Adam Panasiuk
Śladami zapomnianej historii …
Stare Załucze
1. Geneza i rozwój wsi
1.1. Powstanie wsi – geneza i legendy
Pochodzenie nazwy Załucze może wywodzić się od położenia wsi za Jeziorem Łukim, lub też od powiedzenia „za łąką”, gdyż „łuka” w słownictwie czasów ówczesnych oznaczała „łąkę”. Nazwa Załukie pojawiała się już na kartach ksiąg wereszczyńskich z XVI wieku, dla określenia borów i lasów znajdujących się za okolicznym jeziorem. Pod koniec XVI wieku właścicielem włók załuckich, jako jednej z części dóbr wereszczyńskich, został pisarz ziemski Mikołaj Brodowski. Właścicielami tychże włości byli również Wereszczyńscy, a w późniejszych stuleciach Załuscy. Na mapach z drugiej połowy osiemnastego stulecia, w miejscu dzisiejszego położenia wsi, oznaczano dwie osady leśne, nazwane Wolskimi Budami i Wereszczyskiem, a na mapie Zachodniej Galicji z 1801 roku pomiędzy Lasem Załucze i Jeziorem Łukim, w miejscu obecnego uroczyska Dyszczytno, umieszczono już jedną osadę Wereszczysko Wolskie Budy. Potwierdzałoby to fakt, iż geneza osadnictwa w tym miejscu sięgać może nawet XVI stulecia, a związana była niewątpliwie z prowadzeniem w tym miejscu gospodarki leśnej.
Początek powstania wsi Załucze określany jest na 1803 rok, kiedy to Karol Godowski, piastujący urząd sędziego ziemskiego Powiatu Włodawskiego, a będący ówcześnie nowym właścicielem dóbr łomnickich i wolińskich, sprowadził z księstw niemieckich do Załucza 17 rodzin drwali i leśników. Powodem ich przyjazdu była panująca na obszarze Prus i innych księstw niemieckich bieda, przeludnienie na wsiach, jak i wieloletnie obciążenie służbą wojskową. Jednak najbardziej pragnęli wolności, co dawało im osadnictwo na terenach polskich zaboru rosyjskiego. Koloniści osadzili się między jeziorami: Łukie, Bikcze i Uściwierz. Początkowo zajmowali się wyrębem lasu i wytopem smoły, a była to jedna z pierwszych osad leśnych na Lubelszczyźnie. Część mieszkańców trudniła się dziegciarstwem, czyli pozyskiwaniem żywicy, głównie brzozowej, którą wykorzystywano do impregnacji płócien i skóry, uszczelniania beczek, jak i w celach leczniczych. Po wykarczowaniu lasów zajęli się uprawą roli.
Załucze, jako osada leśna otoczona jeziorami i bagnami, posiada swoje tajemnice i legendy. Według jednej z nich sto, może dwieście lat temu, a może jeszcze dawniej, we wsi idąc w kierunku Zawadówki gdzie dzisiaj rosną dwa srebrne świerki stała biedna chatka, w której mieszkał stary biedny chłop, co zwał się Bornus. Zawsze narzekał, że to bieda we wsi, na polu nic się nie rodzi, a nawet jak się urodzi, to albo susza albo burze i pioruny zniszczą plony a w chacie zawsze bieda i gdyby ktoś dał mu pieniądze, to nawet oddałby diabłu dusze. Raz w nocy przyszedł do niego jakiś nieznajomy pan i obiecał dać mu tyle złota, ile zdoła podnieść, w zamian za podpisanie cyrografu na jego duszę. Bornus ochoczo się zgodził, cyrograf podpisał i obiecane złoto otrzymał. Lecz tak jak był biedny, dalej był biedny, bo szkoda było mu tego złota ruszyć. Zakopał złoto na moczarach, w stawie lub biegnącym nieopodal głębokim rowie, na którym był drewniany mostek, w tylko sobie znanym miejscu. Niedługo potem jeszcze pożył, bo w zimie zmarł, a diabeł zabrał jego duszę. I od tej pory na tym moście straszyło.
Zawsze przed godziną dwunastą w nocy, na moście stał jakiś pan, w czarnym płaszczu lub we fraku, w kapeluszu na głowie i pilnował ukrytego skarbu. Często przechodzący nocą ludzie go wdzieli, lecz on nikogo nie zaczepiał. Dopiero jak ktoś zauważył, że zamiast butów miał kopyta, strach objął całą okolice. Wiedziano wtedy, że to diabeł strzegący zakopanego złota. Często mamiło ludzi, w tej okolicy. Zdarzało się, że taki nocny podróżny całą noc błąkał się, chodząc w koło, aby o wschodzie słońca, stwierdzić, że pomimo całonocnego błądzenia, jest w tym samym miejscu skąd wyszedł. Taki stan rzeczy, szerzący grozę wśród mieszkańców okolicznych wsi, trwał dosyć długo dopóty, dopóki dziedzic Ulasiński, po zakupie Jeziora Łukie, z okolicznymi bagnami i moczarami, nie postawił krzyże na granicach swojego majątku. Jeden z tych krzyży, postawił przy mostku, w miejscu nawiedzanym przez strzegącego skarbów Bornusa diabła. Od tej pory już go nie spotykano, a złoto do dnia dzisiejszego leży gdzieś zakopane na bagnach. Do tej pory stoi tam drewniany krzyż, jako dowód na tej opowieści.
1.2. Losy pierwszych osadników
Osadnictwo pierwszych kolonistów odbyło się poprzez zawarcie z Godowskim kontraktu, który określał ich prawa i obowiązki. Płusa, w wydanej w 1987 roku monografii historyczno-etnograficznej wsi, przytoczył treść niektórych dokumentów urzędowych, które przybliżają nas do treści kontraktu. W złożonej przez mieszkańców w 1877 roku skardze do Siedleckiego Urzędu do spraw Włościańskich zapisano, że nasi ojcowie i dziadowie mieli prawo do serwitutu leśnego i pastwiskowego w lasach i na polach należących wówczas do wyżej wymienionego Karola Godowskiego. W zamian za uprawianą ziemię osadnicy płacili czynsz dzierżawny. Opłata roczna w 1846 roku wynosiła 4 złote za morgę gruntu uprawnego i 3 złote za morgę łąki, co dawało rocznie 3.150 złotych z całej wsi, którą płacili wspólnie dla jej właściciela.
Płacenie czynszu zwalniało osadników od obowiązku odrabiania pańszczyzny tygodniowej, jednakże cała wieś zobowiązana była do odpracowania na rzecz dworu corocznie 3 dni z włóki, czyli ogółem 45 dni, latem (prace żniwne) oraz 4 dni z włóki, czyli 60 dni, zimą (prace przy młócce). Mieszkańcy Załucza nie odrabiali żadnych darmowych, ani najmów przymusowych. Każdy gospodarz otrzymywał natomiast od dworu bezpłatnie drewno na budowę, naprawę i ocieplenie budynków oraz na opał (pozyskiwane przy pomocy siekiery), w ilości 2 fur tygodniowo w okresie miesięcy zimowych (od października do kwietnia). Posiadał także prawo brania w miarę potrzeby drewno na wozy, sanie, koła. Każdy włościanin miał prawo do wypasu bydła w lasach dworskich, jednak za to uprawnienie musiał wykonywać we dworze różne dodatkowe prace.
Na rzecz państwa chłopi zobowiązani byli do płacenia podatku podymnego, liwerunkowego, szarawarskiego, składki transportowej i na rekruta, w sumie w wysokości 2 rubli rocznie. Zagrody musiały być ubezpieczone w formie składki ogniowej, w wysokości uzależnionej od wartości, na jaką oszacowano zabudowania. Dla gminy chłopi musieli dostarczać furmanki i znosić kwaterunek i posłańców pilnych do odnoszenia ekspedycji rządowych dawać.
Karol Godowski figurował w księgach wieczystych jako właściciel wsi do 1856 roku pomimo, że zmarł w latach dwudziestych. Faktycznym właścicielem był więc jego sukcesor Podprefekt Powiatu Włodawskiego Leon Babski. W 1856 roku Załucze zostało wydzielone z dóbr Wola Wereszczyńska i znalazło się w posiadaniu Jana de Matta Godowskiego, Katarzyny z Godowskich Osieckiej, Karola i Wiktora Babskich oraz Franciszka i Józefa Piątkowskich. Po reformie uwłaszczeniowej okrojony już majątek znalazł się w posiadaniu Jana Rostworowskiego, dziedzica dóbr Zawadówka.
Pierwsi osadnicy bardzo szybko zaaklimatyzowali się w Załuczu, a z czasem z małej leśnej osady powstała jedna z większych wsi w okolicy. Już w 1827 roku w Majdanie Załusze, gdyż tak na początku określano wieś, znajdowało się 17 budynków mieszkalnych, które były zamieszkane przez 121 osadników. W tak dużej już wsi znajdowała się karczma, działająca aż do okresu Drugiej Rzeczypospolitej, a w połowie dziewiętnastego stulecia prowadził ją Floryn Kogutowski. Miejscowa karczma była nie tylko miejscem, w której chłopi szukali zapomnienia swej nędzy, ale także stanowiła centrum życia kulturalno-społecznego mieszkańców. Dziś po karczmie, znajdującej się wówczas naprzeciwko dębu, można znaleźć jeszcze pogubione monety.
Do pierwszych osadników zaczęli dołączać zarówno ewangeliccy koloniści niemieccy (np. Karol Rudolf, Krystian Strybel, Jan Rentfleysz, Johan Kryspel, Jakub Kliner, Gotlib Ruda), jak i rzymskokatoliccy osadnicy polscy (chociażby Bazylii Karpiński, Józef Jaworski, Józef Pakuła, Marcin Makasiewicz, Aleksander Dąbrowski, Paweł Lewandowski, czy też rodziny Kozłowskich, Wojciechowskich i Janowskich). Według stanu z 1846 roku we wsi żyło 39 gospodarzy, a wśród nich przeważali już Polacy. W dość szybkim czasie kwestie narodowościowe ulegały zatarciu, gdyż coraz częściej zdarzały się śluby ewangelików z rzymskokatolikami (np. Samuela Klinera z Katarzyną Rymasówną). Ewangeliccy koloniści wybudowali kaplicę i założyli kantorat, który następnie w 1866 roku został przekształcony w szkołę elementarną. Pierwsza szkoła dla dzieci osadników została utworzona wraz z powstaniem osady, a nauczał w niej Johan Tomaszewski, choć lekcje najprawdopodobniej odbywały się w izbach bogatszych gospodarzy.
Osadnicy Załucza z połowy XIX stulecia to już głównie gospodarze rolni, jak też rzemieślnicy, zajmujący się przede wszystkim usługami szewskimi (Kacper Hierlicz, Jacek Sokołowski i Józef Mikołajski). Poza szewcami we wsi mieszkał również młynarz Szymon Arciszewski, tkacz Ferdynand Banaszkiewicz i mularz (czyli murarz) Józef Talarowski, co by wskazywało, że już od początku powstania wsi, część zabudowań wiejskich było murowanych. Józef Talarowski wykonywał również zawód stelmacha (tzn. kołodzieja), który zajmował się konserwacją kół i części do wozów oraz bryczek, a także wyrobem samych bryczek. We wsi na początku stulecia zamieszkiwał także szlachcic Andrzej Kiełczewski, choć nie był zbyt zamożny, skoro nie posiadał dworu i pracowników najemnych.
Pomimo szybkiego rozwoju osadnictwa warunki sanitarne we wsi były bardzo złe, co powodowało częste choroby i zarazy, a tym samym dużą śmiertelność. Zdarzało się, że jednego roku wymierały całe rodziny. Chociażby w 1839 roku zaraza zabrała ze sobą całą rodzinę Kamieńskich, w sumie sześciu domowników w ciągu jednego roku, w 1843 roku trzech domowników z domu Dąbrowskich, a w 1850 roku zmarły wszystkie dzieci Marianny i Wincentego Breytów.
1.3. Nowa fala osadnictwa
Przed powstaniem styczniowym powstało uroczysko Dyszczytno. W znajdujących się tam grądach książe Bogdanowicz z Bogdanki sprowadził dwie polskie rodziny: Zielińskich i Naumniaków, którzy trudnili się wypalaniem popiołów z drzewa lipowego i leszczyny. Popiół służył do wyrobu amunicji, potrzebnej powstańcom do walki z zaborcą rosyjskim. Do Dyszczytna można było dostać się jedynie wąską groblą prowadzącą od Załucza, gdyż całe uroczysko otoczone było jeziorem i bagnami. W wyniku nasilającego się napływu kolonistów niemieckich w 1876 roku powstała w pobliżu wsi Załucze nowa osada. Dla odróżnienia wieś Załucze, nazwano wtenczas Starym Załuczem, a nowe siedlisko określano nazwą Nowe Załucze.
Po upadku powstania styczniowego bardzo szybko rosła populacja Starego Załucza. Do wsi napływali koloniści polscy i niemieccy, którzy wykupywali ziemie po rozparcelowanych szlacheckich majątkach polskich, podupadłych w okresie powstańczym. W Wyniku reformy uwłaszczeniowej z 1864 roku aż 358 osób otrzymało nadziały ziemi tworzące 53 gospodarstwa. Sytuacja ta spowodował podwojenie stanu zaludnienia i tak już dużej wsi. Tabela likwidacyjna z 1866 roku przyznała chłopom prawo wypasu bydła na dworskich polach, w lasach i zagajnikach w ilości 380 sztuk bydła rogatego i 40 koni.
W 1866 roku wieś Załucze liczyło już 707 mieszkańców, natomiast w latach osiemdziesiątych XIX stulecia znajdowało się 74 gospodarstwa, które zamieszkiwało 858 mieszkańców, w tym 784 rzymskokatolików, należących do parafii w Wereszczynie i 74 ewangelików. Procentowy udział pod względem wyznaniowym kształtował się więc na korzyść rzymskokatolików, których było 91,3%, ludność ewangelicka stanowiła zaś 8,7% ogółu ludności. Tak duża liczba rzymskokatolików świadczyła o postępującej w Załuczu polonizacji mieszkańców, którzy przyjmując najpierw łacińską wiarę przyjmowali następnie ich tradycje i obrządki.
W latach osiemdziesiątych stan zaludnienia nieznacznie zmalał do 850 osób, a wieś składała się z 74 zagród, spośród których gospodarzy rolnych było 62. Z racji swej wielkości, jak na okoliczne warunki, mieszkańcy Załucza ufundowali swoim dzieciom szkołę początkową. Jeszcze do czasu wydania przez cara ukazu tolerancyjnego w 1905 roku dane wyznaniowe wykazywały obecność niewielkiej grupy prawosławnych. Przyznana swoboda w wyznawaniu wiary przyczyniła się do faktycznego zaniku tej grupy religijnej, gdyż 17 załuckich prawosławnych przystąpiło do kościoła rzymskokatolickiego. Byli to „dawni” unici, których pod przymusem wcielono po 1875 roku do Cerkwi prawosławnej. Liczba mieszkańców Załucza spadła nieznacznie w wyniku działań I wojny światowej. Już w 1915 roku w Starym Załuczu znajdowało się 59 gospodarstw, w zdecydowanej większości zamieszkiwanych przez ludność polskiej i niemieckiej narodowości.
Załuckie osady włościańskie miały przeciętnie od 6 do 30 morgów gruntów, ogółem zaś 1108 morgów nadanych przy uwłaszczeniu i 153 morgi trzymane na prawie wieczysto-czynszowym. Gleba we wsi miała charakter piaszczysty, w części popielaty. Ludność trudniła się głównie uprawą roli oraz zarobkowaniem po sąsiednich folwarkach. Za najbogatszego z gospodarzy uchodził Władysław Lamorski, właściciel 12 krów, 4 koni i 3 byków. W 1890 roku Jan Siwiński kupił pod Parczewem dziesięcioletni młyn i przeniósł go do wsi. Po przeniesieniu zmienił kamienie młyńskie, śmigi, oszalowanie i naprawił koło palczaste.
Jednym z gospodarzy był Franciszek Brejt, który przejął trzecią część trzynastomorgowego gospodarstwa po swoim ojcu Kasprze. Jedna z włók Franciszka we wsi Jagodno, będąca w wieczystej dzierżawie, sprzedana została przez Seweryna Liniewskiego, dziedzica Lejna, kolonistom niemieckim. Jako, że wydarzenie miało miejsce po upadku powstania styczniowego, kiedy car wydał ukaz uwłaszczeniowy, Franciszek Brejt nie chciał pójść na ugodę z dziedzicem, żądając od niego zwrotu właśnie tej włóki. Jeździł po wszystkich urzędach, był nawet u gubernatora w Warszawie ze skargą. W końcu na miejsce konfliktu przybył komisarz i zebrał wszystkie strony konfliktu, a gdy dochodzili do ugody wówczas Franciszek odpowiadał: To dobrze Pan komisarz mówi, ja na to przystanę, ale niech mi pierwej oddadzą, co mi najjaśniejszy pan darował. Spór zakończono oddaniem gruntów, a tym samym wyrugowaniem kolonistów. Jednakże i w tym przypadku Franciszek ciągle uskarżał się, że to koloniści bruzdy pozostawiali, a że to przechodzą przez jego pole. Utarczki z kolonistami trwały kilka lat, aż w końcu zaprzestał siać pole i leżało ono przez długie lata odłogiem.
Po upadku powstania styczniowego ludność miejscowa zajęła się wyrobem słynnych na okolicę powozów i bryczek (wózków węgierskich), które sprzedawano po sześćdziesiąt i więcej sztuk rocznie na targowisku w Łęcznej oraz w Warszawie. Już na początku XIX stulecia we wsi osiedlił się wspomniany Józef Talarowski zajmujący się kunsztem stelmaskim (tj. kołodziejstwem). Usługi akuszerskie wykonywała posiadająca uprawnienia państwowe położna Maria Piskor. Z Załucza pochodzili dwaj pierwsi wójtowie nowo utworzonej w 1867 roku gminy z siedzibą w Woli Wereszczyńskiej, byli to włościanie Paweł Kliner, a następnie Paweł Kliszcz. Ze względu na dużą liczbę mieszkańców we wsi znajdowała się szkoła początkowa. Była to szkoła rosyjska, podobnie jak okoliczne szkoły z jednym nauczycielem i funkcjonowała aż do odzyskania przez Polskę niepodległości. Przed wybuchem wojny światowej nauczał w niej August German.
Wieś Załucze było typowym przykładem budownictwa poleskiego. Jeszcze w latach pięćdziesiątych ubiegłego stulecia można było spotkać gospodarstwa, w których pod jednym dachem z chałupą znajdowała się obora, chlew, kurnik, dostawiane jedne do drugich, jedynie stodoły stanowiły budynek wydzielony. Ówczesny etnograf Zofia Staszczak dokonała inwentaryzacji zachowanych budynków typu polskiego, pochodzących z XIX stulecia. Obejścia w tym okresie grodzone były płotem laskowym, zwanym z ruskiego „plitenią”. Chałupy stawiane były najczęściej na wkopanych w ziemię słupach drewnianych, zwanych „palami” lub „stemplami”, i w większości nie posiadały podłóg. Ich funkcję spełniały polepy gliniane, często podczas świąt mazane gliną szarą, lub żółtą. Polepa gliniana, przy dużej prymitywności ówczesnych pieców była bardziej odpowiednia, gwarantowała bowiem większe bezpieczeństwo przeciwpożarowe. Konstrukcja ściany miała charakter węgłowy, zaś dachy kryto powszechnymi we wsi matami słomowymi. Jeszcze w XIX wieku ludność nie doceniała roli światła, dlatego też okien było niewiele, a te istniejące były niewielkich rozmiarów. Izbę oświetlano łuczywem, umieszczonym pod kapą nad paleniskiem, rzadziej za pomocą świec, wytwarzanych z wosku i baraniego łoju. Ze względu jednak na dość wysoki koszt tego surowca, używano ich głównie do celów obrzędowych.
Część mieszkalna stanowiła połowę chałupy, drugą część zajmowały izby gospodarcze, czyli sień i komora. Życie rodzinne zamykało się w granicach izby mieszkalnej, która stanowiła miejsce pracy gospodyni, częściowo gospodarza, przebywania starych rodziców oraz uczącej się młodzieży. W izbie mieszkalnej znajdowały się wzdłuż ścian dłuższych zbite z desek łóżka. U bogatych chłopów występowały łóżka, zakrywane w święta i niedzielę dywanami lub kapami. Obok łóżka znajdowała się najczęściej kołyska biegunowa lub wisząca. Pod oknem znajdował się najczęściej stół, choć posiłki spożywano często nie przy stole, lecz ze stołków o tej samej wysokości i to z jednej misy. Do przechowywania odzieży służył drążek, zwany „poliną”, „grzędą”, czy też „wieszadłem”, umocowany między pierwszą belką powały a piecem. Bardzo ważną funkcję spełniał piec, składający się z czterech części: paleniska do gotowania, pieca piekarskiego, ogrzewalnego i komina. Pod piecem usytuowane były często piwnice, służące do przechowywania ziemniaków.
Jeszcze do XIX wieku powszechnie występowały tzw. „kurne chat”, nieposiadające kominów, lecz jedynie otwory w suficie. Od drugiej połowy XIX stulecia upowszechniony został komin. Często obok izby głównej znajdował się mniejszy alkierz, przeznaczony do spania i przebywania starych rodziców, dzieci, a także do przechowywania odzieży. Częścią przechodnią była sień, dzieląca najczęściej chałupę na dwie nierówne części. W sieni umieszczano przede wszystkim sprzęty gospodarskie, tj. żarna, nosidła do wody, beczki, uprząż końską, czy też warsztat tkacki. Mniejszą częścią od sieni była komora, posiadająca prawie zawsze drewniane podłogi, gdyż służyła do przechowywania produktów spożywczych.
Zakończenie budowy domu przez cieślę kończyło „wiankowe”, od tej pory do pracy zabierał się stolarz. Praca cieśli była powszechnie szanowana, wierzono nawet o nadprzyrodzonych jego siłach, dlatego też, by pozyskać przychylność, urządzano często poczęstunki i dobrze płacono. Po wykończeniu pracy przez stolarza następował uroczysty moment zamieszkania domu, zwany „obsiedlinami”. Za dobrą porę do zamieszkania nowego domu uchodziła pełnia księżyca. Do izby wpuszczano najpierw zwierzęta: kurę z kogutem oraz kota, aby ewentualna klęska spadła na nich, a nie na ludzi. Według bowiem miejscowych wierzeń kto pierwszy wejdzie do chałupy, ten pierwszy wyjdzie. Rzucano też do chałupy kawałek żelaza, który miałby pochłonąć złe moce. Po wstępnych zabiegach do chałupy wchodzili gospodarze, niosąc święte obrazy i chleb, po czym spraszano gości oraz odbywano ucztę.
1.4. Bitwy i potyczki
Ze względu na położenie wśród okolicznych lasów i jezior mieszkańcy Załucza byli częstymi świadkami potyczek powstańczych i partyzanckich. Już podczas Powstania Styczniowego dwóch, powstańców przebijających się spod Fajsławic do obozu na Lipniaku, natrafiło w okolicach uroczyska Dyszczytno na oddział kozacki. Zambrzycki z Kopiny i nieznany kozak, który przeszedł na stronę powstańców, zostali zauważeni przez oddział kozacki, więc czym prędzej celem ukrycia udali się do zabudowań miejscowego Zielińskiego. Jednak i tu zostali wykryci, ale w ostatniej chwili udało się im zbiec w stronę okolicznych lasów. Dziedzic Lejna Seweryn Liniewski w swoich pamiętnikach wspominał, jak będący w domostwie powstańcy spostrzegli kozaków już przy koniach, więc jeden z nich tylnymi drzwiczkami umknął w ogrody, a drugi odwiódłszy pistolet wprost we drzwi frontowe, w których spotkał się z kozakiem, dał ognia, kozaka postrzelił w nogę. Kozak upadł, a on przez płoty w zarośla łączne. Piechota nadciągająca, widząc powstańca uciekającego w zarośla, dała za nim kilkanaście strzałów, żaden go jednak nie dosięgnął i przepadł.
We wsi do dzisiaj stoi dąb nazywany „Wieszatielem”, na którym prawdopodobnie wieszano uczestników powstania, jak też unitów niechcących zmienić swojej wiary na prawosławną. Większość uczestników powstania zginęło jednak w trakcie potyczek, jak chociażby wspominany Kasper Brejt, który został zabity, gdy powoził furmanką w trakcie jednej potyczki.
Do gruntów Nowego Załucza sięgały okopy frontu rosyjsko-niemiecko-austriackiego z sierpnia 1915 roku. Front został szybko przełamany przez wojska niemieckie (106 Regiment Piechoty Bawarskiej), które główną siłę uderzeniową skierowali ze Starego Załucza do okolic Wytyczna, gdzie miało miejsce decydujące starcie wojsk. Wycofujący się Rosjanie palili zabudowania wiejskie, zabierając ludność rusińską, niemiecką i częściowo polską do Rosji. Na spakowanie dobytku ludzie mieli kilka godzin, po czym załadowanymi furmankami podążali wraz z wojskiem na wschód.
Po wkroczeniu wojsk niemieckich we wsi zorganizowano szkołę dla pozostałych cywilów niemieckich. Utworzono ponadto lazaret, czyli szpital wojskowy dla rannych żołnierzy. Jednym z nich był, urodzony w Wisbaden w Niemczech, dowódca baterii kapitan Otto Fresenius, odznaczony za odwagę w walkach na francuskim i belgijskim froncie Krzyżem Żelaznym II klasy, a za walkę w Beskidach oraz Karpatach Krzyżem Żelaznym I Klasy. Niestety w lazercie, (stał w miejscu dzisiejszych zabudowań Leszczyńskich) w skutek odniesionych ran, zmarł i został pochowany w samotnej mogile w pobliskim lesie. Oprócz Freseniusa zginął żołnierz jego baterii strzelec Plesser. Ich dowódca w liście do matki Otto pisał, że zginął podczas zdobywania pozycji przy wzniesieniu na Zawadówce, trafiony odłamkiem schrapnela, który przebił kask i śmiertelnie zranił w głowę. Na zakończenie listu pisał: Pochowany został na wieczny odpoczynek na skraju Starego Załucza w pięknym gaju drzew. Włożyłem go na noszach do trumny, na twarzy miał energiczny wyraz, jak nigdy dotąd. (…) Nad jego grobem rozległy się trzy salwy, a następnie w ciszy odmówiliśmy modlitwę. (…) Wszyscy mamy go za żołnierza, za człowieka, bardzo wysoko ceniony przez kolegów. Był jednym z najlepszych w naszym pułku. Jego zasługi i czyny na trwałe zapisały się w jego historii. Determinacja jego rodziny była tak duża, że po kilku latach odnaleźli miejsce śmierci swojego syna i postawili symboliczny duży grobowiec z marmurową tablicą. Grobowiec był na tyle duży, że w latach czterdziestych schronienie w nim niejednokrotnie znajdowali partyzanci polscy. Niestety w okresie Polski Ludowej grobowiec został rozebrany przez okolicznych chłopów potrzebujących materiałów na budowę mieszkań i budynków gospodarczych. Do dnia dzisiejszego pozostała jedynie płyta nagrobna, w lasku nieopodal Muzeum Poleskiego Parku Narodowego.
2. Stare Załucze w okresie II Rzeczypospolitej
Wraz z upadkiem Rosji carskiej do wsi zaczęli powracać wypędzeni w trakcie wojny mieszkańcy. Zdarzało się często, że nie było do czego wracać, gdyż gospodarstwo bądź to było w ruinie, lub też zajęte przez nowych osadników. Czas powrotu zapamiętał kilkuletni wówczas Stanisław Ośko, który wspomina: Nie było do czego wracać. Nasze zabudowania zostały spalone. Gdy zajechaliśmy to zamieszkaliśmy najpierw u Rentflejszów, a w tym czasie majstry odnawiali budynki. To nie jedyne nieszczęścia, jakie spotkały mieszkańców po powrocie do swoich domów. Przez wieś i okolice w kolejnych latach kilkakrotnie przetaczały się wojska radzieckie i polskie, rekwirując niezbędne dla wojska rzeczy. Najbardziej potrzebne były konie, które z kolei dla zniszczonych wojną mieszkańców stawały się najcenniejszym dobrem, głównym źródłem utrzymania. Ten sam Stanisław Ośko przedstawił jedno z takich zdarzeń: Mój ojciec handlował zbożem, woził do młyna we Włodawie. Razu jednego wojsko bolszewickie nas zatrzymało i konia chciało zabrać. Ojciec się uparł i nie dał, wskazując na mnie, że nie miał by jak zawieść mnie do domu. Jak się ojciec zaczął szarpać z tym żołnierzem, wówczas ja zacząłem tak głośno płakać i krzyczeć, że żołnierze od nas odstąpili.
Po pierwszych burzliwych dla mieszkańców latach w 1921 roku przeprowadzono spis powszechny. Stare Załucze okazało się drugą po Wereszczynie wsią pod względem wielkości w gminie. W 73 domach zamieszkiwało wówczas 478 mieszkańców, tak więc prawie o połowę mniej niż przed wojną. Największą grupą wyznaniową byli rzymskokatolicy w liczbie aż 349 osób, znacznie mniej było ewangelików, 73 osoby. Poza tymi dwiema grupami wyznaniowymi żyli również Żydzi, w liczbie 40 osób oraz 16 prawosławnych. Polską narodowość zadeklarowało 441 osób, rusińską – 9 osób, a niemiecką i żydowską po 14 osób.
Dysproporcje wobec danych wyznaniowych podważają rzetelność stosunków narodowościowych. Dane podważa chociażby sprawozdanie miejscowej policji z 1923 roku, które zanotowało 232 Niemców zamieszkałych w Starym Załuczu. Sprawozdanie wskazują na trzykrotnie wyższą liczbę osadników niemieckich od danych spisu z 1921 roku, jeżeliby przyjąć, iż wszyscy ewangelicy byli niemieckiej narodowości. Tak duże dysproporcje w tak krótkim czasie można byłoby tłumaczyć, iż wiele rodzin niemieckich mogło być spolszczonych, a za swoje wyznanie uznawały już wiarę katolicką. Z drugiej strony dysproporcje mogłyby świadczyć o braku rzetelności danych, gdyż podczas spisu powszechnego starano się zminimalizować liczebność mniejszości narodowych, zaś tajny raport policyjny ukierunkowany mógł być na wyolbrzymianiu problemu liczebności mniejszości niemieckiej. Jeszcze inne dane pochodzą z 1929 roku, kiedy w księgach parafii ewangelickiej w Cycowie zarejestrowano 17 rodzin niemieckich (np. Huneburgi, Webery, Weissy, Rory, Radke, Jeske, Klipery, Busy, Harki, Łucie i największa niemiecka rodzina Cybartów), stanowiący 24% ogólnej liczby ludności. W przededniu wybuchu wojny Załucze pozostawało jedną z największych miejscowości w gminie, w obu wsiach zamieszkiwało 126 rodzin oraz dwie rodziny w uroczysku Dyszczytno.
Po pierwszej wojnie światowej we wsi powstał kantorat ewangelicki, co oznaczało, iż Załucze stało się jedną z większych w gminie osad ewangelickich. Od 1924 roku protestanci z Załucza należeli do nowoutworzonej Parafii Ewangelicko-Augsburskiej w Cycowie. Za znajdującym się przy dębie kantoratem znajdował się protestancki cmentarz, z którego do dnia dzisiejszego pozostał jedynie nagrobek Johana Roha, pochowanego w 1934 roku, choć i ten jest mocna zniszczony. Mieszkańcy niemieccy posiadali początkowo swoją szkołę, pozostałą po okupacji niemiecko-austriackiej. Wraz z pojawieniem się szkoły polskiej szkołę niemiecką zlikwidowano, więc nauczanie przeniosło się do domów prywatnych. Niemcy znaczącą wagę przywiązywali do edukacji religijnej. Tuż przed wybuchem II wojny światowej, w roku szkolnym 1937-38, czterdzieścioro ewangelickich dzieci uczęszczało w tygodniu na dwie lekcje religii z katechetą Emilem Luckem. Wobec likwidacji szkoły protestanckiej katechezy nauczano w miejscowej kirsze, a na pozostałe lekcje część niemieckich dzieci uczęszczało do szkoły w Dębowcu. Załuccy Niemcy byli średniozamożni, kilka rodzin żyło w biedzie. Większość z nich zajmowało się uprawą roli, byli też krawcy, czy też szewcy. Wytworzone w gospodarstwie produkty rolne (nabiał, owoce, zboża) sprzedawano najczęściej na jarmarkach. Byli bardzo pracowici, a gospodarstwa mieli bardzo zadbane – wspomina ich Helena Wałecka.
W okresie dwudziestolecia największy odsetek mieszkańców stanowili więc Polacy, stąd też pierwszym sołtysem został polski gospodarz Dutkiewicz. Wobec szybko rosnącej liczby polskich mieszkańców władze gminne postanowiły, iż od dnia 1 września 1919 roku we wsi będzie działała dwuklasowa szkoła powszechna. Szkolny rejon obejmował jednak tylko Stare i Nowe Załucze, choć z tych dwóch wsi do szkoły uczęszczało w pierwszych latach około 60 dzieci. Obowiązek posyłania dzieci do szkoły należał do wszystkich mieszkańców, niezależnie od narodowości. W szkole znajdował się sklepik, ale mało kto miał jakiegoś pieniążka, by coś kupić. Dlatego by coś dostać nosiliśmy dla woźnej, a była nią Ukrainka Helena z Zawodówki, miotłę w zamian – wspomina Stanisław Ośko. Dozór nad szkołą w pierwszych powojennych latach pełnił proboszcz parafii w Woli Wereszczyńskiej ks. Ejsymont. Samorządowa instytucja dozoru szkolnego w gminie, której przewodniczył ks. Ejsymont pełniła nadzór nad szkołami wiejskimi, a także kreowała ich politykę kadrową i finansową. Według danych z 1928 roku w szkole uczyło się 97 uczniów. Wraz ze wzrostem liczby ludności polskiej szkoła przekształciła się w z początku lat trzydziestych w czteroklasową. W latach dwudziestych lekcje prowadził Nawalkowski, który czynnie włączył się w organizację zajęć pozaszkolnych, chociażby kursów wieczorowych dla dorosłych. Zorganizował w 1925 roku młodzieżowe przedstawienia teatralne, a dochód z przedstawień przeznaczał na cele charytatywne. Poza nim nauczało małżeństwo historyka Antoniego i Zofii Kubiczków, zamieszkujących w budynku szkoły, choć w tym samym czasie uczyli również dzieci w Dębowcu i Andrzejowie. W 1931 roku Antoni Kubiczek przeniósł się do Zabrodzia. W roku szkolnym 1938/39 do szkoły w Starym Załuczu, w której nauczał Leon Rentflejsz i Apolonia Zwierzowa uczęszczało 101 uczniów, w tym 58 wyznania katolickiego, 39 wyznania protestanckiego i 4 uczniów wyznania mojżeszowego.
Ze wsi Stare Załucze wywodził się wójt gminy Jan Piskorski, który urzędował na tymże stanowisku w latach 1931-1935, zaś wcześniej był sołtysem we wsi. Uchodził za jednego z bogatszych i większych gospodarzy, który do prac polowych musiał zatrudniać robotników rolnych. We wsi mieszkali także osoby pełniące inne funkcje publiczne, jak chociażby radny gminny i członek bardzo prestiżowej komisji oświatowej Władysław Lamorski.
Głównym źródłem utrzymania załuckich mieszkańców było rolnictwo, stąd też pod koniec lat dwudziestych założono kółko rolnicze. Do wsi przyjeżdżali instruktorzy i prowadzili z miejscowymi chłopami zajęcia z zakresu prawidłowej gospodarki wiejskiej. Wyposażali członków kółka nieodpłatnie w materiał siewny i zarodowy, a nawet prowadzili we wsi doświadczalne poletko łąkowe.
Polacy coraz częściej oprócz rolnictwa zajmowali się handlem i usługami. Już w pierwszych latach po wojnie mieszkańcy założyli w domu Stanisława Rentflejsza sklep spółdzielczy z artykułami spożywczymi, gospodarczymi i tekstylnymi. Sprzedawał w nim Antoni Krzyżanowski, a księgowym był Niemiec Rora. Sklep pełnił ponadto funkcję skupu produktów rolnych. Jak ja pamiętam to często skupywali jaja, a następnie wieźli je do Włodawy. W drodze wóz się wywalił, a jajka pobiły. Ale w tej Włodawie uczciwi Żydzi, kupili jaja, choć po niższej cenie – wspomina Cecylia Zabłuda z domu Krzyżanowska. W 1934 roku 31 rolników założyło Spółdzielnię Związkową „Zgoda”, która również posiadała jeden sklep. Usługi agenturalne w swoim handlowym biurze pośrednictwa prowadził J. Łuć, był on także właścicielem prywatnego sklepu spożywczego. Sklep prywatny posiadał również Władysław Solecki. Właścicielami dwóch młynów byli Wincenty Cichy i Jan Edward Siwiński. Od Wincentego Cichego młyn w latach trzydziestych zakupiła niemiecka rodzina Huneburgów. W jednym z młynów mieleniem mąki zajmował się młynarz Stefan Okoński.
Mieszkańcy Starego Załucza kontynuowali tradycje rzemieślnicze. Bednarstwem zajmował się Wołosiuk, stolarstwem W. Piskorski. W dalszym ciągu w Załuczu wyrabiano bryczki, choć już nie w takiej ilości, co przed wojną, a zawodem tym trudnił się Seredyński. Stare Załucze stało się silnym ośrodkiem kowalstwa, kuźnie znajdowały się u Stemplewskiego, Piskorskiego, Tomaszewskiego, Leopolda Smętkowskiego, jednak największa kuźnia znajdowała się u Seweryna Szajewskiego. Wykonywał nie tylko narzędzia rolnicze, ale również bryczki, które zamawiała szlachta z okolicznych dworów – rozpamiętuje Helena Wałecka. U kowali trudnili się młodzi mężczyźni, przyuczający się do zawodu, w tym Kazimierz Chibowski. Oprócz świadczenia usług kowalskich składano powszechnie rowery, głównie u Czesława Andrzejewskiego. Cena jednego roweru wynosiła około 120 złotych, tyle co krowa, a na jego zakup pracować trzeba było nawet kilkadziesiąt dni. Za pracę przy żniwach płacono bowiem średnio1,50 złotego za dzień, a przy kartoflach około 1 złotówki.
Wielu mieszkańców trudniło się połowem ryb na pobliskim Jeziorze Łukim. Z racji swojego zawodu część z nich osiedliło się w siedlisku Orłowo, znajdującym się przy samym jeziorze. Nazwę siedliska wzięła się ponoć od licznie spotykanych w tym miejscu orłów bielików. Te jezioro od naszej wsi kiedyś czyściutkie było, piasek wysypany, a nie tak jak dziś zarośnięte – rozpamiętuje Helena Wałecka. Po wojnie właścicielem jeziora był Bogdaszewski, jednak w 1932 roku jezioro i majątek od Strony Zawadówki zakupiło małżeństwo Wandy i Stanisława Ulasińskich. Obok jeziora pracownicy folwarczni pokopali stawy rybne. Ryby w jeziorze i w stawach było tak dużo, iż żeleźniakami wożono ją na sprzedaż do Lublina. Do transportu ryb zatrudniani byli miejscowi Polacy i Żydzi. Jeden z uczestników transportu Stanisław Ośko wspomina po latach, jak ryby wożono w beczkach z wodą, ale co jakiś czas trzeba było wodę wymienić. Pierwszy przystanek robiliśmy przy Jeziorze Piaseczno, następnie korzystaliśmy ze studni w Ludwinie, która znajdowała się przy drodze. Po drodze mieliśmy jeszcze kilka przystanków, a w Lublinie rybę od nas odbierali Żydzi.
Poza Polakami i Niemcami wieś zamieszkiwało kilka rodzin żydowskich. Krawiectwem zawodowo zajmował się I. Orzech, we wsi żyła ponadto rodzina Abramka, który prowadził sklep. W tym sklepie było prawie wszystko, no oprócz wędlin. W domu Abramka mieszkało sześć osób, dziadek, rodzice i trzy dziewczynki. Mieszkali po sąsiedzku więc z jedną z nich chodziłam do szkoły – rozpamiętuje Gabriela Leszczyńska. Podczas wojny polsko-radzieckiej sołtys Dutkiewicz wyznaczył Abramka do wożenia polskich rekrutów do stacjonującego we Włodawie wojska. Handlem zajmowała się Ucicha, prowadząca sklep u gospodarza Soleckiego, a także handel „pokątny”. Helena Wałecka wspomina, jak chodziła po wsi z workiem, mając w nim to grzebyk, to igły i tak zbierała na życie. Jeden dał trochę mąki inny śmietany. Naprzeciwko gospodarstwa Piskorskich, w miejscu starej karczmy, w jednym domu mieszkali Chaim i Motyl. Oni mieli duży dom, więc znajdowała się tam bożnica, ponadto posiadali trochę ziemi – wspomina Wałecka. Podstawowym narzędziem ich zarobkowania był jednak wóz z koniem, gdyż transportowali ryby z gospodarstwa Ulasińskich do Łęcznej i Lublina. W ten sam sposób dorabiał także Abramek. We wsi ponadto mieszkały rodzina Fawla, Manacha oraz polsko-żydowska rodzina Urbanów, z której ojciec wykonywał usługi dentystyczne.
Relacje pomiędzy Żydami, a pozostałymi mieszkańcami układały się na ogół poprawnie, dzieci razem się wychowywały, choć młodzież i dorośli nie utrzymywali zażyłych kontaktów z pozostałymi mieszkańcami. Była to grupa narodowościowa najmniej podatna na procesy asymilacyjne, stąd też pojawiały się dość często złośliwości ze strony sąsiadów. Gabriela Leszczyńska wspomina jak, do jednej koleżanki często przychodził jeden Żyd. Raz schowali jej w rękaw cebulę. Jak ona poszła na zabawę i zaczęła tańczyć, to z rękawa ta cebula wypadła. Był to powód do wyśmiania, gdyż zawsze z Żydami kojarzona była cebula. Zdarzało się, że podczas szabasu smarowali im tłuszczem wieprzowym naczynia i wtedy wszystkie wyrzucali, bo religia nie pozwalała na spożywanie tłuszczów. Żydzi nawet, gdy pracowali u Polaków, to brali swoje garnki do spożywania jedzenia. Natomiast nas dzieci straszyli macą. Wszyscy mówili, że Żydzi wyrabiają je z krwi polskich dzieci. Że mają beczkę z wbitymi gwoźdźmi i tam ludzi wkładają. Kiedyś znajoma Żydówka Sura mnie częstowała, ale nie chciałam, gdyż to z polskiej krwi!. Gdy to powiedziałam to ona zaczęła się śmiać. O innej historii opowiada Cecylia Zabłuda: Raz ktoś do ich studni ktoś wrzucił słoninę, to przez kilka dni po jej wyłowieniu nie chcieli jej pić.
Nie tylko życie codzienne różniło Żydów od swoich sąsiadów, także celebracja obrzędów religijnych wyglądała inaczej. Gdy ktoś umarł to wynajmowali tzw. płaczki, bo oni nie opłakiwali swoich zmarłych. Mówiono, że Żydów chowano na siedząco, by mogli szybciej udać się do nieba. Natomiast pod względem ubiorów nie wyróżniali się od Polaków, jedynie na szabas zakładali chałaty, no i inne potrawy spożywali. No i starsi pejsy oraz brody nosili – dodaje Leszczyńska.
W latach trzydziestych nie było natomiast Ukraińców, jedynie pod jeziorem znajdowało się osamotnione gospodarstwo Peryluka, wokół którego znajdowały się łąki. Do wsi często przyjeżdżali Cyganie. Najczęściej rozbijali swój obóz w lesie za wsią i zatrzymywali się na kilka dni. Każdego wieczoru przy ogniu była muzyka i tańce. Mieli bardzo dobrych kowali i raz wykuli mi taką grubą patelnię, która służyła przez kilkanaście lat – przywołuje na pamięć Helena Wałecka. A jakie mieli ładne karety, pościel i konie – dodaje Eugenia Jung. Każda wizyta Cyganów wiązała się z drobnymi kradzieżami, pomimo tego nie dochodziło do poważniejszych konfliktów. Szczególnie kradli kury i to jak sprytnie. Sypali ziarno i zaraz brali do siebie – dodaje Wałecka.
Wieś miała charakter zabudowy zwartej, a prawie wszystkie budynki były konstrukcji drewnianej, dachy zaś pokrywano strzechą. Ogrzewano przede wszystkim torfem, rzadziej drewnem. Mężczyźni cieli takim specjalnym nożem, a później kobiety układały kostki w stosy. Potem przez kilka dni tak torf się suszył i zabierano do domów – wspominają Helena Wałecka i Eugenia Jung. Największym zagrożeniem dla wsi stawały się pożary, dlatego też wprowadzono obowiązkowe ubezpieczenie od ognia. Nie uchroniło to rodzinę Ośków od tragedii, jaka miała miejsce w dniu 15 lutego 1928 roku. W wyniku podpalenia, dokonanego przez zięcia gospodarza Konstantego Golasa, ogień strawił stodołę i oborę, a wraz z tymi budynkami cały inwentarz żywy: 3 konie, 4 krowy, 7 świń, 22 kury oraz sprzęt ruchomy: 2 wozy, 2 sanie, 5 pługów, 4 brony, sieczkarnię i inne narzędzia rolnicze.
3. Wieś i mieszkańcy podczas II wojny światowej
Po wybuchu wojny nie zlikwidowano szkoły polskiej. Szkoła, w której w 1940 roku 58 wychowanków nauczał Piotr Zwierz, była jedną z pięciu szkół polskich, jakie pozostały w gminie. Została jednak tegoż roku zlikwidowana, więc dzieci jeszcze przez kila lat okupacji chodziły do oficjalnej szkoły powszechnej w Woli Wereszczyńskiej. W roku szkolnym 1941/1940 na zajęcia do niej uczęszczało jedynie dwanaścioro miejscowych dzieci. Dość szybko utworzono natomiast szkołę niemiecką. W roku 1940 na zajęcia do owej szkoły uczęszczało 80 uczniów, lekcje prowadził zaś znany już dzieciom sprzed wojny katecheta Emil Luck.
Do Starego Załucza ksiądz Józef Bujalski, a następnie ksiądz Bolesław Krzywiec przenieśli odprawianie nabożeństwa, gdyż kościół w Woli Wereszczyńskiej na czas wojny zamieniono na cerkiew prawosławną. Początkowo nabożeństwa odprawiano w domu Piskorskiego, dopiero po przesiedleniu Niemców w Poznańskie ksiądz ze składek parafian wykupił od władz niemieckich kaplicę protestancką i zaadoptował ją na kaplicę katolicką. Ksiądz Józef Bujalski w latach tych na stałe przeniósł się do gospodarstwa Jana Piskorskiego i mimo wielokrotnych prób jego aresztowania zawsze udawało mu się tego uniknąć. Ukrywał się często w pobliskiej małej kolonii, zwanej Ostrówkiem. Gdy do wsi przybywało wojsko lub inne służby represyjne, wówczas udawał się na stawy torfowe i w przebraniu udawał wędkarza, siedząc tam nawet kilka dni. Ucierpiała natomiast rodzina Piskorskich, gdyż syn Jana, Czesław zginął w obozie koncentracyjnym w Oświęcimiu.
Z racji aktywnych w okolicy oddziałów partyzanckich funkcjonariusze niemieccy często dokonywali obławy we wsi. Posiadali dość dokładne informacje, gdyż wielu młodych niemieckich mieszkańców wstąpiło do militarnych i policyjnych organizacji hitlerowskich. Jednymi z nich byli kilkunastoletni bracia Karol i Artur Huneburgi, a funkcjonariuszem gestapo został Weis. We wsi dochodziło do kolaboracji z Niemcami ludności polskiej. Jeszcze przed wybuchem wojny wielu Niemców wyjeżdżało z Załucza na profaszystowskie spotkania Gdy tylko Niemcy wkroczyli to okazało się, że wielu miejscowych posiadało broń i szybko się zorganizowali – wspomina Helena Wałecka. Już podczas pierwszej z obław w listopadzie 1939 roku Niemcy zabrali jednego mieszkańca na Majdanek, z którego większość osób nie wracało. Mordowano mieszkańców nie tylko w obozach, ale także na miejscu. Mojego wujka Hieronima Burbusa młody Niemiec zakopał żywcem, gdy ten stracił przytomność – wspomina Stanisława Sidorowska. Powszechny był wywóz młodzieży na roboty publiczne do III Rzeszy. Wybierali młodych z rodzin wielodzietnych, zdrowych i tam, gdzie było mało ziemi. Już na początku wojny dla kilkunastu osób kazali się wstawić do Włodawy na komisję lekarską. Byłam chora, więc ja pojechałam, gdyż myślałam, że mnie odrzucą. Ale oni nawet nie badali – wraca pamięcią Helena Wałecka, która na kilka lat została wywieziona z kraju. Oprócz niej wywieziono jeszcze kilka osób (np. Mieczysława Domińskiego, Zofię Małek, Dziubińskiego), ale wszyscy do domów wrócili.
W sierpniu 1940 roku miejscowi Niemcy przenieśli się na polskie tereny bezpośrednio włączone do III Rzeszy (Poznańskie, Pomorskie, Kujawskie), choć niektórzy uczynili to już na samym początku wojny. Wyjazd Niemców odbywał się często przy napiętej atmosferze. Podejrzewano niektórych Niemców o to, że w trakcie wyprowadzania się próbowali podpalić pozostawione po sobie domostwa, by nie dostały się w ręce Polaków. Spaliło się chociażby gospodarstwo Klinerów, ale powodem było najprawdopodobniej uderzenie pioruna. Jednakże zdecydowana większość niemieckich mieszkańców Starego Załucza zostawiało swoje zbiory i całe wyposażenie w najlepszym stanie. W miejsce Niemców przybyli Polacy potocznie zwani Poznaniakami, gdyż głównie stamtąd pochodzili. Wraz z nasyceniem wsi osobami przesiedlonymi kłopotem stawały się warunki mieszkaniowe. Niekiedy w jednym domu zamieszkiwało kilka rodzin. Natychmiast pojawiły się problemy żywnościowe, zwłaszcza wobec rygorystycznej polityki okupanta w zakresie produkcji żywności i jej dystrybucji. Wraz z biedą pojawiły się epidemie, w tym tyfus, który zapanował we wsi zimą z 1941 na 1942 rok, zabierając ze sobą ze świata żywych kilku mieszkańców (np. Czesława Andrzejewskiego i Bolesława Górnieckiego). Po zakończeniu okupacji niemieckiej tzw. Poznaniacy powrócili w swoje rodzinne strony.
Po wybuchu wojny najbardziej prześladowaną mniejszością byli Żydzi. Wobec niemieckiej represji zaprzestali działalności handlowej, a utrzymywali się głównie z pracy w dębowieckim majątku Cichońskiego. W 1942 roku wywieziono załuckich Żydów do getta. Gabriela Leszczyńska wspomina, że mieli po nich przyjechać ciężarówkami, ale wszyscy poszli na piechotę. Kilku z nich jeszcze przez jakiś czas przyjeżdżało, ale później ich nie puszczano. Kilka tygodni po wysiedleniu do ostrowieckiego getta przy jeziorze w siedlisku Orłowo Niemcy znaleźli ukrywającą się rodzinę Berka z Dębin Łukach i ich dalszy los ni jest znany. Na oczach mieszkańców zamordowano natomiast w pobliżu zabudowań Świerszczów młodzieńca Szachnę z Woli Wereszczyńskiej. To było w niedzielę. Chciał przedostać się w krzaki, ale Niemcy najechali i serią z karabinu jego zabili – relacjonuje Gabriela Leszczyńska. We wsi mieszkała polsko-żydowska rodzina dentysty Urbana, która przechowywała kilkoro żydowskich dzieci, w tym ocalałą z pogromu w Wereszczynie Miriam Zonsztajn. Wobec częstej obecności Niemców we wsi małżeństwo Urbanów przeprowadziło się na koniec Kolonii Garbatówka, gdzie z dala od innych zabudowań wykonali dla ukrywanych dzieci schron.
W trakcie wojny mordowano we wsi nie tylko Żydów, ale także Romów. Na granicy Starego Załucza z gruntami wsi Zawodówka, w miejscu przed starym krzyżem, gdzie grobla znad jeziora dochodzi do gruntowej drogi, odkryto w latach pięćdziesiątych zbiorową mogiłę, w której znaleziono siedem ciał. Były to zwłoki złapanych przez Niemców sześciu cyganów, którzy przetrzymywani byli początkowo w budynkach gospodarczych Żmudy na Nowym Załuczu, a następnie wyprowadzono poza wieś by na miejscu dokonać ich egzekucji. Siódmą ofiarą był Szmul Lerner z Woli Wereszczyńskiej.
Po uformowaniu się struktur polskiego ruchu oporu Stare Załucze stało się silnym ośrodkiem partyzantki, w którym kwatery posiadało wielu członków „podziemnej” komendy Obwodu Włodawskiego. Położenie wsi, jej liczebność i duży udział polskiej ludności, stwarzało bardzo dobre warunki na tworzenie się struktur podziemia, gdyż była to jedna z największych w okolicy ostoja polskości. Pierwsi partyzanci uzyskiwali więc wsparcie miejscowej ludności, którzy bardzo często sami przystępowali do tzw. „leśnych ludzi”. W Armii Krajowej (AK) służyli lub utrzymywali kontakty Leon Rentflejsz ps. „Błyskawica”, Henryk Rentflejsz, Czesław Piskorski, Tadeusz Zieliński ps. „Lord”, Stanisław Kozłowski, Alfons Dudkiewicz, Nikodem Krzyżanowski ps. „Burza”, Zbigniew Majewski, Stefan i Wacław Dziubińscy, Zbigniew Smętkowski, Stanisław i Kazimierz Górnieccy, czy też łączniczki i sanitariuszki Sylwina Tomaszewska, Wanda Lamorska.
Jednym z pierwszych członków podziemia został Leon Rentflejsz, który już na przełomie 1939 i 1940 roku tworzył w Gminie Wola Wereszczyńska struktury Związku Walki Zbrojnej (ZWZ). Organizacja ta stała się podwaliną do utworzenia w 1942 roku struktur Armii Krajowej. Leon Rentflejsz został również pierwszym komendantem ZWZ na obszar Gminy Wola Wereszczyńska, jego zastępcą był natomiast przedwojenny sekretarz gminny Zygmunt Stadnik ps. „Vis”, „Zygmunt”. Komendantem na obszar Starego i Nowego Załucza oraz Jagodna został Stanisław Ulasiński ps. „Szwoleżer” z Rybakówki, a jego zastępcą ks. Józef Bujalski ps. „Ojciec”, który pełnił równocześnie funkcję kapelana ZWZ na cały Obwód Włodawski. Oddział liczył około 30 partyzantów. Po utworzeniu struktur AK dowódcą placówki został Nikodem Krzyżanowski, a Leona Renflejsza wyznaczono na oficera łączności obwodu AK na Powiat Włodawski.
Oddalenie od ważniejszych szlaków i bliskie sąsiedztwo lasów powodowało, iż w połowie grudnia 1943 roku we wsi zakwaterowali partyzanci z oddziału AK „Nadbużanka”. W tym czasie prowadzono w grupach szkolenia wojskowe, lub wysyłano w teren patrole celem poszukiwania broni. W tym też roku, podczas wycofywania się oddziału Jana Kota z Grabniaka, doszło we wsi w pobliżu murowanej kapliczki do krótkiej strzelaniny z patrolem niemieckim. Nikt nie zginął, a partyzanci wycofali się do okolicznego lasu. W rewanżu za zaatakowanie Niemcy spalili kilka zabudowań we wsi.
W Załuczu przez kilka lat schronienie znajdował Józef Milert, ps. „Sęp”, który był komendantem struktur Armii Krajowej na Powiat Włodawski. Niestety w Starym Załuczu „Sęp” został zabity. Józef Milert oraz jego towarzysze Józef Majewski ps. „Jotem” oraz Józef Pasoń ps. „Słowik” zostali zamordowani przez sowiecką grupę partyzancką Władimira Mojsenki "Wołodii" ze zgrupowania ppłk. Iwana Banowa "Czornego", w dniu 23 lutego 1944 roku. W ostatnią podróż życia „Sęp” i jego towarzysze wyruszyli z Sękowa od rodziny Romana Panasiuka, u którego przez długi czas Józef Milert znajdował schronienie. W Załuczu w domu Leona Rentflejsza ps. „Błyskawica” miał się spotkać z Mieczysławem Łabędź-Zatorskim ps. „Aleksander”, by zdać mu dowództwo nad obwodem włodawskim. „Sęp” miał być bowiem przeniesiony w rejon Zamojszczyzny. Podczas zbliżania się do zabudowań Rentflejsza, w okolicy zabudowań Górki, drogę zatarasowały sanie. Zza przydrożnych topoli wybiegli zamachowcy – kilkunastu uzbrojonych w broń automatyczną ludzi. Żołnierze AK oślepieni światłem latarek elektrycznych oraz sterroryzowani kilkoma pepeszami nie zdołali użyć posiadanej broni krótkiej. „Sęp" po zorientowaniu się, że napastnikami są Sowieci, wzywał swoich towarzyszy do spokoju mówiąc, że wszystko zaraz się wyjaśni. Po rozbrojeniu oficerów i towarzyszących im żołnierzy zaprowadzono do mieszkania Stanisława Górki, gdzie zamachowcy przeprowadzili identyfikację zatrzymanych oraz pobieżną rewizję. Gdy w obecności gospodyni i ukrytej pod łóżkiem młodej siostrzenicy gospodarza Danieli Banaszkiewicz ustalono ich tożsamość, wówczas odbyła się egzekucja. Pierwszy został zastrzelony strzałem w usta przez dowódcę grupy sowieckiej „Wołodię” kpt. Józef Milert „Sęp”. Następnie z rąk drugiego Sowieta - „Andrieja” został postrzelony w pierś adiutant por. Józef Majewski „Jotem”, którego z pistoletu dobił dowódca grupy strzałem w głowę. Ostatni zginął starszy strzelec Józef Pasoń „Słowik", pochodzący z pobliskiego Czarnego Lasu. Z tej egzekucji ocalał szeregowy Marceli Gościmiak „Biały Kazik”, gdyż jego rysopis nie zgadzał się z rysopisem posiadanym przez zamachowców. Podczas identyfikacji zamachowców zaintrygowało miejsce pracy Gościmiaka – parowozownia Chełm. Zatrzymali go do dalszych wyjaśnień, gdyż prawdopodobnie byli zainteresowani dywersją na kolei. Gościmiak uciekł w Kulczynie, gdy zamachowcy byli w stanie upojenia i udał się do Romana Panasiuka z Sękowa, by zdać relacje z tego co się stało. Roman Panasiuk już znał przebieg wydarzeń, gdyż wcześniej relację zdał mu furman Zakrzewski.
Wszyscy trzej zabici zostali pochowani przez księdza Józefa Bujalskiego na miejscowym cmentarzu w Woli Wereszczyńskiej, przy asyście kampanii honorowej żołnierzy AK, członków miejscowego ruchu oporu i miejscowego społeczeństwa. W czasie wypełniania tych smutnych obrzędów pogrzebowych żałobny kondukt został ostrzelany z daleka z broni maszynowej, również przez nieznanych sprawców – wspominał w swoich pamiętnikach pierwszy Komendant Obwodu AK na Powiat Włodawski Romuald Kompf. W miejscu zbrodni w 1990 roku postawiono zamordowanym pomnik. Związek ze śmiercią Józefa Milerta mogło mieć zdarzenie sprzed miesiąca, jakie wydarzyło się w Nowym Załuczu. We wsi odbyło się bowiem pod przewodnictwem rolnika z Sękowa Romana Panasiuka pierwsze posiedzenie Rady Jedności Narodowej, działające przy Komendzie Obwodu Powiatowego AK. Powstanie rady oznaczało wzrost znaczenia AK w okolicy, a tym samym zagrożenie pozycji i umniejszenie roli komunistów. Na śmierci „Sępa” zależeć mogło także niektórym dowódcom i żołnierzom AK, a egzekucja mogła stanowić likwidowanie niewygodnego świadka zwłaszcza, że w podobnym czasie zamordowani zostali inni żołnierze tej formacji partyzanckiej. Można przypuszczać, iż z egzekucją Józefa Milerta powiązanych było nawet kilku partyzantów z AK, gdyż zamachowcy dokładnie wiedzieli kiedy, gdzie, a nawet o jakiej porze ma się pojawić „Sęp” i jego towarzysze. Pewne jest natomiast, iż po tym wydarzeniu partyzantka sowiecka i wspierające ją grupy Armii Ludowej przejęły kontrolę nad Komendą Obwodu AK we Włodawie.
Kolejnym militarnym wydarzeniem była pomyłkowa bitwa w dniu 12 marca 1944 roku pomiędzy oddziałami partyzanckimi. Na wieść o planowanej pacyfikacji Załucza przez Niemców przy współudziale Ukraińców z Krzywowierzby, miejscowa placówka AK pod dowództwem por. Leona Rentflejsza oraz partyzanci oddziału „Nadbużanki” zorganizowali zasadzkę. Jednak w nocy, koło zabudowań Kapłonowej, doszło do bitwy z liczebnym oddziałem partyzanckim generała Sidora Kowpaki z Ukraińskiej Dywizji Partyzanckiej, który przybył do Załucza, a Polscy partyzanci wzięli ich za Niemców. Uczestnik strzelaniny Stanisław Pasikowski ps. „Tygrys” z oddziału „Nadbużanki” w swoich wspomnieniach szczegółowo zrelacjonował wydarzenie: Tuż przy drodze pod gruszą leżał „Mały Janek”, który nie wytrzymał nerwowo i rąbnął do nadjeżdżającej grupy konnej, a za nim cała nasza linia. Posypały się serie z automatów z przeciwnej strony. Do kanonady włączyły się lekkie karabiny maszynowe. Nasza siła ognia raptownie cichła dając początek strasznej tragedii. Tu i ówdzie przeraźliwie mieszały się jęki, wołanie o pomoc, modlitwy i okrzyki konających. Po lewej stronie leżą rozkrzyżowane trupy. Uciekający z tyłu kolega Kotowski z Hańska pada z głośnym jękiem. Pod gruszą leży martwy Janek. Wokół słychać pojedyncze strzały, które zwiastują jeszcze żyjących kolegów. W ataku brali udział: Jan Krystman „Mały Janek", Jan Szymczyk „Żydek”, Edward Kotowski, Kazimierz Jakubowski, Leszek Jarosz „Leszek", Stanisław Kozłowski i Zbigniew Majewski, obaj z Załucza, Henryk Pasikowski „Vis", Stanisław Pasikowski „Tygrys". Pierwszych siedmiu zginęło na placu boju, a por. Rentflejsch został ciężko ranny. Bracia Pasikowscy przeżyli jako jedyni. „Tygrys” i „Vis” uciekli przed goniącymi kowpakowcami w trzciny Jeziora Łukiego. Następnego dnia okazało się, że oddział Sidora Kołpaki również ścigał tego samego wroga, na którego czekali partyzanci AK. Po kilku dniach, gdy miejscowi stolarze wykonali siedem trumien poległych partyzantów pochowano: Celem zamaskowania przed ewentualnym najazdem Niemców, zakopaliśmy poległych kolegów w pobliskiej olszynie. Wykopany dół wyścieliliśmy słomą, położyliśmy jeden obok drugiego siedmiu naszych przyjaciół. (…) Gdy za dwa dni stolarze Załucza zrobili siedem trumien przywieźliśmy swoich braci, aby ich umyć i jak ludzie pochować w należytym porządku. (…) W stodole położyliśmy jedne drzwi w pozycji pochyłej i kolejno myliśmy kolegów z zastygłej krwi. (…) Ostatnia droga z Załucza na cmentarz koło Woli Wereszczyńskiej była pełna boleści wszystkich przyjaciół tych, którzy dzielili z nami partyzancką niedolę i wszystkich tych, którzy nieświadomie przyczynili się do ich śmierci. Sypiąc pierwsze grudy ziemi w siedmiokrotną otchłań oddaliśmy ostatnią salwę honorową – wspomina po latach ostatnie chwile z towarzyszami broni Stanisław Pasikowski.
Jeszcze w tym samym roku mieszkańców Starego Załucza nieszczęście spotkało po raz kolejny. Podczas walk partyzantów radzieckich, żydowskich i polskich z Niemcami, jakie miały miejsce we wsi i okolicach Woli Wereszczyńskiej w dniu 17 czerwca 1944 roku, spaleniu uległa znaczna część wsi. Walczących partyzantów ostrzeliwało lotnictwo niemieckie, które zrzucało ponadto pociski ogniowe. Spaliło się wówczas ponad połowa zabudowań w Woli Wereszczyńskiej, ale również cztery gospodarstwa na Starym Załuczu, znajdujących się w pobliżu miejsca pobytu walczących partyzantów (np. rodziny Krzyżanowskich). Cecylia Zabłuda z domu Krzyżanowska rozpamiętuje, jak podczas nalotu mój tata w nogę dostał, pocisk przez dach domu przeleciał. Mama ze mną uciekliśmy do pobliskiego sadku i przeżyliśmy. Wszystko się nam spaliło.
Po wkroczeniu w dniu 22 lipca 1944 roku wojsk Armii Czerwonej szybko okazało się, że nowy okupant nie będzie tolerował działalności niezależnych od niego sił militarnych. Partyzanci AK, głównie z oddziału Stanisława Parzebuckiego ps. „Mars”, w tym wielu miejscowych zakwaterowało w sąsiedniej wsi Czarnylas. W trzeciej dekadzie listopada uderzyły na nich liczni funkcjonariusze UB (Urzędu Bezpieczeństwa) i NKWD (Ludowego Komisariatu Spraw Wewnętrznych Związku Radzieckiego), zabijając wielu partyzantów, a tym samym rozbijając ostatni zwarty oddział partyzancki.
4. Mieszkańcy wobec represji władz komunistycznych
Po rozwiązaniu w 1945 roku struktur AK, część partyzantów w obawie o swoje życie uciekło z kraju lub na Ziemie Odzyskane (np. Leon Rentflejsz, Stanisław i Kazimierz Górnieccy), część się ujawniło, a wielu aresztowano i wywieziono w listopadzie 1944 roku do obozów w Związku Socjalistycznym Republik Radzieckich (ZSRR). Do Ostaszkowa i Diagilewa wywieziono Bolesława Okońskiego, który powrócił w lutym 1946 roku. Przez taki sam okres w ZSRR przebywali Stefan Urban i Dylewski, a w obozach w Borowiczach i Jegolsku Kazimierz Dudkiewicz. Do Riazania wywieziono, Czesława Piskorskiego, a następnie przeniesiono go do obozu w Diagilewie, gdzie zmarł.
Pozostali dotychczasowi partyzanci włączyli się w struktury nowotworzonego WiN-u („Wolność i Niezawisłość”). Kwatermistrzem tutejszej placówki tejże organizacji został wspominany Nikodem Krzyżanowski, który od sierpnia 1946 roku pełnił funkcję sekretarza WiN na Powiat Włodawski. W szeregach WiN ze wsi Stare Załucze walczyli lub współpracowali również Stanisław Dębiński ps. „Bąk”, Eliasz Rentflejsz, Stanisław Banaszkiewicz, Wacław Dziubiński ps. „Wacek”, Eugeniusz Harasimowicz, Władysław Pawlędzio, Stanisław Leszczyński, Wiktor Arasimowicz i Eugeniusz Arasimowicz ps. „Mongoł”. W pierwszych miesiącach po „sowieckim wyzwoleniu” struktury prolondyńskich organizacji niepodległościowych były bardzo dobrze rozbudowane, gdyż w grudniu 1944 roku sami przedstawiciele powiatowych władz organów bezpieczeństwa w tajnych raportach przyznawali, że miejscowość Stare Załucze była opanowana przez konspiracyjne organizacje.
Wielu z mieszkańców udzielało partyzantom schronienie i przekazywało informacje o organizującej się władzy komunistycznej. Kilku z nich zostało aresztowanych, w tym Stefan Dziubiński za udział w dokonaniu zamachu na radzieckiego komendanta wojskowego, milicjantów i furmana na Babsku w listopadzie 1944 roku. Wiele osób znalazło się na liście podejrzanych o przechowywanie członków podziemia antykomunistycznego i przekazywanie im informacji, sporządzonej przez Powiatowy Urząd Bezpieczeństwa Publicznego (PUBP) we Włodawie. Byli na niej: Stanisław i Józef Dębeccy z Dyszczytna, podejrzani o udzielanie schronienia Komendantowi Obwodu WiN Klemensowi Panasiukowi ps. „Orlis”, „Komar”, a następnie Edwardowi Taraszkiewiczowi ps. „Żelazny”, Stanisław Banaszkiewicz i Marian Tomaszewski, podejrzani o ukrywanie i przekazywanie informacji dla Józefa Struga ps. „Ordon”. W wyniku późniejszych działań śledczych ustalono, że u Józefa Dębeckiego do czasu amnestii znajdował się sztab bojówki Obwodu WiN na Powiat Włodawski.
Informacje o miejscowych partyzantach i osobach im pomagających docierały do włodawskiej bezpieki, gdyż niektórzy mieszkańcy wyrazili zgodę na tajną współpracę. Często byli to dotychczasowi partyzanci, którzy dokładnie znali struktury i personalia osób utrzymujących kontakty z partyzantami.
Większość z wymienionych miejscowych partyzantów zostało zatrzymanych w boju w pobliskim Czarnym Lesie z dnia 25 listopada 1944 roku. Po dokonaniu zabójstw milicjantów i jednego radzieckiego oficera w Babsku, połączone siły ludowych wojsk polskich i radzieckich zorganizowały obławę na ukrywających się w okolicy Czarnego Lasu partyzantów. Według raportów bezpieki zginęło wówczas 24 partyzantów a 16 aresztowano. W połowie sierpnia 1946 roku władze włodawskiego PUBP przeprowadziły operację, mającą na celu schwytanie przebywającego ponoć we wsi „Orlisa”. W akcji udział wzięło 60 funkcjonariuszy, jednakże poza kilkoma aresztowanymi nie przyniosła ona zamierzonego efektu
Za posiadanie broni aresztowany został miejscowy Jan Klepacki, zaś za działalność partyzancką Eugeniusza Arasimowicza do Związku Radzieckiego zesłano jego matkę Zofię, brata Franciszka i siostrę Kazimierę. W gospodarstwie Arasimowiczów dokonano rekwizycji i konfiskaty gospodarstwa (tj. dom i stodoła drewniana, obora, piwnica murowana), wszystkich urządzeń rolniczych i domowych oraz inwentarza (w tym klacz, źrebię, dwie krowy, dwie świnie). Po zabiciu „Ordona” Arasimowicz próbował nawiązać kontakty z „Żelaznym” jednak w dość krótkim czasie natknął się na funkcjonariuszy bezpieki i zginął w potyczce z nimi. Zatrzymany z bronią w ręku został również Wiktor Arasimowicz. Już wcześniej podejrzewano go o rabunek w Orzechowie, gdzie zabrano parę koni, dwa garnitury i dwie pary butów. Wspomniany prowadził wojsko do stodoły, gdzie była rzekomo zachowana amunicja i tam usiłował zbiec, w wyniku czego został zabity. – stanowi raport dekadowy z końca kwietnia 1947 roku PUBP we Włodawie.
W wyniku nasilającej się działalności organów represji i wobec obietnicy amnestii partyzanci miejscowej placówki WiN, w tym komendant Krzyżanowski, ujawnili się dopiero w kwietniu 1947 roku. Być może podyktowane to było śmiercią Wiktora Arasimowicza. Ujawnienie nie zakończyło aresztowań. W sierpniu tegoż roku aresztowano Reginę Dudkiewicz za kontakty z zatrzymanym Ludwikiem Szmydke „Czarny Jurek”, który brał udział w „mordzie puchaczowskim”. Stąd też Nikodem Krzyżanowski, choć się ujawnił, dalej w obawie o swoje życie ukrywał się. Miejsca jego pobytu włodawskiej bezpiece nie udało się ustalić, gdyż wyjechał na Ziemie Odzyskane, pozostawiając w Starym Załuczu swoją żonę.
Działalność partyzantki akowskiej w pierwszych miesiącach faktycznej okupacji radzieckiej ułatwiało najprawdopodobniej obecność Alfonsa Dutkiewicza w PUBP we Włodawie, na stanowisku sekretarza. Do pracy w PUBP został skierowany przez Stefana Kowalewskiego, członka Powiatowej Rady Narodowej, a w czasie wojny dowódcę jednego z oddziałów AK. Jednakże już w dniu 18 września 1944 roku Alfons Dutkiewicz uciekł z placówki PUBP we Włodawie. Dochodziło także do egzekucji bratobójczych, często bez przeprowadzenia jakiegokolwiek śledztwa i przedstawienia zarzutów. W pobliskim Rozpłuciu w styczniu 1947 roku prowinowski oddział Józefa Struga dokonał egzekucji na byłym poruczniku AK Antonim Chomie. Jego zabójstwo było podyktowane wcześniejszym zatargiem, a właściwie zemstą za rozbrojenie w Wiązowcu „Ordona” przez Antoniego Chomę. Tym aktem Choma wykonywał rozkaz dowództwa WiN, który był podyktowany jego rabunkową działalnością.
Działalności partyzantów towarzyszyły częste grabieże, dokonywane również przez członków organizacji WiN, ale przede wszystkim przez pospolite bandy, podszywających się pod niepodległościowych partyzantów. W maju 1946 roku zrabowano kwotę łącznie 15.000 złotych sołtysowi Janowi Górko, który do Urszulina szedł z Stanisławem Jungiem z Dębowca. Zrabowana kwota stanowiła zebrany podatek od mieszkańców wsi. Gospodarstwo komendanta Nikodema Krzyżanowskiego było „magazynem” rzeczy zrabowanych przez partyzantów z oddziału Leona Taraszkiewicza ps. „Jastrząb” i „Ordona”. W pomieszczeniach ukryte były futra, towary spółdzielcze, zaś konie i świnie natychmiast sprzedawano. Pieniądze ze sprzedaży dzielone były pomiędzy dowódców oddziałów partyzanckich. Eugeniusz Harasimowicz brał udział w obrabowaniu sklepu spółdzielczego w Woli Wereszczyńskiej, gdzie zrabowano papierosy oraz materiały do szycia.
5. Stare Załucze w Polsce Ludowej
Stare Załucze stało się po wojnie wioską całkowicie polską. Jeszcze w 1943 roku zamieszkiwało w nim 474 mieszkańców. Po klęsce III Rzeszy wieś opuścili Poznaniacy, wracając w swoje rodzinne strony, a ich miejsce zajęli repatrianci zza Bugu, jak też okolicznie mieszkańcy, którzy mieli zniszczone swoje gospodarstwa. Gabriela Leszczyńska wspomina, że gdy wprowadzili się do pożydowskiego domu Abramka, to wówczas pojawił się jeden Żyd, podając się za rodzinę Abramka. Ojciec zapłacił mu nawet część pieniędzy za gospodarstwo, ale gdy okazało się, że to oszust, to więcej już się nie pojawił. Majątki poniemieckie nie zostały znacjonalizowane, tak więc nabywanie praw własnościowych odbywało się w drodze sądowej. W marcu 1945 roku w Załuczu mieszkało już 403 osoby (83 rodziny), ale tegoż samego roku wieś opuściła pięcioosobowa rodzina Peryluków. W wyniku lokalnych migracji stan zaludnienia zmalał do kwietnia 1947 roku do 302 osób. Pierwszym powojennym sołtysem został Jan Górko, a przedstawicielem wsi w Gminnej Radzie Narodowej Wola Wereszczyńska z siedzibą w Urszulinie młynarz Edward Siwiński. Stare Załucze stanowiło jedno z sześciu w gminie miejscowości, w której zaraz po zakończeniu wojny utworzono rolną spółdzielnię produkcyjną.
Liczba gospodarstw w kolejnych latach malała, gdyż na mapie topograficznej z 1965 roku w Starym Załuczu zaznaczono już tylko 75 gospodarstw. W latach siedemdziesiątych liczba ta jeszcze bardziej spadła, gdyż zanotowano już 71 gospodarstw. Pustoszały niektóre gospodarstwa, a młyn Siwińskich przestał pracować już w 1946 roku ze względu na obłożenie młynarzy wysokimi podatkami. W połowie lat osiemdziesiątych w Starym Załuczu zamieszkiwało około 190 osób, był to więc spadek o ponad połowę w porównaniu ze stanem ludności z lat 1943 – 1945. Wpływ na szybki spadek ludności miało przede wszystkim oddalenie od szlaków komunikacyjnych, drogę o nawierzchni asfaltowej wybudowano bowiem w połowie lat siedemdziesiątych.
Wieś otaczają lasy i bagna, od południa uroczyska Grądy, Kirkuty i Chmieliska, zaś od północy uroczysko Spławy i Łąki Stare. Legenda głosi, że w miejscu łąk Kirkuty był kiedyś żydowski cmentarz, ale już najstarsi mieszkańcy nie pamiętają znajdujących się na nim macew. Te samo miejsce niektórzy jeszcze nazywają „Za Chaimem”, od mieszkającego przed wojną Żyda Chaima. Jeszcze w tych latach zasiedlone było uroczysko Dyszczytno, dziś jest wyludnione, a po istniejących zabudowaniach pozostał jedynie jeden budynek gospodarczy. Podmokłość terenu sprawiała, że żadna produkcja na tutejszych glebach nie przynosiła spodziewanych plonów zwłaszcza, że mieszkańcy w ogóle nie stosowali jeszcze nawozów. Trudne warunki do gospodarowania powodowały, że większość ludzi młodych wyjeżdżało do miasta, za lepszym życiem. W połowie lat siedemdziesiątych aż połowa tutejszych gospodarzy była chętna do zdania gospodarstwa na rzecz państwa, byle by tylko uzyskać rentę. Jeden z odwiedzających te tereny dziennikarzy „Sztandaru Ludu” pisał w 1975 roku następująco: W Załuczu ziemia już leży odłogiem… Ale jak ją zagospodarować, skoro do wsi nie ma drogi, a po bagnach maszyny z PGR Andrzejów – jedynej jednostki mogącej wykorzystać te odłogi – nie przejadą. (…) Bez drogi ziemia nie da nawet minimalnych plonów, za kilka lat porosną ją karłowate krzewy, bagno przejmie ją we władanie.
We wsi Stare Załucze w ramach czynu społecznego mieszkańcy wybudowali świetlicę wiejską, służącą im do wszelkich spotkań i uroczystości wiejskich. Zaraz po wojnie odtworzono we wsi nauczanie w jednoklasowej szkole powszechnej, a jej pierwszą nauczycielką została Leokadia Łukasiewicz. Po kilku latach szkoła została przekształcona w sześcioklasową, jednakże w 1976 roku obniżono stopień organizacyjny do czterech klas. Następnie w 1978 roku szkoła została zamknięta, choć w latach osiemdziesiątych ponownie wznowiono w niej nauczanie. W latach sześćdziesiątych funkcję kierownika szkoły pełnił Józef Kierepa, poza nim uczyła jego żona Alina, Iwona i Stanisław Wiechnikowie, Henryk Kapłon, Jan Aleksandrowicz oraz Władysława Biernacka. W latach siedemdziesiątych Kierepowie odeszli do Chełma, a nowym dyrektorem został Jan Ulman z Zawadówki, który ze względu na małą liczbę dzieci zredukował klasy z sześciu do czterech, a następnie przeprowadził likwidację szkoły. Obok szkoły we wsi funkcjonowała w domu Pawlędziów biblioteka wiejska. Innym budynkiem publicznym jest poniemiecka kaplica rzymskokatolicka. Początkowo był to budynek drewniany z niewielkim chórkiem, a wewnątrz mieszczący 4 rzędy ławek. Na początku lat siedemdziesiątych drewniana kaplica została sprzedana, a w jej miejscy wybudowano nową, murowanąm, p.w. Matki Boskiej Ostrobramskiej.
Miejscowość stała się znana na okolice ze względu na licznie występujących tu ludzi, wykonujących tradycyjne zawody rzemieślnicze. Jeszcze dziś niektórzy mieszkańcy wykonują naczynia oraz kosze z wikliny, jak i z trawy trzęślicy modrej. W stodołach można spotkać urządzenia do wyrobu mat słomianych do ocieplania mieszkań. Stare Załucze i sąsiedni Czarny Las stanowiły prężny ośrodek produkcji takich mat w regionie. W latach dziewięćdziesiątych produkcją mat zajmował się mieszkaniec Franciszek Podleśny, który nauczył się tegoż kunsztu od ojca Bolesława, natomiast we wcześniejszych latach maty produkowali Henryk Górko, Jerzy Górniecki i Lucjan Dziubiński. Maty wykonywano z trzciny pozyskiwanej w okresie zimowym, a ciętej po lodzie. W latach siedemdziesiątych Franciszek Podleśny ścinał nawet 3 tysiące snopów, z których był w stanie wykonać od 200 do 300 mat rocznie. Sprzedawane były głównie na obszarze gminy, jak również poza jej granicami na obszarze całego województwa. Maty trzcinowe wykorzystywane były przede wszystkim do ocieplania budynków, drzew owocowych, czy też uli. W okresie nowego tysiąclecia zawód ten został zapomniany, a drewniane maciarnie zostały najczęściej rozebrane, bądź też gniją gdzieś porzucone.
Oprócz rękodzieła ludowego Stare Załucze słynęło na okolice z muzyki ludowej. Kapela załucka uświetniała swoją obecnością ważniejsze uroczystości, odpusty, czy też wesela wiejskie. Grali w niej Henryk Krzyżanowski i Kazimierz Szajewski na skrzypcach, Józef Gręda z Andrzejowa na klarnecie, Kazimierz Piskorski na perkusji, Stanisław Ośko na puzonie oraz Władysław Grzegorczyk na akordeonie. Od lat sześćdziesiątych w Starym Załuczu działa prężnie Koło Gospodyń Wiejskich, które pod kierownictwem Alicji Janiuk stworzyło zespół folklorystyczny „Załuczanie”. Zespół do dnia dzisiejszego uczestniczy w festiwalach ludowych, wystawach rękodziełach, jak i pokazach kuchni regionalnej.
6. Stare Załucze współcześnie
Obecnie zaludnienie w Starym Załuczu spadło jeszcze bardziej w porównaniu ze stanem sprzed dziesięcioleci, gdyż na początku milenium zamieszkiwało we wsi już tylko 105 osób, ale do 2007 roku liczba zameldowanych osób wzrosła do 147, żyjących w 27 gospodarstwach rolnych. Zdaje się, iż tendencja wzrostowa będzie się utrzymywała, gdyż do końca grudnia 2009 roku liczba zameldowanych zwiększyła się do 149 osób. Tak dynamiczny wzrost w dość krótkim czasie spowodowany jest bardzo dużym napływem wczasowiczów, którzy licznie wykupują pozostałe chaty wiejskie lub też stawiają nowe i często decydują się na zamieszkiwanie całoroczne. W wyborach samorządowych do Rady Gminy w Urszulinie w 1998 roku mieszkańcy wybrali swojego przedstawiciela w osobie Henryka Janowskiego, zaś w 2006 roku Krystynę Rentflejsz. Obecnym sołtysem wsi jest mąż Pani Krystyny, Waldemar Rentflejsz.
Wieś przeżywa kolejny rozwój począwszy od lat dziewięćdziesiątych, a to za sprawą dziewiczej przyrody. W 1993 roku w budynku dawnej szkoły, którą na początku lat dziewięćdziesiątych ostatecznie zamknięto, umieszczono Ośrodek Dydaktyczno-Muzealny Poleskiego Parku Narodowego (PPN). Znajduje się w nim muzeum etnograficzne, w którym umieszczone zostały eksponaty zebrane od okolicznych mieszkańców. Przez wieś przebiega kilka szlaków turystycznych, zarówno pieszych, jak i rowerowych. Wyjątkowość wsi zauważają z czasem mieszkańcy miast, dlatego też dość szybko powstają zabudowania letniskowe, jak też i wykorzystywane całorocznie.
Na wyjątkowy klimat wsi składa się dziewicza przyroda, czyli okoliczne lasy i jeziora, jak też zachowana częściowo zabudowa poleska. Niestety w latach dziewięćdziesiątych zawaleniu ulęgła typowa chata poleska Kowalskich, która stała we wsi prawdopodobnie od czasu jej założenia. Do niedawna znajdowały się dwa młyny koźlaki, postawione jeszcze w XIX wieku. Jeden w latach dziewięćdziesiątych został rozebrany, a drugi spłonął na początku lat osiemdziesiątych. Po mieszkańcach narodowości niemieckiej pozostały jedynie stare i zarośnięte krzyże. Do dnia dzisiejszego przetrwał, ale mocna zniszczony, nagrobek Johana Roha.
We wsi rośnie około czterystuletni dąb szypułkowy nazywany przez mieszkańców „Wieszatiel”. Nazwa dębu zaczerpnięta została z tragicznych wydarzeń, jakie miały miejsce w drugiej połowie dziewiętnastego stulecia. Prawdopodobnie wieszano na nim uczestników powstania, jak i unitów, którzy nie chcieli przejść na wiarę prawosławną. Na rozstaju dróg już od ponad stu lat stoi murowana kapliczka. Została postawiona w 1905 roku przez mieszkańców wyznania katolickiego, którzy tym sposobem zamanifestowali swoją radość z wydania ukazu tolerancyjnego, wprowadzającego na ziemiach polskich swobodę wyznania.
Źródła i literatura
Źródła:
- „Sztandar Ludu” nr 65 (9564) z 1975 roku, artykuł Stanisława Jadczaka pt. „Dajcie helikopter!”;
- „Ziemia Włodawska” numery z lat 1924 – 1929: nr 14 (1924), nr 5-6 (1925); nr 12-13 (1928); nr 14 (1929);
- Carte von West-Gallizien In den Jahren von 1801 bis 1804, Anton Mayer von Heldensfeld, http://teca.bncf.firenze.sbn.it;
- Cholmskaja Gubernia 1914 g., Chełm 1914, www.cyfrowa.chdp.chelm.pl;
- Dokumenty w zbiorach Seweryny Piskorskiej ze Starego Załucza i Edmunda Brożka z Włodawy;
- Dokumenty w zbiorach własnych autora;
- Hucał Michał, Kantoraty i osady ewangelickie w Parafii Cyców na 1 II 1929;
- Jabłonowski Aleksander, Epoka przełomu z wieku XVI-go na XVII-sty, Dział II-gi „Ziemie Ruskie Rzeczypospolitej”, Warszawa – Wiedeń 1899 – 1904, www.wbc.poznan.pl;
- Liniewski Józef Seweryn. Pamiętnik, Wstęp i opracowanie Józefa Tomczyka; Lublin 1966;
- Komenda Powiatowa Policji Państwowej we Włodawie (nr zespołu: 467), Archiwum Państwowe w Lublinie;
- Kronika szkolna i dokumentacja zgromadzona w Szkole Podstawowej w Woli Wereszczyńskiej:
- Kronika rodziny Smętkowskich spisana przez Mariana Smętkowskiego;
- Księga adresowa Polski (wraz z W.M Gdańsk) dla handlu, przemysłu, rzemiosł i rolnictwa, 1928, www.wbc.poznan.pl;
- Księgi donacyjne Parafii Rzymskokatolickiej p.w. św. Stanisława Biskupa Męczennika w Wereszczynie;
- Księgi urodzeń, ślubów i zgonów Parafii Rzymskokatolickiej p.w. św. Stanisława Biskupa Męczennika w Wereszczynie;
- Mapa topograficzna Polski, Warszawa 1965, www.geoportal.gov.pl;
- Mapa topograficzna Polski, Warszawa 1992, www.geoportal.gov.pl;
- Mapa Wojskowego Instytutu Geograficznego, Warszawa 1938;
- Marcyniuk Lucjan, Historia rodu Arciszewskich, www.arciszewski.rdx.pl;
- Nadbużański Zryw. Wspomnienia z lat okupacji hitlerowskiej majora Romualda Kompfa ps. „Rokicz”, byłego D-cy III Bat. 7 pp. AK, [w:] Zeszyty Muzealne, Tom XV, Włodawa 2008;
- Otto Fresenius, www.digada.de;
- Pierwszy Powszechny Spis Ludności z dnia 30 września 1921 roku. Główny Urząd Statystyczny Rzeczypospolitej Polskiej, Warszawa 1923, Tom IV – Województwo Lubelskie;
- Roczniak Tadeusz, Historia Uściwierza i okolic. Czasy teraźniejsze, dawne i jeszcze dawniejsze …, www.usciwiesz.juz.pl;
- Słownik geograficzny Królestwa Polskiego i innych krajów słowiańskich w 15 tomach, pod red: Filipa Sulimierskiego, Bronisława Chlebowskiego, Władysława Walewskiego, Tom XIV, Warszawa 1880-1902; www.dir.icm.edu.pl;
- Starostwo Powiatu Włodawskiego (nr zespołu 416/4), Archiwum Państwowe w Lublinie;
- Starostwo Powiatowe we Włodawie (nr zespołu 6/0, dokumenty z lat 1944 – 1953), Archiwum Państwowe w Lublinie Oddział w Chełmie;
- Topograficzna Karta Królestwa Polskiego z 1839 roku;
- Ubersichtsblatt der Karte des westlichen Russlands z lat 1911 – 1915;
- Wojewódzki Urząd Spraw Wewnętrznych w Lublinie – materiały administracyjne. PUBP Włodawa 1944 – 1964. Instytut Pamięci Narodowej o/Lublin;
- Wspomnienia mieszkańców: Eugenia Jung (z domu Sochaczewska) z Dębowca; Janina Pawlędzio (z domu Lamorska) ze Starego Załucza; Antoni Stefaniuk z Lipniaka; Józef Kujawski z Babska; Stanisław Lutomski z Babska; Stanisław Ośko z Czarnego Lasu; Janina Sempruch (z domu Radzimowska) z Urszulina; Marian Kapała z Wiązowca; Gabriela Leszczyńska (z domu Kapała) ze Starego Załucza, Helena Wałecka ze Starego Załucza; Cecylia Zabłuda (z domu Krzyżanowska) z Wereszczyna; Stanisława Sidorowska (z domu Arasimowicz) z Zabrodzia; Krzysztof Arasimowicz ze Świdnika; Danuta Bohdanowicz (z domu Ulasińska), Ewa Strullu-Ulasińska; Renata Grzelak ze Płocka;
- www.yadvashem.org.
Literatura:
- Bem Marek, Maciarstwo. Przyczynek w sprawie ginącego rękodzieła [w:] „Zeszyty muzealne”, Tom I, Włodawa 1994;
- Caban Ireneusz, Machocki Edward, Za władzę ludu, Lublin 1975;
- Caban Ireneusz, Oddziały Armii Krajowej 7 Pułku Piechoty Legionów, Lublin 1994;
- Giemza Zbigniew, Czary, zmory i upiory, czyli czego się bali ludzie na Polesiu; Urszulin 2007;
- Giemza Zbigniew, Piotrkowski Wiesław, Historia ziem Polskiego Parku Narodowego, www.poleskipn.pl;
- Giemza Zbigniew; Historia miejscowości Gminy Urszulin [w:] „Liderzy Polesia” nr 3 z 2007 r.;
- Kłapeć Janusz, Warunki życia wysiedlonych w dystrykcie lubelskim w latach 1939 – 1944 [w:] Annales UMCS, Tom LX, Lublin 2005;
- Kołacz Małgorzata, Tarasiuk Dariusz, Dzieje Gminy Sosnowica. Analiza potencjału historycznego, Sosnowica 2007;
- Kończal Małgorzata, Konwersje 1905 – 1957 w Wereszczynie, Lublin 2008;
- Kopiński Jarosław, Zabójstwo Komendanta Obwodu AK Włodawa kpt. Józefa Milerta „Sępa”, www.podziemiezbrojne.blox.pl;
- Makus Grzegorz, Powiatowy Urząd Bezpieczeństwa we Włodawie w walce z polskim podziemiem niepodległościowym w latach 1944 – 1947, Włodawa 2009;
- Piotrkowski Wiesław, Powstanie styczniowe w okolicach obecnego Polskiego Parku Narodowego [w:] Zeszyty muzealne, Tom X, Włodawa 2000;
- Piotrkowski Wiesław, Zarys historii okolic Poleskiego Parku Narodowego, [w:] „Zeszyty muzealne”, Tom X, Włodawa 2000;
- Sobiecki Leonard, Z dziejów szkolnictwa podstawowego Powiatu
- Włodawskiego w okresie okupacji z uwzględnieniem tajnego nauczania, Lublin 1974;
- Staszczak Zofia, Budownictwo chłopskie w Województwie Lubelskim (w XIX i XX wieku), Wrocław 1963;
- Śladkowski Wiesław, Kolonizacja niemiecka w południowo-zachodniej części Królestwa Polskiego w latach 1815-1915, Lublin 1969;
- Wawryniuk Andrzej, Encyklopedia Euroregionu Bug, powiat włodawski (Polska), Łuck 2009;
| Komentarze |
|
|
||||||||
|
||||||||
|
||||||||
|
||||||||
|
||||||||
|
||||||||
|
||||||||



