasacji Wereszczyna – wspomina Henryk Wierzejski.
5.4. Szkolnictwo
W pierwszych latach po wojnie dużym problemem dla mieszkańców wsi był brak budynku szkolnego. „Popówka” została spalona w trakcie pacyfikacji Wereszczyna w 1942 roku. Drugi budynek, w którym mieściły się izby szkolne, również uległ dewastacji, w całości pozostały jedynie ściany i dach. Tuż po wyzwoleniu zniszczony budynek sprzedano. Z tego też powodu do 1959 roku, w którym to oddano do użytku nową murowaną szkołę wiejską, nauczanie dzieci miało miejsce w kilku budynkach. Klasy umieszczono w domu ludowym, zabudowaniach podworskich, czy też w prywatnych mieszkaniach Edwarda Czarneckiego i Marii Mierzwowej. Dla najstarszych klas lekcje prze krótki okres organizowano w leśniczówce.
Jeszcze do końca 1945 roku w dwuklasowej szkole nauczanie prowadziło małżeństwo Zofia i Jan Szydłowscy. Małżeństwo zastąpiły Kazimiera Sikorska i Alicja Pacówna. Do nich w kolejnych latach dołączyli: Józef Kujawski, Józef Kura i jego siostra Zofia Kurówna, Furmanówna oraz Janina Drewniak (po mężu Zuzaniuk), a religii uczył ksiądz Urbańczyk. Do 1949 roku szkołą kierowała Kazimiera Sikorska, po niej kierownictwo przejęła Zofia Kurówna, a następnie Janina Zuzaniuk.
W pierwszych latach po wojnie „nieokrzepła” jeszcze władza ludowa zezwoliła na nauczanie religii w szkole, ale w 1951 roku wprowadzono zakaz. Na katechezy w szkole zezwolono ponownie po odwilży październikowej w 1956 roku, by w 1961 roku po raz kolejny zakazać. Już rok wcześniej wereszczyński proboszcz został zmuszony, by w pozostałych miejscowościach gminy zorganizować punkty katechetyczne. Taki punkt musiał też ostatecznie utworzyć w Wereszczynie. Religia powróciła do szkół powszechnych dopiero w 1989 roku.
Zwiększająca się liczba dzieci potęgowała problem lokalowy, dlatego już od 1956 roku podjęto działania na rzecz budowy nowej szkoły, zgodnie z ideą „tysiąca szkół na tysiąclecie państwa polskiego”. Czynności budowlane rozpoczęto wiosną 1957 roku i trwały dwa lata. Szkoła w założeniu miała być budynkiem piętrowym, jednakże w trakcie budowy znaczna część materiałów została „na lewo” rozprzedana. Wskutek braku materiału budowlanego zrezygnowano z budowy domu dla nauczyciela, a mieszkania dla nich umieszczono w planowanej stołówce.
W nowo oddanym budynku szkolnym nauczanie dzieci prowadziło grono nauczycielskie w składzie: dotychczasowa kierowniczka Janina Zuzaniuk, nowy kierownik w osobie Romana Świrgonia, Leokadia Borys, Irena Chomicka, Zofia Rabczewska, a w 1968 roku Zofia Kwiecień. Roman Świrgoń z powodu choroby wyjechał po dwóch latach kierowania szkołą. Miejsce kierownika zajął nauczyciel matematyki z Kołacz Edward Sołdon. Do grona pedagogicznego dołączył w tym czasie Jerzy Gwarda, a także Maria Sołdon. W tym czasie ogrodzono część placu szkolnego, z pomocą dzieci posadzono żywopłot.
Pod koniec lat sześćdziesiątych doszło do konfliktu kierownika z polonistką Zofią Rabczewską, o którym pisano nawet w „Głosie Nauczycielskim”. Henryk Wierzejski wspomina o swojej koleżance, że była bardzo lubiana i ceniona przez uczniów. Jak odeszła to uczniowie przesyłali jej kartki z życzeniami pod adres szkoły w Wereszczynie. O odejściu w 1969 roku Sołdona zadecydował konflikt z komitetem powiatowym PZPR. Doszło do takiej eskalacji, że do szkoły przyjechała powiatowa wizytacja, która wytknęła wiele uchybień, a w konsekwencji odwołano go ze stanowiska kierownika. W tym samym czasie do szkoły w Wielkopolu przeniosła się Zofia Rabczewska.
Nowym kierownikiem został Henryk Wierzejski, dotychczasowy nauczyciel Szkoły Podstawowej w Wielkopolu. Szkoła liczyła wówczas 147 uczniów. Za kierownictwa Wierzejskiego budynek otynkowano i pomalowano, a dachówkę zamieniono eternitem. Wewnątrz założono centralne ogrzewanie, a w latach osiemdziesiątych szkołę zwodociągowano i skanalizowano poprzez budowę dużego zbiornika na ścieki. Poprawiono infrastrukturę sportową, gdyż wybudowano jedyne w gminie asfaltowe boisko do piłki ręcznej oraz zakupiono dużą ilość sprzętu, w tym sportowego (np. łyżwy, piłki, narty, siatki). W końcu lat siedemdziesiątych kupiono do szkoły aparat do projekcji filmów marki „Elef”, co pozwoliło na częste organizowanie seansów filmowych.
W tym czasie z grona pedagogicznego odeszła Zofia Kwiecień, a w jej miejsce przybyli Joanna i Józef Papińscy oraz Halina Hołowacz. W latach osiemdziesiątych starszych nauczycieli zastępowali młodsi, w tym matematyk Janusz Sidorowski, Mariusz Kloc od zajęć kultury fizycznej, któremu z czasem powierzono funkcję dyrektora szkoły, rusycystka Irena i fizyk Andrzej Wawryniukowie, polonistka Elzbieta Mróz, geograf Marciniakowa, czy Grażyna Duduś – Chrzaniuk. Pojawiał się problem zapewnienia kwaterunku dla niektórych z nich, dlatego też na szkołę przepisano dotychczasową leśniczówkę, czyli dworek po rodzinie Kukawskich. Po przejęciu w 1981 roku leśniczówki wymieniono pokrycie dachowe na eternit.
5.5. Parafia rzymskokatolicka w Wereszczynie wobec władzy ludowej
W miejsce księdza Filipowicza w 1940 roku przyszedł z Orchówka bardzo lubiany przez parafian ks. Władysław Urbańczyk. Podczas wojny ksiądz Urbańczyk miał pomocnika w osobie wikariusza ks. Władysława Filipka. Ksiądz Filipek w ostatnich latach wojny podupadł na zdrowiu, a choroba zmusiła do wyjazdu z Wereszczyna. W niedługim czasie przyszła wiadomość o śmierci wikarego. Kolejnym wikariuszem został ks. Jan Dziedzic, któremu proboszcz powierzył zadanie administrowanie filią w Wytycznie. Od 1960 roku Urbańczykowi w pełnieniu usług kapłańskich pomagał wikariusz Antoni Stormke.
Pomimo trwającej wojny i złej sytuacji materialnej za czasów księdza Urbańczyka dokonano najwięcej remontów i rozbudowy świątyni. Gdy przybył do Wereszczyna, dach przeciekał w kilku miejscach tak, że niektóre deski w suficie pogniły i groziły zawaleniem. W Orchówku była wytwórnia gontu, dlatego też ksiądz Urbańczyk zaraz po przybyciu zamówił większą ilość materiału, którym pokrył dach kościoła. Prace we wsi w zakresie krycia gontem chałup wykonywał Stanisław Arasimowicz, stąd też podjął się zadania naprawy dachu kościoła. Pełnił ponadto funkcję skarbnika rady kościelnej. Poza naprawą dachu dokończono prace nad frontonem i chórem, a wnętrze świątyni odnowione zostało farbą olejną. Wizytujący parafię w grudniu 1942 roku dziekan włodawski ks. Józef Sobieszek w sprawozdaniu pisał zachwycony: (…) dziś przyjemnie jest wejść do kościoła, dusza się raduje, bo czuje się, że kościół ten ma gospodarza, który troszczy się, by porządek Pański nie odstraszał ludzi od Kościoła, ale ich tam możliwie najliczniej sprowadzał. W następnych latach ksiądz Urbańczyk zadbał o wyremontowanie ogrodzenia na cmentarzu grzebalnym.
Ksiądz Urbańczyk był bardzo lubiany przez mieszkańców, pomagał ludziom w zbiorach, a mieszkańcy odwzajemniali się pomocą w zbieraniu owoców w jego sadzie. Proboszcz sąsiedniej parafii wytyckiej ks. Jan Rębisz w swoich parafialnych pamiętnikach wspominał o wielkiej powadze i szacunku, jakim swojego duszpasterza darzyli mieszkańcy. Gdy w rozmowie ktoś chciał mieć ostatnie i decydujące zdanie kończył często słowami: tak powiedział przecież proboszcz wereszczyński! Z takim argumentem mało kto ważył się polemizować.
Zakończenie wojny nie przyniosło lepszych czasów dla Kościoła. Nastał wyjątkowy trudny okres dla administrowania parafią, gdyż Kościół katolicki w Polsce znalazł się zaraz po wojnie na liście wrogów nowej władzy ludowej. Był ostatnim bastionem niezależności od komunistów, wobec czego działalność księży poddano ścisłej inwigilacji. Pomimo, że ksiądz Urbańczyk nie prowokował nowych władz antykomunistycznymi przemówieniami z ambony, to jednak znalazł się na liście osób „podejrzanych” o utrzymywanie kontaktów z partyzantami. Spowodowane to było zdarzeniem z 1947 roku, kiedy we wsi skradziono jednemu gospodarzowi konia. W dwa lata później, do księdza Urbańczyka jeden ze sprawców kradzieży przyniósł kwotę 35 tysięcy złotych, drugi zaś tylko 7 tysięcy złotych, celem oddania poszkodowanemu. Ksiądz wezwał poszkodowanego i oddając przekazane mu pieniądze zakończył spór. Wskutek tego wydarzenia w jednym z raportów włodawskiej bezpieki zapisano, że ks. Urbańczyk jest pośrednikiem w nieczystych sprawach, dlatego też miano podjąć przedsięwzięcia mające na celu obserwacji osób, które utrzymywały z nim kontakty.
Życie księdza i funkcjonowanie parafii w pierwszych latach po wojnie utrudnione było nie tylko represjami władz komunistycznych, ale również ze strony okolicznych band. „Wyjętymi” spoza prawa byli „wolańcy”, czyli niewysiedlenie jeszcze Ukraińcy z Wólki Tarnowskiej. O jednym rabunku, który miał miejsce jesienią 1945 roku, wspomina Bolesław Dadacz z Przymiarek: Gdy zabrali mojego stryja, Grzywaczewskiego i Rentflejsza to pojechali do Wereszczyna. Tam księdza obrabowali, uprząż zabrali, świniaka wzięli i na Sęków do Arasimowicza ruszyli. Wszyscy zabrani zostali zamordowani w lasku Czemerniki.
Urbańczyk w dalszym ciągu prowadził parafię wzorowo, wszystkie budynki wraz ze świątynią były zadbane, stąd też podczas wizyt dziekańskich nie dawano żadnych nowych zaleceń, co za poprzedników nie było spotykane. Za pomocą wiernych wykupił zaraz po wojnie poniemiecką kirchę ewangelicką w Michałowie, celem zagospodarowania jej na kościół parafialny w Wytycznie. W maju 1949 roku parafię odwiedził biskup siedlecki ks. Ignacy Świrski, udzielając sakramentu bierzmowania ponad 500 osobom. Chwalił księdza za przeprowadzone prace przy kościele, a wiernych za religijność. Pochwały padały również z ust biskupa Mariana Jankowskiego, który z wizytą kanoniczną przybył do Wereszczyna w sierpniu 1954 roku. Efektem tejże wizyty było sfinansowanie przez biskupa gruntownego wyremontowania dzwonnicy, z zachowaniem wyglądu architektonicznego. Od sióstr „mojżeszek” z Łodzi parafia otrzymała dzwony. Pracami nad dzwonnicą kierowali Jan Pachniewski z Tarnowa i Czesław Klepacki z Zastawia.
W okresie powojennym ksiądz Urbańczyk doprowadził ponadto do całkowitego odmalowania kościoła, zarówno wewnątrz, jak i zewnątrz, oraz zakupił organy. Wacław Biernacki sprowadził organy w 1948 roku z kościoła p.w. Przemienienia Pańskiego w Warszawie. Zostały wykonane przez Józefa Szymańskiego w 1878 roku, a w kościele wereszczyńskim ich montaż zakończył się w 1949 roku. Proboszcz czynnie włączał się w pozakościelne inicjatywy społeczne, jak chociażby budowa chodnika przez wieś, aż do Sękowa.
Na przełomie lat pięćdziesiątych i sześćdziesiątych ksiądz Urbańczyk popadł w konflikt z organistą Stanisławem Kwiatoniem, w wyniku czego wśród wiernych nastąpił wyraźny rozłam na zwolenników i przeciwników proboszcza. Już wcześniej część parafian oskarżało księdza o przywłaszczanie parafialnych pieniędzy i wydatkowanie ich w celach prywatnych. Konflikt wybuchł przy zebraniu pieniędzy z organizowanych przedstawień wielkanocnych. Przez cały Wielki Post młodzież pod kierownictwem Kwiatonia grała przedstawienie. Sam ksiądz po każdym przedstawieniu stał u progu i od każdego widza zbierał po 10 złotych. A ludzi było bardzo dużo, przyjeżdżali nie wiadomo skąd – wspomina ówczesna parafianka Maria Szaruga. Młodzież z Wereszczyna i okolic, pod kierownictwem Stanisława Kwiatonia, Marii Mierzwowej, Jadwigi Gąsior i księdza, grała bowiem przez siedem kolejnych niedziel Misterium Męki Pańskiej. Piotra grał Tadeusz Pawłowski, w przedstawieniach wyróżniał się również grający Judasza Kazimierz Panasiuk – wspomina Henryk Wierzejski. Główne role odgrywali ponadto Eugeniusz Tkaczyk jako Pan Jezus i Julian Szaruga jako Piłat. Mieliśmy zaproszenie do Włodawy, ale nie było jak dojechać, w końcu w przedstawieniach grało około 40 osób – uzupełnia Kazimierz Panasiuk. Już wcześniej oprócz tematyki religijnej wystawiano we wsi przedstawienie patriotyczne „Żyj Polsko”. Pieniądze z tego przedstawienia przekazywano na wigilijne paczki dla żołnierzy. Podział zebranych pieniędzy z Mekki Pańskiej poróżnił księdza z organistą tak, że proboszcz postanowił go odwołać, jednak wstawiła się za nim znaczna część parafian. Celem rozwiązania konfliktu przyjechał do Wereszczyna dziekan włodawski, ale i interwencja dziekana nie pomogła. Wobec narastającego sporu w 1961 roku ks. Władysław Urbańczyk na własną prośbę odszedł z parafii.
Po księdzu Urbańczyku w lipcu 1961 roku do parafii na okres sześciu lat przyszedł ks. Zygmunt Syroczyński, który za swoją przynależność w AK i działalność antykomunistyczną był represjonowany, łącznie w pobytem w więzieniu. W pracy kapłańskiej Syroczyńskiemu pomagał wikariusz ks. Władysław Kuć, a następnie ks. Zdzisław Młynarski. Osiągnięciem Syroczyńskiego było zelektryfikowanie i zradiofonizowanie kościoła oraz innych budynków parafialnych. Tradycyjnie w maju 1964 roku, w dniu odbywającego się odpustu na św. Stanisława, parafię odwiedził z wizytą kanoniczną biskup siedlecki ks. Wacław Skomorucha. Przy wizytacji kościoła zwracał uwagę na powoli niszczejący dach gontowy i rdzewiejącą blachę, pokrywającą wieżę kościelną, zalecając dokonanie remontu pokrycia, by nie powstawały zacieki. Zaskakująco źle wypadł egzamin z bierzmowania: dziatwa szkolna i młodzież nie umiała całego pacierza, nawet w kilku wypadkach zauważyliśmy, że nie umiano „Wierzę w Boga” – pisał w sprawozdaniu biskup. Po kilku latach pobytu również i z nim popadł w konflikt były organista Kwiatoń oraz jego zwolennicy. Podczas wizyty biskupiej proboszcz Syroczyński wyraził wolę przeniesienia do innej parafii, za powód wskazując złe relacje z częścią parafian po zbuntowaniu ich przez poprzedniego organistę.
Ksiądz Zygmunt Syroczyński, pomimo swojej prośby, odszedł z parafii dopiero w listopadzie 1967 roku. Zastąpił go na okres dwóch lat ks. Antoni Paduch. Problem, z jakim musiał się zmierzyć, nie miał wymiaru materialnego, lecz duchowy. Wizytujący w maju 1968 roku Dziekan włodawski ks. Roman Soszyński zauważył, iż frekwencja wiernych w kościele była coraz słabsza, a nabożeństwa inne jak Pierwsze Piątki są prawie w całkowitym zaniku. Malała liczba kółek różańcowych i ich członków. W październiku 1969 roku księdza Paducha zastąpił ks. Feliks Daszczak. W wypełnianiu obowiązków kościelnych pomagali mu wikariusze w osobach ks. Jerzego Kilickiego i ks. Kazimierza Nowaka. W maju 1971 roku z wizytą kanoniczną do Wereszczyna przyjechał biskup Wacław Skomorucha. W trakcie objazdu punktów katechetycznych parafii wskazano na potrzebę wybudowania kaplicy w Urszulinie i Grabniaku. W okresie proboszczowania przez księdza Daszczaka ogrodzono parkanem z cegły betonowej kościół i cmentarz, jak też przykryto dach kościoła blachą ocynkowaną.
Od lipca 1976 roku obowiązki proboszcza pełnił ks. Mieczysław Lipniacki,
a przy kościele pomagał wikariusz Jan Grochowski. Już po trzech miesiącach proboszczowania parafię z wizytą kanoniczną odwiedził biskup Wacław Skomorucha. W czasie pobytu księdza Lipnickiego wybudowano murowaną plebanię. W 1980 roku wmurowano kamień węgielny, a w następnym roku plebania była ukończona. Jej oddanie do użytku miało charakter uroczysty, gdyż zorganizowano sympozjum naukowe o dziejach parafii i samej wsi Wereszczyn. Ksiądz Lipniacki odszedł w chwili ogłoszenia stanu wojennego (grudzień 1981 rok), a zastąpił go na krótki okres ks. Józef Mironiuk. Księdza Mironiuka zastąpił w sierpniu 1983 roku ks. Zygmunt Matysiak, jednak i on w parafii przebywał dość krótko, bo jedynie do kwietnia kolejnego roku.
Miejsce księdza Matysiaka zajął ks. Ryszard Andruszczak, a wraz z nim do parafii przybył wikariusz ks. Mirosław Pietrzak. Największym osiągnięciem księdza Andruszczaka było wybudowanie nowej świątyni w Urszulinie, która do dnia dzisiejszego pełni funkcję kościoła parafialnego. Wielkim przeżyciem dla księdza była rozmowa z papieżem Janem Pawłem II. Podczas pielgrzymki do Polski papież udzielał audiencji dla wiernych, jednak był taki tłum ludzi, iż nie sposób był się dostać do ochraniających barierek. Chciałem bardzo porozmawiać z Papieżem i postanowiłem zwrócić na siebie uwagę – wspominał po latach Andruszczak. Krzyknąłem: „Ojcze Święty, my codziennie odmawiamy za Ojca Świętego Koronkę do Miłosierdzia Bożego.” Papież zatrzymał się, podszedł do barierki i zapytał: „Kto to powiedział?” Wtedy tłum się rozstąpił, mogłem podejść do barierki i powiedziałem: „to ja”.
- A skąd ksiądz jest? – zapytał Papież.
- Ojcze Święty, z Wereszczyna – odpowiedziałem.
- A gdzie to jest?- zapytał Papież.
- Ojcze Święty, to bardzo proste. Niedaleko rzeki Bug – odpowiedziałem.
- Skoro tak, to mam do księdza prośbę. Proszę krzyknąć tym zza Buga, że ich bardzo kocham – powiedział Papież i poszedł dalej.
W październiku 1987 roku parafię z wizytą kanoniczną odwiedził biskup ks. Jan Mazur. Wizyta biskupa zbiegła się więc z pożegnaniem księdza Andruszczaka, gdyż tydzień po niej przeniósł się do nowej placówki w Górkach.
Po wojnie organistą pozostawał Maderski, jedynie na funkcji kościelnego zaszła zmiana, gdyż zmarłego Aleksandra Rozenkwista zastąpił najpierw jego syn, a następnie Aleksander Wójcik. Na przełomie lat pięćdziesiątych i sześćdziesiątych kościelnym został Józef Klimek, a w 1975 roku jego miejsce zajął syn Grzegorz. W 1958 roku Maderski zginął tragicznie wpadając pod pociąg. Jego miejsce zajął Kwiatoń. Z osobą Kwiatonia wiązany jest nie tylko spór z księdzem Urbańczykiem, ale również inna tajemnicza sprawa. W latach sześćdziesiątych z przykościelnego cmentarza zaczęły ginąć drewniane krzyże i pierwsze podejrzenie padło na organistę. Krzyże ginęły także z cmentarza prawosławnego, wówczas podejrzenie padło na Kurzeję, którzy wykorzystywał suche, drewniane krzyże do opału przy „pędzonym” bimbrze. Sprawa krzyży zakończyła się rozprawą sądową, w której orzeczono pozbawienie wolności dla dotychczasowego organisty. Jego miejsce zajął młodziutki Henryk Jasiński, a następnie nastolatek Edward Goławski, po nim organistą został Antoni Sak. Obecnie funkcję organisty od lat siedemdziesiątych pełni Edward Aftyka, który osiedlił się w siedlisku swojego poprzednika. Wcześniej organista, jak i kościelny zamieszkiwali w organistówce. Od 1986 roku funkcję kościelnego pełnił zamieszkały w pobliżu cmentarza Jan Jabłoniec.
6. Wereszczyn w czasach współczesnych
Zmiany ustrojowe, jakie dokonały się w Polsce w 1989 roku, również niekorzystnie odbiły się na rozwoju Wereszczyna. W latach dziewięćdziesiątych zlikwidowano tutejszą placówkę pocztową, zaś po kilku latach w nowym tysiącleciu do Wereszczyna przestały dojeżdżać pojazdy komunikacji publicznej. W miarę zamożności mieszkańców zdecydowana większość posiada prywatne środki lokomocji, ale najstarsi zostali pozbawieni jedynej możliwości transportu do Urszulina. Zmniejszyła się również sama powierzchnia sołectwa. Rada Gminy w Urszulinie podjęła w listopadzie 2008 roku uchwałę o odłączeniu od Wereszczyna i przyłączeniu do Zastawia gospodarstw znajdujących się na gruntach zwanych Kukawszczyzną i Dymowszczyzną. Zmiana ta była dostosowaniem granic do stanu faktycznego, gdyż grunty



